środa, 10 lutego 2016

Jaga na Facebook'u:



"Dzisiaj kocham Cię jeszcze bardziej niż wczoraj, a nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak bardzo kochałem Cię wczoraj" ... z okazji Walentynek życzę Ci ....


Za parę dni Walentynki. Święto pełne sprzeczności. Ale mi podoba się ten dzień - jedna okazja więcej, żeby uśmiechnąć się do Niego czy do Niej...Zresztą pisałam o tym rok temu i  nic się w tej materii u mnie nie zmieniło. Ale bardziej niż serduszko czy czekoladki przemawia do mnie taki prezent:




Dlaczego ta historyjka aż tak mnie poruszyła ?? Bo mi coś przypomniała......Dawno, dawno temu na drugim końcu kraju zamieszkało młode małżeństwo.


Tak, Duży i ja. Stażu małżeńskiego mieliśmy bardzo niewiele. Jako kochająca żona i  przyszła mama, dbałam, abyśmy się w miarę dobrze odżywiali. Gotowałam dwudaniowe obiady składające się z zup na bazie jarzyn i w miarę moich kulinarnym (mizernych zresztą) umiejętności starałam się urozmaicać drugie dania, robiłam sałatki i surówki. Po którymś obiedzie mój młody mąż powiedział, że zjadł by taką czystą zupę pomidorową z samym ryżem. No ba!! Ja też bym zjadła…Tylko kto ją miał ugotować? Bo ja nie bardzo wiedziałam jak. Moja mama mając w domu chroniczne niejadki (trudno w to dziś uwierzyć patrząc na mnie i moje rodzeństwo) będąc kobietą oczytaną i światłą, wciskała nam witaminy w każdej postaci. Dlatego nie wiedziałam jak się gotuje „łysą” zupę bez pływających, w środku gara, jarzyn. Nie wiedziałam nawet co to jest bulion warzywny…No cóż – mówiłam, że nie umiałam gotować!! Ale od czego były sklepy?? Poszłam na zakupy i zaopatrzyłam się w torebkę zupy w proszku, z magicznym napisem „pomidorowa”, a co!! Jak już pisałam, moja mama, miała bzika na punkcie zdrowego odżywiania i przez całe swoje życie w domu rodzinnym nigdy, ale to przenigdy, nie byłam świadkiem gotowania z torebek, mrożonek czy innych półproduktów czy substytutów jedzenia.  Wszystko gotowała własnoręcznie a stosowanie proszków uznane by mi było za najgorszą zdradę i podłość. Dlatego ugotowałam ów szatański, sproszkowany wynalazek zgodnie z przepisem na torebce i pod koniec gotowania (zgodnie z instrukcją) zarzuciłam ryż do gara. Och, co to był za kulinarny kunszt. Każdy, kto miał okazję jeść zupę z proszku na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, wie o czym mówię. Duży wrócił z pracy głodny jak zawsze, a ja młoda żona, szczęśliwa, że spełniłam kulinarne zachcianki męża, wlałam zupę na talerze. Z nazwy pomidorową. Hmmm…i jak by to delikatnie ująć? Na talerzach wylądowała breja, w bliżej nieokreślonym kolorze. No dobra, to miało kolor. Przypominało rozcieńczoną, pomarańczowo-czerwoną, mętną substancję, aczkolwiek pochodzenia wiadomego. Zaczerpnęłam łyżką i….jako wrażliwa początkująca ciężarna kobieta, widząc na własnym talerzu, lekko ciągnącą się, kisielowatą pamułę z rozpapućkanym ryżem wylądowałam w łazience z niedźwiedzim rykiem, w celu oczywistym. Po nudnościach (wcale nie związanych z porannymi ciążowymi dolegliwościami) wzięłam paćkowatą zawartość swojego talerza i wylałam w znane już miejsce. Duży przyglądał się całej akcji z przerażeniem kurczowo trzymał swoją część zastawy obiadowej, namawiany przeze mnie, żeby oddał swój talerz, bo naprawdę nie musi tego jeść. Chciałam, żeby zawartość jego talerza podzieliła los mojej pomarańczowo-czerwonej maziugi. Przekonywałam go, że druga część obiadu jest już „normalna” i jadalna przez wszystkich. No, ale uparł się, żeby to zjeść. Dzielnie wiosłował łyżką, pochłaniając łyżkę za łyżką, aż cały talerz klajstru bez smaku, o wstrętnej konsystencji lekkiego kisielu zniknął. Z dumą oddał mi pusty talerz. No cóż…„małżeństwo to trudna sztuka kompromisów.” Dożywotnio wyleczyłam się z gotowania zup z torebek. I do dziś, jak mnie Duży strasznie wkurzy, przypominam sobie właśnie takie sytuacje i złość, no może mi zupełnie nie mija, ale na pewno temperatura wrzenia spada znacznie poniżej punktu krytycznego.



Ale do dziś mi się łezka w oku kręci na wspomnienie tamtego obiadu. Już ponad 25 lat temu stwierdziłam, że (albo był strasznie głodny albo) tak bardzo mnie kochał, że zjadł to coś, co jego młoda żona wyprodukowała (bo trudno to było nazwać gotowaniem).







"Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku."

"Mały książę" A. de Saint-Exupéry  

59 komentarzy:

  1. a nie zrobiłaś czasem zupy buraczkowej z kiszonymi ogórkami?:) może ja na Lubym przetestuję czy "kocha i zje" czy skrzyczy:) ale on się przyzwyczaił już że kucharka ze mnie marna- ale Twój chleb mu smakował:) mam pozwolenie na pieczenie kolejnych:) przypomniało mi się swoją drogą coś innego-robię świetną grochówkę- kiedyś pochwaliłam się babci- a ona, być może domyślając się, ze moje umiejętności są marne powiedziała "ale z torebki tak?"....no troszkę mnie podłamała bo ja potrafiłam pół godziny groch przez sitko przeciskać zeby zupka była idealnie gładka...:)

    OdpowiedzUsuń
  2. dobrze mieć takie ciepłe, miłe wspomnienia
    ja uczyłam mojego męża jedzenia warzyw, u niego w domu w zupie nie śmiało pływać nic zielonego, teściowa do dziś cedzi teściowi rosół przez sitko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba żaden facet nie przepada za "zieleniną"

      Usuń
  3. Poruszające.
    "Kradnę", jako swoje motto zdanie z historyjki "Życie jest zbyt krótkie, by budzić się z żalem" (to chyba z jakiejś piosenki).

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne wspomnienia Jago.
    Pozdrawiam. :) .

    OdpowiedzUsuń
  5. Zupa pomidorowa ma tu chyba najfajniejszą historyjkę "o sobie" :-). I Wy o Was :-). Widać, że Wam po drodze. Dzięki temu można powiedzieć kiedyś "my 25 lat temu" ciągle będąc razem. A nie każdy tak może :-). U nas póki co - stuknęło 9 lat, jeszcze sporo przed nami :-). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "...że nam po drodze" :) fajnie to ujęłaś

      Usuń
  6. Jaguś, toś mnie wzruszyła! Widzę, że nasi mężowie to sobie mogą ręce podać. Zarówno pierwsza jak i Twoja historia przypomniały mi rozmowę z babcią. Kiedyś, gdy mój luby nie był jeszcze moim mężem podzieliłam się z babcią uwagą, że fajny jest, ale nie lubi tańczyć. Na to babcia: dziecko, i co z tego? czy życie na tańcu polega? I miała rację! W tym roku minie 32 lata od ślubu, a 38 jak się poznaliśmy i nie żałuję ani chwili, a idealnie nie było...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmuj się mój też ma lewe nogi - jak już tańczymy ta ja prowadzę. No i o to chodzi - NICZEGO NIE ŻAŁOWAĆ

      Usuń
  7. Ja katuję małża wege-hindi-zielonymi potrawami, bo mięso mi coraz mnie smakuje. Marudzi, ale je. Niestety ostatnio dzieć dołączył się do marudzenia, że zielone jest beee, a obia bez mięsa to nie obiad.
    Ja gotuję nieźle, ale pamiętam jak mój małż zrobił sałatkę z tuńczyka, gdzie najwięcej było natki pietruszki - trafił się wielki pęczek :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faceci na widok zieleniny zielenieją

      Usuń
  8. Piękna przypowieść o tych przypalonych tostach i zupie pomidorowej. Uczy jak patrzeć na życie w związku. Tylko bardzo niewielu ludzi to umie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba się tego uczyć całe życie

      Usuń
  9. Jak byłam marną kucharką tak jestem. A i małżonek nauczył się wybrzydzać. Na szczęście są jeszcze inne sposoby okazywania uczuć :) A święta nie lubię, bo nie polskie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święto jak święto :) większość nie jest polskiego pochodzenia

      Usuń
    2. Nasze są Wianki vel Sobótka. I Andrzejki, Marzanna, Boże Ciało. To tylko z tych ogólnopolskich. Bo jeszcze całe mnóstwo lokalnych

      Usuń
    3. Zgadza się - sobótki to święto dawnych Słowian :) Boże Ciało to katolickie święto obchodzone od XIV w w Polsce. Ale niestety, czy się nam to podoba czy nie, ulegamy innym wpływom i kulturom

      Usuń
  10. słodko, naprawdę słodko :) Też mam na koncie różne niepowodzenia kulinarne (kto ich nie ma). Jak wyszłam z domu w wieku 24 lat ;) też niewiele umiałam. Od razu mieszkaliśmy osobno, a że mama mnie skutecznie wyganiała z kuchni "do nauki", to uczyłam się wszystkiego sama. Mój mąż z domu, gdzie oboje rodziców pracowało zawodowo, potrafił więcej zrobić niż ja ;) Teraz prawie po 7 latach małżeństwa gotujemy wspólnie, więcej ja, ale Mąż nadrabia w weekendy i w dni wolne od pracy, przy kolacjach też. Generalnie, mimo wszystkich wad i niedoskonałości, też jestem szczęśliwą małżonką ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Miłość to wielkie słowa, a kocha się za nic a nie za coś i wiele mozna by pisać na ten temat, ale tak jest jeśli nie wiesz dlaczego czujesz coś do drugiego człowieka to wtedy szczerze go kochasz.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jejku.... żeby mężczyźni tak potrafili docenić wysiłki swoich kobiet... Ależ byłoby cudownie! MNiej łez, mniej rozczarowań...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało który to potrafi - niestety

      Usuń
  13. zupy z torebki nie są złe, taki barszczyk biały lub czerwony, oczywiście na odpowiednim wywarze i wspomagany swoimi przyprawami, pychotka... :))))))
    miłość ma różne oblicza, ale ważne, żeby za pięknymi słowami, szły czyny, bo same słowa nic nie znaczą... ja słuchałam pięknych słów i tylko słów, i już nie obchodzę rocznic ślubu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nie lubię torebkowych - sama jak zrobię to wiem , że zawsze się uda . A słowa faktycznie są tylko słowami

      Usuń
  14. ooooo w gotowaniu podobienstwo wyczuwam :D:D Ja w gotowaniu to marniutka też jestem :D ale sprawdze czy mój Książe by zjadł takie cudoo :D

    Mam prośbe-mam nadzieje że nie zostaniesz obojętna(tak jak i ja nie umiem przejść obojętnie) . Pokażmy że blogerki nie są obojętne na cierpienie tych istot!
    http://rozmaitowo.blogspot.com/2016/02/skareszyw-2016r-zbiorka-na-uratowanie.html#comment-form

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. teraz lubię gotować i nieźle mi to wychodzi :)

      Usuń
  15. Piękne słowa Jago :) Wzruszyłam się czytając Twój post - bądźmy dla siebie dobrzy i wyrozumiali nie tylko od Walentynkowego święta - bo życie to sztuka kompromisów.

    OdpowiedzUsuń
  16. I to jest właśnie miłość, bezgraniczna i bezwarunkowa.
    pozdrawiam i życzę wszystkim wspaniałych walentynek!

    OdpowiedzUsuń
  17. :-) Bo szczęście składa się z małych, cudownych chwil. Ci którzy o tym pamiętają, i nie czekają na cud - są szczęśliwi.
    Mój mąż nie przynosi mi kwiatów, ale od 27 lat dla mnie gotuje, bo mam do tego dwie lewe ręce. Uznaję to za piękny wyraz miłości:-)
    Szczęśliwego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla każdego szczęście ma inny wymiar :) trzeba się nauczyć bycia szczęśliwym

      Usuń
  18. Uwielbiam takie historie, prosto z życia:) Wasza jest pięknym przykładem na to jak drobnostki nie mają znaczenia :) Pozdrawiam ciepło walentynkowo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj...nieraz o większe drobnostki kruszyliśmy kopię :) z drobnostek życie się składa ale trzeba jakoś się nauczyć funkcjonować żeby cieszyć się życiem

      Usuń
  19. No tak. Wyrozumiałość jest bardzo ważna, tylko żeby działała w obie strony!

    OdpowiedzUsuń
  20. aż się uśmiechnęłam czytając Ciebie.
    Piękne wspomnienia

    OdpowiedzUsuń
  21. Prawdziwa miłość :) Gdyby mój luby mi coś niejadalnego zrobił , to nie wiem czy bym się skusiła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby tosty z avocado były aż tak niejadalne??

      Usuń
  22. Wspaniały tekst. Czytałam dwa razy. Informacja o tostach - majstersztyk. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  23. Wspaniały i ważny tekst. Te chwile, kiedy nie wszystko wychodzi, kiedy przypalamy lub przesolimy, a partner udaje, że nie zauważa są rewelacyjne. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  24. Widzę, że mamy taki sam staż małżeński ;)
    Ja też przed ponad ćwierćwieczem pociłam się przy przyrządzaniu pierwszych obiadów.
    Z różnym zresztą skutkiem ;)


    Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reszta posiłków jest jadalna :) to ten torebkowy niewypał był straszny

      Usuń
  25. Nie wiem czy komentarze w stylu: "wzruszający i piękny wpis" coś wnoszą, ale to pierwsze co się ciśnie na usta. Właściwie to wnoszą - potwierdzają, że czyjeś pisanie ma sens. A więc: NAPRAWDĘ WZRUSZAJĄCY i PIĘKNY WPIS.
    Mój luby też wszystko zjada co mu zrobię, kiedyś nawet silił się na twierdzenie, że wszystko jest niesamowicie smaczne, ale go tego oduczyłam, jak się po jakimś dłuższym czasie przekonałam, że żyję w błogiej nieświadomości i wydaje mi się, że on lubi mak, a w rzeczywistości darzył go uczuciem zupełnie odwrotnym. A zawsze makowe ciasta chwalił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc warto nieraz wysilić się na odrobinę szczerości

      Usuń
  26. Wzruszyłam się. :) :) Piękne są takie historie.

    OdpowiedzUsuń
  27. We wrześniu roku 1983 mój ówczesny absztyfikant(ojciec mojego syna)zabrał mnie do rodzinnego domu, by przedstawić mamusi. Na kolację ja chciałam zjeść kanapki, które na drogę przygotowała moja matka. Jemu mamusia zrobiła jajecznicę, bo synuś bardzo lubi jak sama stwierdziła. Przyjęłam do wiadomości i postanowiłam zapamiętać. Wiele lat później mężczyzna przyznał się, że wcale nie lubi dań, o których jego matka mówiła "ulubione" ale przytakiwał by nie robić jej przykrości. W domu mojej matki zjadał wszystko, co mu podano ale miał denerwujący zwyczaj zostawiać resztki na talerzu, a to pół ziemniaka, a to kęs mięsa lub odrobinę surówki. Do dzisiaj nie wiem, skąd mu się to brało. Mój syn nie narzekał na to co gotowałam, chociaż wiedział, że nie mam do tego cierpliwości, więc go nie uczyłam, a niektóre potrawy gotuje lepiej niż moja matka(a to należałoby uznać za komplement, bo ona robiła to świetnie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z reguły faceci są lepszymi kucharzami, od nas, kobiet

      Usuń
    2. Osobiście uważam, że nie lepszymi tylko odważniejszymi. Więcej potrafią eksperymentować i nie boją się wpadki.

      Usuń

*Bardzo mnie cieszy każdy komentarz - wiem przynajmniej, że nie jestem ignorowana i wiem, że piszę nie tylko dla siebie.
Więc bardzo serdecznie dziękuję
*Odpisuję zarówno na maile jak i odpowiadam na komentarze.
*Nie lubię za to anonimowych komentatorów - proszę podpisz się jeśli nie masz konta
*Jeśli nie musisz nie bądź złośliwy w stosunku do innych - na mnie możesz się wyzłośliwiać - obronię się zawsze
*No i uszanuj moją własność - to ja jestem autorem zarówno pisaniny jak i dużej ilości zdjęć.