wtorek, 28 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.3

Jakoś tak się porobiło, że jak przystało na osobnika genetycznie obciążonego, zaczęłam mieć problemy sercowe. I to wcale nie chodzi o zawiedzioną miłość i złamane serce, tylko medycznie, o mięsień sercowy. Kiedy zaczęła się drobna arytmia to zignorowałam objawy, ale chwilę później zaczęły się inne problemy zdrowotne z sercem więc nieźle się wystraszyłam!! Od tego czasu udało mi się trochę zmienić tryb życia, biegam, chodzę regularnie na siłownię a co za tym idzie – udało mi się schudnąć 10 kg. Ale muszę nadal pilnować kontrolnych wizyt u kardiologa i raz na kilka(naście) miesięcy odwiedzać specjalistę. No, ale nasza cudownie rewelacyjna służba zdrowia, za wszelką cenę, robi co może, żeby nas odwieźć od tak głupich pomysłów. Zarejestrowałam się w zacnym przybytku zdrowotności jeszcze w październiku. Termin wyznaczono mi na początek lutego. OK – nie będę się dyskutować ani sprzeczać się z systemem, już dawno wszyscy pogodziliśmy się z tym, że patologia stała się normą. Trzeba czekać? Oj tam, oj tam, przecież nie umieram, poczekam. Przypięłam karteczkę do kalendarza i uzbroiłam się w anielską cierpliwość. Dwa dni przed terminem wizyty zadzwoniła pani pielęgniarka z rejestracji z informacją, że nie ma dobrych wieści, ale kardiolog ze względu na chorobę w rodzinie odwołał wszystkie planowe wizyty. W końcu lekarz też człowiek i jak zachorował mu ktoś z bliskiej rodziny, pewnie cały świat przestał się liczyć. Pani obiecała, że jak tylko prywatna  sytuacja lekarza unormuje się, zadzwoni z informacją, kiedy będą terminy ponownych przyjęć.


Dwa dni przed planowanym wyjazdem na urodziny siostrzenicy zadzwonił telefon….Pani z przychodni poinformowała mnie o nowym, wyznaczonym przez nich, terminie wizyty lekarskiej. Niestety, termin przypadał akurat w czasie, gdy miałam być w Rzymie. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby przesunęła mi termin wizyty, bo akurat wtedy nie będzie mnie w Polsce…I co usłyszałam od sympatycznej pani? Wysyczała „NIE” i uznała rozmowę za zakończoną. Nie docierały moje, wydawało by się, logiczne, argumenty, że skoro ja podeszłam  do życiowej sytuacji kardiologa z sercem i jak człowiek, to proszę, żeby do mnie też tak podejść. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem w stanie zmienić swoich wyjazdowych planów. Pani Pielęgniarska Żmija była nieugięta. W końcu resztkami cierpliwości i zdrowego rozsądku zapytałam czy nie może zamienić mojego nowego terminu z terminem innego oczekującego pacjenta. On przyjdzie tydzień wcześniej a ja tydzień później. I wszyscy będą zadowoleni. Ale Biała Żmija była nieugięta i torpedowała każdą moją propozycję, odpowiadając krótko „NIE”. Osiągałam temperaturę zbliżającą się niebezpiecznie do temperatury wrzenia. Para szła mi uszami!! Ostatkami powstrzymywałam się, żeby nie wrzeszczeć. Ciężko dysząc zapytałam jak rozwiązać tą niekomfortową sytuację. Jej Żmijowatość łaskawie odrzekła
- Proszę przyjść w dzień przyjęć doktora i poprosić, żeby panią przyjął.
Przepraszam, że co!?!! No po tych słowach moje dobre wychowanie szlag trafił. O!! Co to to nie!! Nie, po prostu nie!!! Ale to już nie było na moje nerwy!! Nie po to czekałam cztery miesiące, jak koza na wilka, na swoją kolejkę, żeby teraz „się prosić.”
Chcąc przyjść do lekarza i nawet przy jego aprobacie by wsadzić się bez kolejki, najpierw musiała bym pod drzwiami doktorka stoczyć walkę z mafią geriatryczną. Stali klienci doktora nie mają krztyny zrozumienia dla takich „proszących”, jak ja, na krzywy ryj… Gdybym bez ran i otarć dotarła do gabinetu doktorka, musiałabym jeszcze prosić o zlecenie EKG, echa serca, mierzenia ważenia i innych egzorcyzmów poprzedzających już samą wizytą face-to-face….No i dlaczego mam prosić o coś, co mi się należy jak psu micha, a na co cierpliwie czekałam, ponad cztery miesiące?? Po co mam zaburzać harmonogram pracy lekarza? Ale Pani Żmija syczała nadal. Wysyczała do słuchawki, że to nie jest jej wina ani problem, że mi NIE PASUJE TERMIN. Zachowałam resztki godności i zapytałam kiedy wobec tego mam przyjść na wizytę. Usłyszałam jadem kapiące słowa: KONIEC KOLEJKI. A, że żyłam już wyjazdem do Włoch, pewnie i to bym łyknęła, ale w ostatniej chwili zapytałam kiedy to będzie. Pani Pielęgniarska Wredność na chwilę zamieniła ton w szczebiocząco-słodki i wymruczała „LIPIEC.” No chyba se baba ze mnie jaja robi…Nie omieszkałam się zapytać czy jest świadoma swych słów. No i znów usłyszałam, że to nie jej problem ani nie jej wina BO TO MI TERMIN NIE ODPOWIADA!! Moja wściekłość sięgnęła zenitu, wqrwienie do białości i bezsilna złość – tyle czułam. Nie jestem kolejnym sfrustrowanym pacjentem, chcącym wylewać wiadra pomyj, na głowy biednych pracowników służby zdrowia, ale stwierdziłam, że jeszcze minuta tej absurdalnej, jałowej dyskusji,  a gotowa jestem zniżyć się do jej poziomu a wtedy jej się to nie opłaci a ja będę zmuszona, po wyjściu na wolność, szukać innej przychodni. Nikt wrednej babie nie dał prawa zachowywać się niczym pan życia i śmierci i decydować kto kiedy i z kim!! Pożegnałam oschle i ozięble Gwiazdę Dnia i resztę myśli wykrzyczałam już w przestrzeń ale nic, ale to nic nie pomogło.  Dziecek zaintrygowany głośną wymianą zdań, bez słowa podał mi kartkę z numerem telefonu i tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział do rozjuszonej matki:
-DZWOŃ
Tym oto sposobem dodzwoniłam się do Rzecznika Praw Pacjenta. Trafiłam na sympatycznego pana, który najpierw wysłuchał mojego uzewnętrznia się, żali i złości a później mi zaczął dawać rady i wskazówki. Polecił wysłać do kierownika przychodni pismo-maila z prośbą o wyznaczenie terminu, ponieważ do wizyty nie doszło i to nie z mojej winy. Jak polecił tak zrobiłam. Maila wysłałam i spokojnie pojechaliśmy do Włoch. Wróciliśmy do kraju, zaczęła się szara rzeczywistość, ale niestety, Białe Eminencje nie raczyły zaszczycić mnie jakąkolwiek odpowiedzią na maila. Ponownie zadzwoniłam do Rzecznika. Tym razem rada była równie prosta. Polecono mi ponownie wysłać tego samego maila, tylko do adresu mailowego kierownika przychodni, Rzecznik poradził, dołączyć adres mailowy Sekretariatu Rzecznika Praw Pacjenta. Jak rzekli - tak uczyniłam. I co? I jeszcze tego samego dnia, mimo, że był to piątek, piąteczek, piątunio otrzymałam maila. Pani pisząca, w kilku zdaniach kajała się bardzo, że niby ten poprzedni w czeluściach spamu zaginął, że nie zauważyła, że…że…że…No i obiecała, że w poniedziałek rano, jak tylko przyjdzie do pracy, zadzwoni do mnie, żeby umówić mnie na wizytę u kardiologa. No, gdyby nie te poprzednie utarczki z paniusią, była bym w stanie ją polubić. I faktycznie, zaraz rano zadzwoniła i jakież było moje zdziwienie kiedy wyznaczyła mi termin…..trzy dni później. No, ale jak to? To już nie muszę iść „prosić doktora?” nie muszę iść na koniec kolejki? Nie muszę czekać kolejnych czterech miesięcy? Rozumie wszystko, ale pojąć nie mogę. Cuda, ludzie, cuda. Ale na tym się nie zakończyły wzajemne animozje z Białymi Żmijami. W dzień, w którym miałam wyznaczony termin wizyty, poszłam trochę wcześniej, żeby nie było problemu ze zrobieniem EKG. Kiedy to siedziałam już pokornie, czekając na swoją kolej dzierżąc już w łapie zwitek papieru z zygzakami czekając na swoją kolej przyszła pacjentka. A ponieważ z założenia lubię rozmawiać z ludźmi, zaczęłyśmy rozmawiać. I tak, między wierszami, pani, poinformowała mnie, że ma wyznaczoną wizytę na godzinę 10.00. Ponieważ mnie Biała  Żmija zapisała na 9.20 byłam pewna, że kardiolog wywoła moje nazwisko. No i jakież było moje zaskoczenie jak usłyszałam obco brzmiące nazwisko. Sympatyczna kobieta siedząca obok zerwała się i podążyła do gabinetu. Ale Jaga nie taka, żeby żyć w niewiedzy. Wpakowałam się za kobietą i nie bawiąc się w konwenanse ani powitania, zapytałam doktorka dlaczego ta pani z godziny 10.00 już wchodzi a ja miałam wizytę na wcześniejszą godzinę a siedzę jeszcze jak baran na korytarzu. Lekarz trzy razy upewniał się, że nie mam wady wymowy i poprawnie wymawiam swoje nazwisko każąc mi powtarzać literując moje dane…Bezowocnie szukał moich personaliów na liście. Bezradnie rozłożył ręce w geście wyrażającym dezorientację. Cóż – pewnie po raz kolejny Biała Żmija chciała mi podziękować za wsparcie Rzecznika Praw Pacjenta. Doktor zachował się bardzo ładnie – powiedział, że jak tylko wypisze tej pani receptę to mnie zawoła. I faktycznie, za pięć minut zostałam poproszona na badanie. No i cała misterna intryga Kąsających Żmij poszła w las…
Nie całe badanie wyszło bezproblemowo – coś się doktorkowi w moim mięśniu nie spodobało – kazał mi się umówić na próbę wysiłkową. Więc po raz kolejny będę musiała się zbliżyć na odległość plucia jadem, do Przebiegłych Żmij. Wychodząc z Gniazda Żmij, uśmiechnęłam się, najładniejszym uśmiechem jaki posiadam, do wszystkich zalegających tam osobniczek i podziękowałam im za tak miłą i szybką obsługę, dodając, że nie rozumie dlaczego wszyscy tak narzekają na służbę zdrowia, bo tu jest tak miło i szybko przez tak kompetentny personel. Dodałam, że niedługo do nich wrócę. Faktycznie w białym im do twarzy. Szczególnie jak miały tak mało inteligentny wyraz malujący się na mózgoczaszce a posuwiste ruchy żuchwy świadczyły o wzmożonym procesie myślowym…. 
lekarz wie wszystko pielęgniarka lepiej

58 komentarzy:

  1. Zabić kurwiszona to mało i zbyt humanitarnie. Zagotowałam się przy czytaniu. Żeby było śmieszniej... Wydzwaniałam przez cały dzień celem potwierdzenia wizyty u ortopedy, a oba telefony były "czasowo niedostępne". Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że z dnia na dzień przychodnia została zlikwidowana....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No żesz... Chcesz numer telefonu do Rzecznika Praw Pacjenta?

      Usuń
    2. Mam :)
      Kilka lat temu zrobiłam awanturę w przychodni i od razu poleciałam do kierownika przychodni. Pomogło. A kiedy wyawanturowałam się w banku, to przysłali do mnie do domu jakąś tam kierowniczkę z papierami, żeby mnie obsłużyła :) Gdy okazało się, że moja obecność w banku będzie konieczna, przysłali po mnie kierowcę służbowym samochodem :))

      Usuń
    3. Bo jak by więcej było takich jak my, walczące o swoje prawa i racje to następnym razem żmija, tysiąc razy by się zastanowiła czy warto sobie srać w papiery a i życie było by prostsze :)

      Usuń
    4. Teraz jeszcze przypomniało mi się, jak kiedyś, w dawnej "Jedynce" na Podwisłoczu, byłabym doprowadziła do zwolnienia z pracy ekspedientki, gdyby nie powstrzymał mnie Eks.

      Usuń
    5. Ha ha ha ...to już wiem dlaczego ogłosili upadłość :) a teraz chcą tam postawić 90-metrowy wieżowiec :)

      Usuń
    6. Akurat tam? Przeciez teraz tam jest Frac i wciąż te inne sklepy w drugiej części budynku. Może Ci chodzi o ten drugi, koło słoika?

      Usuń
    7. Ne wiem dokładnie :) kiedyś tak pisali w jakimś plotkarskim pisemku

      Usuń
    8. To na pewno chodzi o miejsce koło słoika, ma powstać drugi, wyższy, taki jakby krzywy w zamyśle artystycznym. To jest ciąg dalszy Podwisłocza, już za mostem zamkowym, blisko Cegielnianej.

      Usuń
  2. Lekarz wie wszystko pielęgniarka lepiej - oo i to jest trafione w dychę! Szczerze? Nie żebym kogoś obrażała, ale nie cierpię pielęgniarek. W swoim życiu spotkałam może ze dwie, trzy, które były naprawdę fajne i ludzkie. Zwykle są wredne i sukowate i niczego się od nich doprosić nie można. Zastanawia mnie, skąd to się bierze. Nie miałam jeszcze problemu z przełożeniem wizyty, a zdarzało mi się tak, że musiałam przenieść i nikt w rejestracji nie robił problemów. Nie Twoja wina, że lekarzowi ktoś się rozchorował, a potem wyjeżdżałaś. Zawsze mi się przypomina w takich sytuacjach odcinek ,,Na dobre i na złe", kiedy to bohater grany przez Marka Siudyma wiedział, że ma chorą wątrobę bodajże, ale nie chcieli mu zrobić operacji, więc sam sobie zaszkodził, tak, że byli zmuszeni ją wykonać. Ekstremalne, ale poskutkowało. Jak Rzecznik Praw Pacjenta przeczytali, to od razu lawina ruszyła do przodu, że my panią zapsiszemy, bo przecież nie można było od razu. A potem i tak się okazało, co się okazało. Dobrze, że lekarze są wyrozumiali i jednak nie odsyłają ludzi z kwitkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie generalizujmy :) ale po części masz rację - wiele z nich ma jakieś kompleksy i manię wyższości

      Usuń
  3. Takie panie trafiają się wszędzie, a potem każą nam żyć bezstresowo...nie na darmo krąży dowcipne powiedzenie, że aby sie leczyć, trzeba mieć końskie zdrowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że się trafiają - ale dlaczego ja na nich trafiam ??

      Usuń
    2. Nie tylko Ty, też mi się zdarza...czasami to mi ich żal po prostu :-)

      Usuń
    3. W pierwszym odruchu budzą się we mnie instynkty mordercze, szlachetne refleksje przychodzą znacznie później

      Usuń
  4. Aż wierzyć się nie chce. Co taka pielęgniarka z tego ma? Jakąś chorą satysfakcję... Chyba masz rację, że ludzie pogodzili się z patologią i stała się ona normą. Ciekawie opisujesz sytuacje;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta na którą ja trafiłam musiała być faktycznie chora na głowę. Zachowywała się jak pani życia i śmierci mająca prawo do ostatniego głosu

      Usuń
  5. Jago to po prostu horror. Ludzie nie walczą o swoje, na wszystko machają ręką, a później wymagają.... . Jak by więcej było takich pacjentów jak Ty Jago, to może tej, jak piszesz, patologii byłoby mniej. :) .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczyło by, żeby każdy powiedział im co myśli o takim zachowaniu i było by lepiej

      Usuń
  6. Teraz już wiem dlaczego nie pojawiasz się na V! Schudłaś!
    A nie przyszło Ci do głowy, że paniusie testowały wytrzymałość Twojego serducha? Próbę wysiłkową już przeszłaś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam - schudłam :) na razie sprawa w toku . One też testowały moją cierpliwość

      Usuń
  7. Mam w Zaścianku całe skupisko takich żmij...:o) To chyba jest zaraźliwe, bo nawet fajne Babeczki jak tam trafią to po roku jadem plują...;o) Rządzenie wchodzi im w krew...;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Antytoksyna jadu żmij potrzebna od zaraz. Odizolować albo szczepić

      Usuń
    2. Raczej usunąć kanały jadowe przy samej doopie...;o)

      Usuń
    3. Łeb upier... przy samej dupie razem z gruczołami jadowymi

      Usuń
  8. Kiedyś ze złamaną ręką spędziłem kilka upojnych godzin w tzw. SORZE. Jeden lekarz, kupa ludzi i takie tam. Po jakimś czasie stwierdziłem, że pójdę sobie zemdleć gdzieś z bólu i wk ... wienia, gdy nagle usłyszałem swoje nazwisko. Wlazłem do środka, obejrzano mi rękę, zaaplikowano mi kroplówkę i miałem czekać na przyjęcie do szpitala, gdyż łapa kwalifikowała się do operacji. Najciekawsze było jednak to, że bardzo miła pani doktor, kazała mi pozdrowić siostrę, dzięki interwencji której ominąłem kolejkę. Problem w tym, że ja nie mam siostry, co ... ubawiło lekarkę, gdyż ewidentnie coś się jej pomerdało i w rezultacie protegowany został w kolejce, a przybłęda - nie:)) PS. Na przyszłość zastosuj jedyny, sprawdzony patent. Walnij sobie setkę, przydzwoń głową w parkowe drzewou, a ktoś znajomy niech zadzwoni po pogotowie. Zawiozą Cię elegancko do SOR-u, a tam takie przypadki są załatwiane od ręki, bez czekania w kolejce:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A podziękowałeś nieistniejącej siostrze ?? Ojjj... bez setki alkoholu potrafię zrobić sobie zarówno krzywdę :) jak i koncertową idiotkę. Więc jakoś celowo i na własne życzenie nie chcę mi się odwiedzać ich przybytku. Ale system faktycznie jest trochę chory.

      Usuń
  9. I jak w tym kraju nie mieć arytmii??? Jak żyć??? Ostatnio dowiedziałam się że są pacjenci, którzy... uwaga... przed wizytą z NFZ dają lekarzowi pięćset złotych, bo nie mają czasu czekać. Fakt autentyczny. A my z mężem ostatnio cztery godziny siedzieliśmy w poczekalni u kardiologa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaaaaaaa..... no i choruj człowieku. Dlatego nie zrezygnowałam z usług przemiłej przychodni, bo jak jest już wyznaczony termin wizyty to czeka się max 10-15 minut

      Usuń
  10. O służbie zdrowia można by elaboraty pisać. Ale podziwiam, że udało CI się zmienić tryb życia i schudnąć 10 kg. Szacunek. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jago, one robią to dla Twojego dobra. Pacjenta trzeba przeczołgać, bo kiedy pacjent trochę skruszeje to łatwiej go wyleczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak - i później lekarz ma już lżej

      Usuń
  12. daj spokój Matkjadwiga ma chody u pielęgniarek i zna je wszystkie ...i co? i wpycha sie w takich terminach państwowo, że mi normalnie szczęka opada. to jest klucz do naszych oczekiwań, nie upierdliwi pacjenci ale rodzina, znajomi i zwyczajne łapówki ....od komuny nic się nie zmieniło, system mafijny działa jak talala i a w nim postkoministyczne typy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę iść na kurs doszkalający do Twojej Matki Jadwigi :O)

      Usuń
  13. Przerazaja mnie takie opowieści.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie i realia prawie jak z przychodni przeżycia

      Usuń
  14. Ta żmija kiedyś kogoś do grobu wpędzi. U Ciebie dolegliwość może nie okazała się specjalnie groźna, ale następnym razem może trafić na kogoś w gorszym stanie. Zresztą, w mediach co jakiś czas słychać, że ktoś zszedł, bo służba zdrowia zlekceważyła sobie prośby o pomoc, bo oni zawsze wiedzą lepiej, co kto czuje. Teraz to już nie na temat, ale takie pospolite borowanie zęba bez znieczulenia: sapiesz, że cie boli, a dentysta na to "nie możliwe".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może inaczej - moja dolegliwość nie kontrolowana może być jeszcze groźniejsza. A służba zdrowia jak widać rządzi się swoimi prawami i mają pacjentów gdzieś, traktując ich jak zło konieczne

      Usuń
  15. Prawdziwa żmija, ot co. I normalka nasza nienormalna - interwencja z góry i wszystko (u ciebie prawie wszystko) dało się załatwić. Podziwiam Cię, bo ja bym nie wytrzymała i po wyjściu z gabinetu powiedziałabym babie co o niej myślę. Dbaj o siebie bo z sercem nie ma żartów. Ja ze swoją arytmią borykam się już od roku. A wywołała ją taka jedna żmija, co przez rok była moją szefową. Żmijom mówimy stanowcze NIE.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to widać 1:0 dla żmij. Nie powiedziałam jej co o niej myślę bo nie umie tak syczeć jak ona. Ja przez podobną żmiję do Twojej w ogóle zrezygnowałam z pracy.

      Usuń
  16. Służba zdrowia ma dziwny fetysz upodlania ludzi. Pielęgniarce można życzyć tylko tego, żeby trafiła kiedyś na kogoś swojego pokroju. Trochę szkoda, że nie żyjemy w czasach Dzikiego Zachodu, tam szybciej rozwiązywano takie sytuacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślałam, że tylko mi się to nie podoba. Traktują pacjenta jak upierdliwego natręta i jeszcze zdziwiona jedna z drugą, że ktoś walnie pięścią w ich rejetsrzaną ladę i powie DOŚĆ. Słusznie - chętnie wysłała bym takiego śmierdzącego kowboja z coltem u boku żeby pokazał kto ma władzę

      Usuń
  17. Może uchwalą ustawę uprawniającą do dziedziczenia miejsca w kolejce? A w ogóle Prima Aprilis powinni ogłosić swoim świętem. Może też należałoby przenieść Turniej Łgarzy z Bogatyni do Sejmu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejscówki mafia geriatryczna już ma dziedziczne, naznaczone i wykupione - spróbuj się przebić przez zgraję rzekomo chorych ludzi bez kolejki - zobaczysz ile mają energii i sił

      Usuń
  18. Powiem tak, zbyt łagodnie potraktowałaś personel... ja to bym suchej nitki na niej nie zostawiła... ale rozumiem.. trzeba oszczędzać serducho. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co mam się zniżać do ich pułapu i pełzać sycząc w ich języku? I to już nie o serducho chodzi tylko szkoda mojej energii na zmienianie kogoś kto i tak się nie zmieni

      Usuń
  19. Nóż mi się w kieszeni otworzył. Doświadczenia ze służbą zdrowia mam podobne - ile razy nie próbuję, tyle razy jestem śmieciem. Nie osobą, tylko rzeczą porzuconą na środku korytarza, ktora na dodatek przeszkadza innym w przejściu. Przykro mi, ale zupełnie nie umiem sobie z tym radzić. Można zadzwonić do przełożonego, rzecznika, czy prymasa. Ale to i tak nie zmusi kogoś, kto nie szanuje pacjenta, do tego, by zaczął w nim widzieć bliźniego, a nie rzecz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jaki oni mają w tym cel - w końcu zawsze ktoś kiedyś zostaje pacjentem. Oczywiście, że niesmak zostaje po każdorazowym potraktowaniu z góry przez białe żmije, ale warto takim uświadamiać, że nie są pępkiem świata i nie mają prawa nikogo tak traktować

      Usuń
  20. Zastanawiam się czy warto to komentować!?
    Ja stwierdziłam, że mam wiedzę na temat odżywiania. A 60% chorób jest odżywieniowych. Więc będą się odżywiała dobrze, więc mam większe prawdopodobieństwo nie trafienia na na system zdrowia. Po co się do licha stresować, w końcu stres szkodzi zdrowiu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc ja się ze swoimi problemami zdrowotnym załapałam w tych pozostałych 40 % Raz do roku muszę profilaktycznie odwiedzić służbę zdrowia i widocznie bez stresu się nie da

      Usuń
  21. Ale miałaś perypetie! Nie zazdroszczę....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam - od razu perypetie :) odkrywam drugą , ładniejszą twarz służby zdrowia, tą twarz od strony dupy

      Usuń
  22. i dlatego, kiedy istnieje potrzeba wizyty u specjalisty idę, niestety, prywatnie i tylko "boli" mnie ta cała kasa zabierana na bezpłatną służbę zdrowia.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też na to trafia dlatego nie poddam się bez walki

      Usuń
  23. To podobnie jak w dziekanacie :) Tylko od pań z dziekanatu nie zależy nasz zdrowie (chyba, że nam trochę je popsują wieczną "niewiedzą").
    A żmije są wszędzie, czasem tylko są nieco ukryte i plują jadem, gdy nikt nie patrzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) W dziekanacie robią to jawnie i bez skruchy :)

      Usuń
  24. o rzesz...masakra i weź tu człowieku idź do lekarza, stracisz nerwy, zdrowie i co jeszcze? tu już kompletnie brak słów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam - dałam radę - a niedługo czka mnie u nich dogrywka

      Usuń

*Bardzo mnie cieszy każdy komentarz - wiem przynajmniej, że nie jestem ignorowana i wiem, że piszę nie tylko dla siebie.
Więc bardzo serdecznie dziękuję
*Odpisuję zarówno na maile jak i odpowiadam na komentarze.
*Nie lubię za to anonimowych komentatorów - proszę podpisz się jeśli nie masz konta
*Jeśli nie musisz nie bądź złośliwy w stosunku do innych - na mnie możesz się wyzłośliwiać - obronię się zawsze
*No i uszanuj moją własność - to ja jestem autorem zarówno pisaniny jak i dużej ilości zdjęć.