wtorek, 29 grudnia 2015

Jaga na Facebook'u:



Nie daj sobie zepsuć świąt


A jak nie dać sobie zepsuć humoru?? Nie jest to proste – uczyłam się tego całe lata. Jeszcze do niedawna nie znosiłam Świąt Bożego Narodzenia. Wszystko za sprawą pośpiechu. Wręcz nienawidziłam tego z całego serca i to przez całe lata. Jak myślałam o zbliżających się świętach, ze wstrętu, rzucało mną po ścianach. Jedna wigilia u rodziców a druga u teściów. Ani jedni ani drudzy nie wyobrażali sobie innego rozwiązania. A jeszcze do niedawna, ze względu na charakter pracy męża, właśnie tego magicznego dnia, 24 grudnia, spędzał bonusową wigilię z przełożonymi i podwładnymi. Sama radość i atmosfera świąt biła już od rana, kiedy to planowaliśmy rozkład jazdy na cały dzień….Spędzałam dzień u rodziców szalejąc od rana z mamą w garach. Duży wracał najedzony i siadaliśmy do stołu nerwowo czekając na mojego, wiecznie i wszędzie spóźniającego się, brata. Później warcząc do siebie, że już jesteśmy spóźnieni, goniliśmy do teściów, albo też na odwrót – od teściów biegliśmy do rodziców. Zawsze któreś powiedziało o dwa słowa za dużo i  w tej „sielankowej” wigilijnej atmosferze mijał dzień a ja już nie miałam ochoty na jakiekolwiek świętowanie. Układy i koneksje rodzinne to nie piekarnik czy lodówka, że jak się popsują, to na telefon przyjedzie, specjalista-fachowiec i już, naprawione. Sprawy ludzkie są o wiele bardziej skomplikowane...Ale czasem jest dobrze jednak coś  wymienić, zamienić i zmienić. Marzyła mi się rodzina przy wspólnym stole. Bez zgrzytów, z uśmiechami i bez tego ciągłego pośpiechu. Chciałam się cieszyć tą chwilą, choć każdy z nas wie, że nie zawsze jest to łatwe. Zwykle znajdzie się ktoś lub coś, słowo, spojrzenie, które zepsuje Ci nastrój. Jest to do przeżycia - pod warunkiem, że wrzucisz na luz i wykonasz parę logicznych ruchów. Zaczęłam od siebie i swojego podejścia do całokształtu. Nie wiedziałam na początku, jak to zrobić, żeby nie warczeć do osób, które na co dzień żyją po to żeby mi dokuczyć i wiem, że mnie nie znoszą, bo wcale się z tą niechęcią do mnie nie kryją. Jak niby mam o tym zapomnieć i udawać, że jest w porządku? Najpierw uświadomiłam sobie, że to nie jest dzień na użalanie się nad sobą, rozpamiętywanie, rozdrapywanie i dołowanie się i to czym, a raczej kim?? Wrednością innych. Nie zmienię ich nastawienia do mnie tylko dlatego, że jest to wigilia – to nie film Walta Disneya i cudu wigilijnego nie będzie. Przynajmniej nie u mnie. 
Na początek zorganizowaliśmy wigilię dla wszystkich, którzy gościli zarówno u moich rodziców jak i u i teściów. Nie było to proste. Na początku był bunt, no bo jak to? A gdzie tradycja? Więc wprowadziliśmy nową, świecką tradycję. Albo kolacja u nas albo my nie ruszamy się z domu do innych. Pierwsza wigilijna kolacja u nas była klapą i porażką. Zebrani u nas goście za wszelką cenę chcieli nam pokazać, że nie chcieli wcale do nas przyjeżdżaćRozdźwięk między relacjami znajomych i rodziny w czasie Bożego Narodzenia a codziennymi ich zachowaniami był dla mnie nie do zniesienia. 
Zrezygnowałam z prób pogodzenia się, bratania i jednania, składania sobie życzeń, bo czułam się jak hipokrytka. I to był mój milowy krok do sukcesu. Teraz ze stoickim spokojem podchodzę do prób zniszczenia świątecznego nastroju. Nie smakują moje potrawy wigilijne? O, jak mi przykro, trudno, a tak się starałam. Pozostałym smakują i to bardzo – widzę po opróżnionych półmiskach. Wracając ode mnie proponuję ci, zaglądnij do McDonalda – tam jest zdrowiej, smaczniej i szybciej. Chcesz siedzieć ostentacyjnie przez cały czas przy pustym talerzu? Wolno ci, na pewno nie zepsujesz mi tym humoru a ja nie będę musiała gotować przez najbliższe dni, bo zostanie mi więcej z wigilijnej kolacji. Nie chcesz się do mnie odzywać? Proszę, jest tak dużo osób na wigilijnej kolacji, że mam z kim rozmawiać. Wychodzicie bez pożegnania? Cóż, mnie mama lepiej wychowała niż was… Miałam dobry humor, który w rezultacie zaczął być zaraźliwy. I jaki był efekt? Że fajnie spędziliśmy ten czas z moimi najbliższymi, a  ci którzy mieli w planie, jak co roku zresztą,  zepsuć święta mi i mojej rodzinie, zostali z głupimi minami, kiedy uśmiechnięci kończyliśmy wigilijną kolację. To nie koniec atrakcji. Drugi dzień świąt to tradycyjny obiad u szanownej rodzinki. Wyszliśmy od nich po obowiązkowym, rytualnym, świątecznym obiedzie w świetnych humorach. Normalnie jadłam, nie siedziałam przy pustym talerzu z nadętą buźką, tylko dlatego, żeby się zemścić, w końcu ktoś ten obiad przygotował i wkładał w to serce, normalnie rozmawiałam z tymi oczywiście, którzy ze mną chcieli rozmawiać. Nawet mi nie było strasznie przykro, że miejsce tuż obok nas, przy świątecznym obiedzie, było wolne, bo jakoś nikt nie chciał siedzieć tak blisko. Uprzedzam pytania…. Nie, nie możemy całkiem zrezygnować z tych wizyt, bo wśród tych osób jest jedna, z którą mój mąż jest emocjonalnie związany i po prostu tak trzeba. No i co ? Dało się?? A dało, dało….Do dziś mam świetny humor i nikt nie jest w stanie tego zmienić – nawet mało zimowa pogoda za oknami i wredne krety, które nie korzystając z świątecznej przerwy skutecznie dewastują ryjąc metrowe kopce na moim trawniku w ogródku.

-Jak zabiłeś karpia na wigilijną kolację ??

-No jak to jak???  – utopiłem go !! 

21 komentarzy:

  1. Fakt, trochę pracy, żeby się udało (czasami lata całe).Trzeba zacząć od siebie a reszta jakoś pójdzie.Gratuluję sukcesu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się nie da inaczej to trzeba tak :)

      Usuń
  2. Napiszę sentencje starą jak świat.Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.Byliście sobą i szacun za to Życie uczy,ze warto być dyplomata.Tak jest zdrowiej po prostu:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj - dyplomacja to nie jest moja dobra strona

      Usuń
  3. Gratuluję! Mam wrażenie, że zdenerwowanie wigilijne zawsze wynika z pośpiechu. Bo nie zdążę z uszkami! Bo prezenty nie zapakowane! Jakie to ma znaczenie? Najwyżej zaczniemy później. Ważne, że jesteśmy w dobrym towarzystwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego spokój nas uratował :) i uśmiech

      Usuń
  4. Dobrze wykombinowałaś! Ja tez kiedyś przez to przechodziłam, miotałam się, na myśl o wigilii byłam nerwowa już od listopada. Kiedy przestałam naciskać na tradycje, kupę ludzi razem, na siłę...zaczęło być normalnie, bo wigilię spędzamy kameralnie, nikt sie nie spieszy, jak z czymś nie zdążę, to tego nie będzie, a w święta zapraszam do siebie. Gdy syn był młodszy zapraszałam na jego urodziny 30 grudnia, a w świeta my kogoś odwiedzaliśmy. Czasami trzeba przyjąć ludzi i sytuacje takim, jakie są bez filozofowania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak już jest od 3 lat ... Do dziś nie mam ochoty godzić się na rujnowanie mojego nastroju . I nikomu się to nie uda

      Usuń
  5. No niestety tak już życiu jest. Wszystkim nie dogodzisz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dogodzę - ale teraz MOI najbliżsi są najważniejsi

      Usuń
  6. Zwyczajnie podziwiam. Mnie by nie było stać na zapraszanie osób, o których z całą pewnością wiem, że mi łaskę zrobią, że przyjdą i będą się zachowywać jak udzielni książęta. Z osobą ważną dla męża zwyczajnie bym wcześniej porozmawiała starając się wyjaśnić jak to wygląda z mojej perspektyw i że się nie będę poświęcać. Oczywiście nie wiem jaki układ rodzinny jest u Ciebie, więc mogę tylko porównywać do swoich doświadczeń. Miałam podobnie, po śmierci mojego brata, z bratową i jej dziećmi. Wcześniej, gdy brat żył spotykaliśmy się u mojej matki, a u siebie wzajemnie bywaliśmy bardzo, bardzo rzadko. Po śmierci brata chciałam jakoś nam wszystkim pomóc emocjonalnie w zaistniałej sytuacji i zrobiłam Wigilię u siebie. Bratowa się starała, by jakoś to się odbyło, ale dzieci manifestowały niezadowolenie, wybrzydzały przy stole, robiły głupie miny przy prezentach. Wytrzymałam tak ponad dwa lata (dwa Boże Narodzenia i trzy Wielkanoce). Dzieci podrosły i z każdym rokiem intensywniej manifestowały, że robią łaskę i przychodzą tylko i wyłącznie ze względu na babcię (moją matkę). Bratowa z każdymi kolejnymi świętami coraz bardziej swoim nastoletnim dzieciom wtórowała. My przez te ponad dwa lata nie zostaliśmy do bratowej zaproszeni ani razu, nawet na kawę. W końcu powiedziałam: dość. Porozmawiałam ze swoją matką, bez spazmów się nie odbyło. Ale odtąd matka była na Wigilii raz u bratowej i Ją potem przywoziliśmy do nas, raz u nas i Ją zawoziliśmy potem do bratowej. Od śmierci matki i wypłacie zachowku dzieciom brata nikogo z nich nie widziałam. Moja Córcia usiłowała jakoś te relacje naprawiać, próbując nawiązać kontakty z kuzynką i kuzynem, ale została całkowicie zignorowana. Po sprawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego każde wyjście z takiej sytuacji jest lepsze niż awantury w wigilię

      Usuń
    2. Całkowicie się zgadzam. Wigilia jest ważna dla wszystkich, także niewierzących, bo jest wyjątkową tradycją, z najważniejszym poczuciem: jesteśmy razem. Więc manewrowanie, by rozbroić potencjalną bombę, są jak najbardziej wskazane.

      Usuń
  7. Wniosek z tego, że najlepiej świętować w kameralnym gronie z najbliższą rodziną, wtedy nie będzie problemów. Nie każdy chce łamać się opłatkiem z całą rodziną, której połowy nie zna lub nie lubi.

    OdpowiedzUsuń
  8. W tym roku Polyanna reagowała rykiem na obcych (czyli dalszą rodzinę męża), w sumie się nie dziwię, też bym chętnie ryczała, kiedy muszę ich słuchać. Dzięki temu większość naszej wizyty zamiast przy stole z 15 rozpolitykowanych dorosłych, spędziłam w pokoju dzieciowym z kilkorgiem nieletnich. Oficjalnie, żeby Polcia się nie stresowała. Małż donosił jadło i napitek i co rusz wpadał ktoś, komu nie było żal opuścić "kolejki". Jak nigdy wizyta obyła się bez nerw :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że mi wcześniej swojej Polci nie pożyczyłaś :) Mogła bym z nią siedzieć żeby się nie stresowała

      Usuń
  9. U mnie wigilia to zazwyczaj masakra, ale jak juz będę na tyle duża, żeby samej organizować takie wydarzenia to zdecydowanie skorzystan z Twoich rad:)

    Pozdrowienia,
    Najszczuplejsza
    [najnajszczuplejsza.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  10. Może by tak tę jedną bliską sercu Dużego osobę zapraszać w drugi dzień do siebie na obiad i wtedy, ta cała nieżyczliwa część towarzystwa kisiłaby się we własnym sosie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie mam więcej pytań ani odpowiedzi. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

*Bardzo mnie cieszy każdy komentarz - wiem przynajmniej, że nie jestem ignorowana i wiem, że piszę nie tylko dla siebie.
Więc bardzo serdecznie dziękuję
*Odpisuję zarówno na maile jak i odpowiadam na komentarze.
*Nie lubię za to anonimowych komentatorów - proszę podpisz się jeśli nie masz konta
*Jeśli nie musisz nie bądź złośliwy w stosunku do innych - na mnie możesz się wyzłośliwiać - obronię się zawsze
*No i uszanuj moją własność - to ja jestem autorem zarówno pisaniny jak i dużej ilości zdjęć.