niedziela, 25 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Kurier i Sendello



Nie znoszę stacjonarnych zakupów. Łażenie po galeriach, sklepach, przepychanie się przez tłum? Nie, to nie dla mnie. Szkoda czasu. Ale nieraz potrzeba coś kupić. I tu z pomocą przychodzi Internet. Uwielbiam tą formę zakupów. Nie dość że szybko, to jeszcze z dostawą pod drzwi. Jedyny mankament takich zakupów to niemożność dotknięcia. No i zdarza się nietrafiony zakup. Ale kupujący ma prawo w ciągu 14 dni zwrócić towar. Jeszcze do niedawna wysłanie paczki było stresującym zajęciem i graniczyło z cudem – i to z drogim cudem. Ale i ta nisza na rynku zaczęła się wypełniać. Trafiłam na Sendello.pl. Opinie możecie wyrobić sobie sami korzystając z ich usług.
„Sendello.pl to broker usług kurierskich, dzięki któremu szybko i wygodnie zamówisz krajowe oraz międzynarodowe przesyłki kurierskie w atrakcyjnych cenach.”
„W serwisie Sendello.pl przesyłkę kurierską wyślesz już od 7,99 zł netto. W cenie tej zawarte jest odbiór paczki od nadawcy, doręczenie pod wskazany adres oraz podstawowe ubezpieczenie przesyłki (minimalnie do 500 zł).”
Teraz jest to prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy wejść na stronę
http://www.sendello.pl/ zarejestrować się i zamówić kuriera.
Nie dość, że przesyłki, paczki i koperty można wysłać najtaniej to jeszcze jest możliwość ich monitorowania.

Jedyna trudność to zaadresowanie i przygotowanie paczki do wysłania. Ale i tu serwis Sendello.pl służy pomocą i opisuje krok po kroku jak prawidłowo przygotować paczkę do wysłania.
„Za prawidłowe przygotowanie przesyłki do transportu odpowiada nadawca
Informacje podstawowe
1. Upewnij się, że karton jest wystarczająco obszerny, aby pomieścić cały towar. Zawartość nie może stykać się bezpośrednio ze ściankami kartonu. Towar o nieregularnych kształtach powinien być dodatkowo zabezpieczony wypełnieniem.
2. Po zapakowaniu paczka powinna mieć regularne kształty.
3. Z kartonu nie może wystawać zawartość przesyłki.
4. Gdy w karton jest większy niż zawartość, a nie zastosujesz żadnego wypełnienia jest duże prawdopodobieństwo, że przedmioty z paczki ulegną uszkodzeniu.
5. Wysyłając przesyłkę paletową pamiętaj, że zawartość nie może wystawać poza obręb palety. Cięższe elementy ułóż na spodzie palety, a lżejsze na wierzchu. Przy pakowaniu palety zalecane jest zachowanie równomiernego rozmieszczenia elementów, tak aby środek ciężkości zlokalizowany był centralnie, niweluje to możliwość przechylania się ładunku na boki. Całość należy trwale przymocować do palety taśmami bindującymi oraz folią stretch. Foliowanie stretchem rozpoczynamy od zawiązania jej na słupku.”
Prawda, że nie jest to skomplikowane?
Opinie o serwisie Sendello.pl  są bardzo pozytywne więc nie ma co się zastanawiać tylko adresować paczkę i czekać na kuriera. Szybko, tanio i nie wychodząc z domu…. 




niedziela, 11 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Takt i kurtuazja to moje drugie imię


Koleżanka wpadła do mnie jak chmura gradowa. Wściekła i dysząca. Zioniejąca jak parwóz z czasów mojego pradziadka. Miała nową, niezbyt trafnie dobraną fryzurę. Ba, wyglądała jak oszołom. Zauważyła, że się na nią bezpardonowo lampię. Ale ciągle taktownie milczałam. Rzuciła torebkę pod stół i rzekła
 - NIE CHCĘ O TYM GADAĆ!! 
Robiłam kawę nadal rzucając spojrzenia przez stół. No ale oczywiście ja to ja…Takt i milczenie uważałam za zakończone. Chyba długo nie potrafię trzymać języka za zębami. Pocieszyłam ją:
 - NIE PRZEJMUJ SIĘ. Odrosną A kolor się spłucze.
Popatrzyła na mnie jak na debila, zaczęła się jej trząść broda i wybuchła:
- Mój skretyniały mąż wydał wszystkie oszczędności przeznaczone na wakacje, i to na co? Na NOWY PANORAMICZNY TELEWIZOR!! Chciałam sobie poprawić humor poszłam do najdroższego fryzjera w mieście. - TO SE QRWA POPRAWIŁAM...

Czy ja zawsze muszę palnąć jak krowa o beton? Umiejętność pocieszania koleżanek bezcenna, za wszystko inne zapłacisz kartą

środa, 31 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka II


Jak przystało na kobietę, torebek oczywiście mam bez liku – ale nie lubię ich zamieniać, wymieniać ani przemieniać. Jak wywnioskowałam z komentarzy pod poprzednim wpisem to nie jedyna jestem… Ale zdarza mi się. Torebkę zmienić oczywiście. Z róznym skutkiem. Jakiś czas temu byłam u lekarza, po szpitalu, na wizycie kontrolnej i żeby doktor wypisał mi poszpitalne zwolnienie z pracy. Lekarz jest nie tylko dobrym i cenionym specjalistą, ale też sympatycznym starszym panem. Po badaniu kontrolnym zagaił rozmowę na temat problemów z parkowaniem, zainteresował się gdzież to udało mi się upchać mój pojazd. W końcu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli do podania danych doktorowi, w celu uzupełniania druku L-4. Ktokolwiek widział ile rubryk jest do uzupełnienia na tym zacnym druczku, to wie, że jest to czasochłonne zajęcie. W końcu doktorek poprosił o dane z dowodu. Żaden problem. Sięgnęłam po torebkę damską i zaczęłam grzebać, jak nie przyrównując, dziad dworcowy czy cyganka w tobołku. W końcu doktor nie wytrzymał i zapytał
 - Niech pani nie mówi, że nie ma pani dokumentów.
 - Nie mówię przecież, no nic nie mówię,  ale nie mam
 - No, ale przyjechała pani samochodem…. – i tu padło kilka zdań na temat kobiet i ich roztrzepania, wszystko oczywiście okraszone dawką ciętego dowcipu i lekkiej ironii.
 - Oj doktorze, nic pan nie rozumie –
 - To niech mi panie, dla mojej wiedzy i satysfakcji wyjaśni, dlaczego, jeżdżąc autem, nie ma pani przy sobie żadnych dokumentów?
 - Już tłumaczę, bo ja wczoraj byłam w innych butach….
Mina doktora mówiła sama za siebie. Ni cholery, nie wiedział co ja do niego mówię. Wzrok błądzący za rozumem, wytrzeszcz oczu i błędny wzrok świadczył, że słyszy, bo mówię do niego,  i to po polsku, ale ni cholery, nie rozumie.


Na szczęście Dziecek był pod telefonem, poszukał mojego dowodu i podał mi potrzebne dane. Wychodząc, lekarz patrzył na mnie wzrokiem świadczącym o zerowym zrozumieniu dla nas, kobiet. Poprosił o zostawienie karty w rejestracji ale zaznaczył o zostawienie a nie wsadzenie jej do przepastnej torby i patrząc na mnie nadal mamrotał „bo co, do cholery, mają wspólnego buty z brakiem dokumentów?”
No patrzcie, taki mądry, doktor, a nic pojąć nie mógł. 

wtorek, 23 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka I


Wreszcie się zrobiło po-zimowo i ciepło. Stwierdziłam, że trzeba wyleźć z gawry i pooglądać ludzi. Złapałam torebkę i postanowiłam pojechać do koleżanki na kawę. A torebkę mam ciągle tą samą. A teraz, po kilku latach zmieniałam zwis naramienny. Też mi wyczyn, co? Bo ja jakaś taka, dziwna jestem,  jak  nie kobieta, np nie cierpię zmieniać torebek. Mimo to mam ich całe mnóstwo. Też nie wiem po jaką cholerę…Może dlatego, że stolarz projektując garderobę zaprojektował wielką szufladę na torebki. Więc pewnie było by mi głupio, żeby teraz stała pusta. Każdorazowa zmiana torebki w zależności od panującego nastroju czy koloru butów kończy się dziwnie, żeby nie powiedzieć dosadniej…klapa i porażka. Albo zapomnę przełożyć kluczy albo innego równie nieodzownego drobiazgu w wyposażeniu podręcznej torebusi. Więc moi znajomi przyzwyczaili się do ekspozycji stałej.
Wpadłam do koleżanki na szybką kawę - ta nic nie mówiąc taktownie krzątała się po chałupie rzucając na mnie okiem raz po raz. W końcu nie wytrzymała i rzekła
 - Spieszysz się ?
 - Ee,,, no raczej nie, bardzo, no tak średnio, a skąd te wnioski ?
 - Pewnie jedziesz do Dużego? Nic nie mówiłaś, to przyjemnej podróży – teraz ja patrzyłam na nią jak na wariatkę
 - Wyganiasz mnie?? Pewnie i pojadę, ale nie dziś, gadaj, co Ci się roi?
Bez słowa, skinieniem głowy, wskazała na wieszak z moją odzieżą wierzchnią i to z czym przylazłam do niej
 - Bo… bo… jesteś z torbą podróżną?
Osłabłam i padłam.

 - Qrwa – nie, no po prostu nie!! To moja  nowa torebka -  Na pewno nie podróżna!! Tylko jakieś 35x30..To moja podręczna, nowa, torebka damska.

niedziela, 14 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Wcale nie dziwne spotkania bliskiego stopnia


Jakoś tak się złożyło, że po miesiącach podczytywania bloga FrauBe dostałam olśnienia. Ona mieszka w tym samym mieście co ja! Tak wiem, po miesiącach... Ale na swoje usprawiedliwnie mam tylko swój kolor włosów. Lepiej późno niż później...Po mailowym wymienieniu myśli, wrażeń i wspomnień, okazało się, że wychowywałyśmy się po sąsiedzku, ba!! Mamy nawet wspólnych znajomych. No i po jakimś czasie postanowiłyśmy zobaczyć swoje lica. Oczywiście ja, jako ta bardziej nienormalna, zainicjowałam to wszystko. Tylko nie w Realu, bo u nas Real zlikwidowali. Spotkałyśmy się na reprezentacyjnym, miastowym deptaku, który teraz ni cholery, ani wyjściowy ani reprezentacyjny. Bo w remoncie. Nawet biednego Nalepę z deptaka eksmitowali. Po wymianie znaków rozpoznawczych w stylu ”rozczochrany łeb, wzrok dziki, szata plugawa” czy „koszula farmera w kratę” bez problemów zobaczyłam FrauBe czającą się w pobliskiej bramie, i to wcale nie przede mną tylko przed pierwszymi ciepłymi wiosennymi promieniami słońca. I tu zdradzę wiele, jak napiszę, że nie po szacie plugawej ją poznałam, ale po serdecznych, roześmianych oczach. Aby nie budzić sensacji w samym centrum miasta udałyśmy się do pobliskiego lokalu. Oczywiście mieliłyśmy paszczami długo i namiętnie, przepijając i przegryzając całokształt. Mimo ostrzeżeń FrauBe, że jest jakoby mało rozmowna i mam podtrzymywać rozmowę, spotkanie nie przebiegało w milczeniu i nie był to monolog. Kobitka okazała się ciepłą istotą z dużą dozą poczucia humoru, jakże innego od mojego jadu ociekającego sarkazmem. No, a jej cechą charakterystyczną jest to, że uwielbia zwierzyniec a nienawidzi ludzkiej zawiści. Więc jak nie czuć do niej sympatii? Czas upłynął nie wiadomo kiedy, ale, postanowiłyśmy to powtórzyć. Bo ja nie tylko Jaga, ale baba i wariatka… Postanowione i zaklepane. 


sobota, 6 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Lojalny mąż


Chyba ostatnie chłody skłoniły mnie do oglądania zdjęć z poprzednich sezonów letnich. W wakacyjny czas odwiedziliśmy z Dużym jeden z krajów Afryki. Dostosowałam się do kanonów i zasad zwiedzaczy. Zero spódnic, dekoltów czy innych europejskich ekstrawagancji. Jednego nie zmieniłam – koloru włosów.  I tu byłam dla tubylców taką egzotyką, jak dla nas, ich mało turystyczne zakamarki. Zwiedzając egotyczne zakątki, mało popularne wśród turystów, zauważyliśmy wzrok jednego ze starców, znajdujących się obok knajpki do której weszliśmy, na pachnącą z daleka, herbatę miętową. Jakiś starzec podszedł w towarzystwie innych starszawych jegomości. I łamaną angielszczyzną, oczywiście mnie totalnie ignorując, zaczął dialog z moim mężem. I co się okazało?  Starszawy jegomość chciał mnie kupić. Do tej chwili myślałam, że to bzdury, anegdoty i opowieści dziwnej treści, ale ten dziadunio naprawdę chciał dobijać targu, oferując mojemu mężowi trochę złota,  stado wielbłądów, kilka kóz i herbatę miętową... Kiedy to mój mąż wyraził zdecydowany sprzeciw, jeden ze starszych powiedział, żeby się dobrze zastanowił, bo za „taki” towar to rewelacyjna cena. Duży zdecydowanie oponował. Staruszek podbijał cenę. Nie wiem ile w końcowym rozrachunku wielbłądów miał za mnie otrzymać Duży. W końcu zjawił się nasz tłumacz. Szturchając mojego męża w bok powiedział
- NIECH SIĘ ZASTANOWI!!!!! – wysyczał w ucho mojego ślubnego - BO TO NAPRAWDĘ SUPER OKAZYJNA CENA
Cóż, powinnam być dumna, bo wpadłam w oko plemiennej starszyźnie? I nie bacząc na nic, nawet na mój imponujący przebieg, chciał za mnie dać kilka stad wielbłądów? Duży był lojalny. Odmówił kategorycznie, zostawiając zniesmaczonego starca ze złotem, kozami i wielbłądami na placu targowym. Kiedy to nasz tłumacz strofując mojego męża, dociekał jak mógł odmówić, w jego mniemaniu, za „taki” towar, tak hojnej zapłaty, marnując interes życia, wyrywając sobie kędzierzawe loczki z ciemnej łepetyny, krzycząc na zmianę „DLACZEGO?? WHY??”, użalając się po raz kolejny, nad bezdenną głupotą mojego męża, ten odparł:
 - Panie, a jak z tymi kozami i wielbłądami miałbym wsiąść do samolotu?


czwartek, 4 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Na psa urok

Czy już mówiłam, że moje sympatie są zazwyczaj odwzajemnione? Odkąd nasza psica mieszka z nami, to już tyle lat a ja jestem klientką KRAKVET. Solidna firma. Lubię ich a co za tym idzie, oni mnie też. Pisałam  już o nich nie raz i niedwa. A  od długiego czasu dbają o to, żeby moja zwierzyna miała dodatkowe atrakcje. Po raz kolejny dostałam od nich w prezencie przesyłkę, i to taką, że kurier miał problem, żeby dotaszczyć mi paczkę pod drzwi. Tym razem psica dostała wór przysmaków


i hektolitry wody dla psa. Butelkowanej.


Mineralnej. Z acerolą. Nie wiedziałam, że można butelkować wodę dla psa. Ale już wiem. Ma świetne rekomendacje i opinie.
Ale ponieważ to była woda przeznaczona dla psa jakoś wybitnie przypadła do gustu właśnie kotom.


I znów nasza sunia, postrach wsi, wszystkich listonoszy, kurierów i domokrążców, musiała czekać na swoją kolejkę , tym razem do wodopoju. Psica jest typem psa niejadka. Na co dzień to nie jest problemem, ale na tresurze był. No spróbuj, człowieku, zachęcić futrzaka do wysiłku, skoro żadne zachęty, typu przysmak, nie działają. Więc nie dziwcie mi się, że popadam, niemalże w euforię, skoro „normalne” psie przysmaki leżą dopóki się nie rozpadną, albo koty gdzieś nie wyniosą, a tu KRAKVET wysyła paczkę z psimi smakołykami, które są w stanie doprowadzić do euforii mojego owczarka niemieckiego. Psica nie jest typem żebraka. Jeśli jest w kuchni podczas naszych posiłków, to tylko dlatego, że chciała być w naszym towarzystwie. Nie ma błagalnego wzroku wlepionego w nasze talerze czy kapiącej śliny. Żadne przekupstwa w formie jedzenia nie wchodzą w grę. Za to teraz na dźwięk słów „chodź dam ci coś dobrego” sunia biegnie w miejsce magazynowania przysmaków od KRAKVETU. Siada przed szafką i przebiera łapkami niczym ratlerek z rodowodem.





Bawi mnie to, bo już wiem, że psy też mają swoje upodobania. Mają swoje gusta i smaki. A przysmaki od Krakvet smakują jej wyjątkowo dobrze. Wiem, że coś im może smakować albo nie. A KRAKVET ma we mnie dożywotnią klientkę. Trudno. Chcieli to mają. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Zaklinanie wiosny


Zawsze uważałam, że marudzenie i narzekanie na pogodę jest głupie i pozbawione głębszego sensu, bo póki co nie mam wpływu na temperaturę za oknem – ale w tym momencie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, chcę wrzeszczeć. Staram się za wszelką cenę zaklinać wiosnę, jednak ta mnie ma gdzieś i jest nieczuła na moje lamenty, płacze czy groźby pod swoim adresem. 


Chyba wystarczy mi sezonu grzewczego – trwa od września. Z trzaskającymi mrozami i zaspami śnieżnymi w grudniu czy styczniu nie walczyłam i nie dyskutowałam. Nie pałam miłością do zimnych stref klimatycznych i temperatur poniżej 25 st., ale nie protestowałam, bo w końcu po to jest zima, żeby było zimno. Wiem, że w naszej szerokości geograficznej są ludzie, którzy teraz się dobrze czują, ale ja do nich nie należę. No przykro mi. A teraz mówię DOŚĆ. Moje akumulatory się wyczerpały, ogrzewanie wewnętrzne przestało działać,  jest mi ciągle zimno i jestem w pełni nieszczęśliwa. Grzejniki w domu są tak gorące, że nawet koty nie są w stanie na nich wysiedzieć, bo wokół rozchodzi się swąd palonej sierści, a ja i tak mam na sobie 5 warstw szat, niczym cebula. Z powrotem do łask wróciły zimowe kurtki i buty. Jeśli ktoś zechce przyłączyć się do absurdalnego, w swojej czystej postaci, buntu, tym bardziej, że pogodynka, z radosnym uśmiechem na papie, obwieściła całemu światu, że na najbliższe 10 dni nic nie zmieni się w przyrodzie i pogodzie, to zapraszam. Więc załamania pogodowego nie będzie i pocenie się w najbliższym czasie  nie grozi nikomu. Wiosna stwierdziła, że wpadnie  nas odwiedzić w następnym sezonie. Oby i lato nie wzięło przykładu z wiosny. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.5


Jak już wspominałam tutaj tutaj  wylądowaliśmy na wsi. Moje szczęście zdawało się nie mieć końca. Ale miało. I to całkiem szybko. Nowi sąsiedzi postanowili zadbać o naszą kondycję psychiczną i dlatego, żebyśmy nie powariowali ze szczęścia, szybko skrócili nam niekończącą się radość z mieszkania w swoim domu. A co! Najpierw stwierdzili, że my, jako ludność miastowa i napływowa musimy dostosować się do ich reguł gry. Czyli skoro oni mówią, że będą chodzić po naszej działce, to będą. Bo oni zawsze (!!!) tamtędy chodzili. I my jako nowi nie powinniśmy oponować. Samochód postawiony na działce – trzeba wezwać policję. Oczywiście działka nasza i auto też. Ale sąsiadom, w zawiadamianiu organów ścigania, ten fakt jakoby nie przeszkadzał. Policja przyjechała, potwierdziła, że auto i działka jest naszą własnością i odjechała. Ogrodzenie? Brama? A to już był pretekst, żeby złożyć pozew w sądzie cywilnym. I tak się bawiliśmy prawie dwa lata, ciągani po sądach, tłumacząc się, jak nie przyrównując, duży zwierz z łopatami, czyli łoś, że jest to nasza własność. Aż w końcu zdecydowaliśmy się i odparliśmy atak – warto było, bo dziś mamy święty spokój. Sąsiadom odechciało się chodzić po naszej działce mimo, nadanej przez sąd służebności (o zgrozo!!) na początku naszej znajomości (a raczej nieznajomości wsiowego prawa zwyczajowego i mimo ukończonych studiów, szybko poznaliśmy znaczenie terminu ZASIEDZENIE.) Teraz oni wrócili na chrześcijańskie ścieżki, czyli na drogę gminną. No ba!! Nawet odgrodzili się od nas dwumetrowym ogrodzeniem, bo urażona duma nie mogła znieść wszystkich sądowych porażek.



Ale nasza działka jest tak usytuowana, że z dwóch stron mamy za sąsiadów małżeństwo starszych ludzi. Tak na oko trochę więcej niż osiemdziesięciolatkowie. Na oko zdrowi psychicznie. Ale tylko na oko.  A ja psychiatrą nie jestem. A szkoda – dziś skierowała bym oboje na leczenie zamknięte. Pan Sąsiad – Żmij – nie wiem jak poprawnie nazwać  żmiję  w rodzaju męskim, okazał się wrednym staruchem z jajecznicą zamiast mózgu. Zaczęło się niewinnie. Żmijowi się ubzdykało, że nasze koty niszczą jego ogrodzenie. Nic to, że siatka ogrodzeniowa pamięta II Wojnę Światową i naloty zwiadowcze samolotów niemieckich nad Rzeszowem oraz czasy gdy na terenach wyzwolonych żołnierze Armii Czerwonej kopali linie okopów to nasz sąsiad  wtedy robił zasieki i  ogrodzenie i tak zostało mu ono do dziś. To nic, że, nasze koty to nie tygrysy bengalskie, nawet nie koty Maine Coon a w sezonie letnim łącznie obydwa ważą niecałe 6 kg. Mimo, że nasze koty nie są jedynymi kotami we wsi, które nabyły umiejętność przeskakiwania przez siatkę. Ale Żmij widząc mnie w ogrodzie każdorazowo piłował twarz, że koty mu niszczą siatkę. Ignorowałam, bo stwierdziłam, że Żmij ma już tak dużo lat, że właśnie z tej racji należy się mu szacunek. Później dostarczyliśmy Żmijowi kolejny pretekst do ataków na moją osobę. Nabyliśmy psa. A pies ma to do siebie, że szczeka. A na widok Żmija nasza psica dostawała białej gorączki. Nie wiedziałam co jest powodem takiej nienawiści międzyrasowej. Do czasu. Kiedyś Żmij przekonany, że wszyscy tyramy na chleb poza domem, zaczął wymachiwać w kierunku naszej suki końcówką do opryskiwacza na chwasty, wystawioną przez oczko leciwej siatki. Poczekałam chwilę cierpliwie skryta za bujnym zielonym pnączem, posłuchałam jak pan Debil wykrzykuje, plując jadem coś w rodzaju „chodź tu, oczy ci zapryskam, chodź durny psie, zapryskam cię, zdechniesz, zdechniesz” Temu miłemu monologowi towarzyszyło kopanie w siatkę. No i  tego już dłużej nie zniosłam. Wyszłam zza zielonego parawanu sugestywnie waląc się w czoło. Gest ten tak rozjuszył  Żmija, że dostał szału. Wrzeszczał, że pies szczeka i szczeka, szczeka i szczeka. Odparłam, że szczeka, bo jak sama nazwa wskazuje to jest pies, a jak zacznie kiedyś miauczeć to zabiorę go do weterynarza. Dodałam jeszcze, że szkoda, że sąsiad mając tyle lat tego nie wie, a rozumu się nie przewala. A on kipiał jadem i pluł nienawiścią jeszcze długą chwilę. Później nasza psica otrzymała zakaz zbliżania się do siatki kretyna i kategoryczny zakaz szczekania. A ponieważ nasz kudłaty domownik przewyższa inteligencją naszego sąsiada i rozumie polecenia, skończyły się pokrzykiwania, przynajmniej w stronę psa. Ale chory na nienawiść  człowiek uroił sobie w swojej stetryczałej mamałydze, że połowa naszych włości, na które składa się „aż” całe 8 arów, łącznie z domem, jest jego. POŁOWA!! I żył w swoim neurotycznym świecie, każdorazowo widząc mnie w ogródku wykrzykiwał, że mu ukradliśmy, że go oszukali (w domyśle ONI na pewno nie kosmici) i tym podobne brednie. Starałam się z całych sił ignorować zramolałego Żmija, ale jak już wspominałam nie jestem uosobieniem spokoju, a w jego przypadku i tak wykazałam maksimum cierpliwości. Cokolwiek robiliśmy na własnej działce i we własnym ogródku on biegał jak nakręcony wzdłuż swojego ogrodzenia wykrzykując „wstrzymuję budowę, wstrzymuję budowę.” Nieraz nie wytrzymałam i warknęłam, że wstrzymać to on se może mocz, o ile jeszcze daje radę. Oczywiście moje komentarze nie służyły polepszeniu stosunków sąsiedzkich. Taki stan trwał całe lata Żmij zaczął się dopominać o coraz większy areał naszej posiadłości aż w końcu powiedziałam DOŚĆ.


Stwierdziłam, że czas na radykalny ruch. Moje zdrowie i spokój we własnym domu są najcenniejsze. Staruch za nic miał nasz akt notarialny, nasze mapki i wymiary, a ja miałam dość jego wykrzywionej nienawiścią gęby. Wzięliśmy geodetę, który w sposób urzędowy załatwił sprawę i wzorcowo wyznaczył granice i wkopał kamienie graniczne. Odbywało się to w asyście wrzasków Żmija, który nijak nie mógł przyjąć do wiadomości, że to jeszcze on wlazł ze swoim archaicznym i zabytkowym ogrodzeniem w naszą część działki. Geodeta wyznaczył granice jak wskazywały mapy i urządzenia. Staruch dostawał szału. Wyzywał nas i pluł jadem. Nawiedzona dziewczynka z kultowego filmu „Egzorcysta” to niewiniątko w porównaniu do tego furiata. Ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek. Za kilka dni przyjechała firma z ogrodzeniem. Żeby zakończyć definitywnie szarpaninę postanowiliśmy postawić mur. I bynajmniej to nie po to żeby ćwiczyć po nim wspinaczkę. Miałam dość tego zakurdawiałego, ciągle mnie wyzywającego, popaprańca. Klamka zapadła. Betonowy płot. Mało ażurowy. Lity. Nie przeźroczysty. Szary. Ładnym wzorem w naszą stronę. Wreszcie miał nastąpić kres oglądania debila, ociekającego nienawiścią, żyjącego mentalnie w jakimś urojonym świecie. Kiedy przyjechała ekipa montować ogrodzenie ten stary kretyn znów zaczął się uaktywniać. Ale wtedy mój zszargany, przez niego zresztą, system nerwowy, odmówił współpracy i ugody. Teraz ja zmieniłam się w Żmije. Wysyczałam mu, że jak przekroczy na pół kapcia swoją granicę to jednym z betonów połamie mu nogi, wrzucę do dołka wykopanego już przez ekipę i zakopię a nikt nawet nie będzie za nim płakać. Chyba uwierzył, bo przestał łazić po nie swojej części działki. Ale na odsiecz przysłał swoją połowicę. Jego małżonka, Żmija Cicha tylko bardziej jadowita, zaczęła prawić mi morały. Ale i jej powiedziałam w kilku słowach, powszechnie uznawanych za wulgarne  żeby opuściła moją działkę, która nie jest jej własnością a na dowód prawdziwości mych słów wywrzeszczałam, że psa wypuszczę. A że Żmija Cicha nie słyszała ode mnie, przez prawie dziesięć lat, złego słowa, doznała pewnie szoku. Słowo daję, jeszcze nigdy nie widziałam ponad osiemdziesięcioletniej Żmii tak szybko przemieszczającej i to w podskokach się przy akompaniamencie moich wyzwisk. I to powinnam zrobić tuż po wprowadzeniu się do domu. Miała bym spokój od samego początku. A ja naiwna miałam obiekcje bo „starsi państwo….” Taaaa…. Kiedy  fachowcy montowali ostatnie przęsła pożegnałam się z Żmijami wystawiając środkowy palec znad ogrodzenia w Hawajskim Znaku Pokoju. I tak zakończyła się lustracja mojego psa, kotów i nas przez wrednych staruchów. Teraz siedzą jak w więzieniu z betonowym szarym i nieażurowym płotem. Ale za to z naszej strony płot ma ładny wzór… Niech podniesie rękę do góry ten, kto miałby ochotę kopnąć w dupę adresata takiego zachowania i kto miałby ochoty poszczuć psem takiego sąsiada. Spokój jest bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.4


Mam wrażenie, że niektórzy ludzie, po pierwsze nie zasługują na to zaszczytne miano, a po drugie, powinni przechodzić specjalne testy psychiatryczne, zanim pozwoli się im na mieszkanie w bliskim sąsiedztwie innych osobników tej samej rasy. Skąd te radosne wnioski? Bo jak słyszę piosenkę „Jak dobrze mieć sąsiada”


to stwierdzam, że autorka tych  słów,  pani Agnieszka Osiecka, musiała być ponad to, żyć we śnie i mieszkać w jakiejś oazie, niczym na bezludnej wyspie. Jakoś przez całe lata nie miałam szczęścia do sąsiadów, przynajmniej do tych bezkonfliktowych i normalnych. Na parterze mieszkała patologia z meliną w tle i dopóki jeden z lokatorów nie zapił się na śmierć interes kwitł. Tuż przed naszym wyprowadzeniem się z mieszkania w bloku, nad naszymi głowami zamieszkała pani, której profesji dociekać nie będę. Oficjalnie głosiła, że naucza w szkole wieczorowej. Wracała późną porą, kiedy to normalna większość układała się do snu, żeby rano wstać, pójść do pracy i funkcjonować a nie wegetować. Co prawda zachowanie i wygląd świadczyły o trochę innej profesji, ale nie mój problem ani mój interes. Ale pani uczycielka właśnie wtedy, kiedy zaczynała się tzw. cisza nocna, zaczynała generalne porządki, polegające na wyrzucaniu szpargałów z szaf bezpośrednio na podłogę, odkurzanie, skakanie z szafy na podłogę i takie drobiazgi. A przed wprowadzeniem się położyła płytki na całych 45 m2 i uwielbiała drewniaki oraz inne obuwie nie mające z domowymi kapciami nic wspólnego. Więc akustyka mieszkania była rewelacyjna. Nie omieszkałam jej poinformować o moich odczuciach związanych z przerywaniem snu. Pani Sąsiedzko-Inteligentna Żmija była zbulwersowana, że chce mi się spać o 23.50 kiedy to ona to zamierza zrobić porządki. Argumentowała to swoim nocnym trybem życia i koniecznością funkcjonowania. Akcji z przerywaniem mojego snu były dziesiątki. Czy muszę mówić, że nie żegnała mnie z łzami w oczach? Jej poprzedniczka, była jeszcze bardziej pomysłowa. Uprzednia właścicielka mieszania miała nieznośny zwyczaj wywieszania swojej bardzo dużej bielizny i pościeli za oknem, w taki sposób, że jej prześcieradło czy poszwa na dwuosobową kołdrę leżało piętro niżej, czyli na moim parapecie, zasłaniając mi całe okno. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem ciekawa jej przeglądu pościeli, a jak będę chciała zasłonić okno, w i tak ciemnym mieszkaniu, to zrobię to od strony swojego pokoju i to czystą zasłoną i nie muszę patrzeć na jej niedoprane prześcieradło. Patrzyła na mnie mało inteligentnie, kiwając głową, po czym robiła dokładnie to samo. Któregoś razu otwarłam okno, wciągnęłam część prześcieradła do pokoju i zamknęłam okno. Po czym wynieśliśmy się z mieszkania celem odwiedzenia babci i dziadzia. Po powrocie zastałam strzępki pościeli w oknie. Pani Żmijowata Sąsiadka nie składała zażaleń. No bo i o co? Od tego czasu przestała czynić mi dodatkowe zaciemnienie. Za to ciągle znajdowałam na swojej zaokiennej suszarce (w mieszkaniach brak było balkonów)  do bielizny jej odzież. Wychodziłam na jej piętro dzierżąc w rękach gacie, tudzież koszulki. Najpierw uchylała drzwi wyściubiając kawałek twarzy, po czym sycząc, zaprzeczała, jakoby to miało być jej…Na koniec wystawiała dłoń i niczym Supermen wyrywała ciucha z mojej ręki, a w odpowiedzi usłyszałam trzask zamykających się drzwi. Nawet najszybszy człek nie był w stanie rozwinąć inteligentnego dialogu. Po czym za kilka dni, ponownie na mojej suszarce lądowała część jej garderoby, pokornie lazłam do niej z wypraną częścią garderoby, po to, żeby usłyszeć trzask zamykanych drzwi. Któregoś dnia miałam niski wskaźnik tolerancji na żmije i kiedy po wydrapaniu się na jej piętro spotkało mnie ponowne trzaśnięcie drzwiami szlag mnie trafił. Stwierdziłam, że skoro moja Żmijowata Sąsiadka syczy przez drzwi, utyskując na mnie tylko dlatego, że odnoszę jej garderobę, zamiast powiedzieć normalnie po ludzku „dziękuję” ,więcej nie będę tak czynić – poprawię się. Tak też każdym następnym razem, kiedy to na naszym zaokiennym wysięgniku, zwanym popularnie suszarką, lądowała część jej odzieży, wystawiałam rękę poza suszarkę wraz z ciuchem, otwierałam zaciśniętą na materiale dłoń i….poszło. Na dół nie było bardzo wysoko, więc lot i upadek ubrań nie był tak spektakularny jak w filmach, ale ja pozbyłam się problemu z syczeniem sąsiadki, że jakoby jej przestrzeń i prywatność naruszam. Z ulgą opuściłam nasze M-3. Przeprowadziliśmy się za miasto. Początkowo na wsi nic nie zwiastowało kolejnych perypetii z nowymi sąsiadami

                                                                       cdn… 


wtorek, 28 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.3

Jakoś tak się porobiło, że jak przystało na osobnika genetycznie obciążonego, zaczęłam mieć problemy sercowe. I to wcale nie chodzi o zawiedzioną miłość i złamane serce, tylko medycznie, o mięsień sercowy. Kiedy zaczęła się drobna arytmia to zignorowałam objawy, ale chwilę później zaczęły się inne problemy zdrowotne z sercem więc nieźle się wystraszyłam!! Od tego czasu udało mi się trochę zmienić tryb życia, biegam, chodzę regularnie na siłownię a co za tym idzie – udało mi się schudnąć 10 kg. Ale muszę nadal pilnować kontrolnych wizyt u kardiologa i raz na kilka(naście) miesięcy odwiedzać specjalistę. No, ale nasza cudownie rewelacyjna służba zdrowia, za wszelką cenę, robi co może, żeby nas odwieźć od tak głupich pomysłów. Zarejestrowałam się w zacnym przybytku zdrowotności jeszcze w październiku. Termin wyznaczono mi na początek lutego. OK – nie będę się dyskutować ani sprzeczać się z systemem, już dawno wszyscy pogodziliśmy się z tym, że patologia stała się normą. Trzeba czekać? Oj tam, oj tam, przecież nie umieram, poczekam. Przypięłam karteczkę do kalendarza i uzbroiłam się w anielską cierpliwość. Dwa dni przed terminem wizyty zadzwoniła pani pielęgniarka z rejestracji z informacją, że nie ma dobrych wieści, ale kardiolog ze względu na chorobę w rodzinie odwołał wszystkie planowe wizyty. W końcu lekarz też człowiek i jak zachorował mu ktoś z bliskiej rodziny, pewnie cały świat przestał się liczyć. Pani obiecała, że jak tylko prywatna  sytuacja lekarza unormuje się, zadzwoni z informacją, kiedy będą terminy ponownych przyjęć.


Dwa dni przed planowanym wyjazdem na urodziny siostrzenicy zadzwonił telefon….Pani z przychodni poinformowała mnie o nowym, wyznaczonym przez nich, terminie wizyty lekarskiej. Niestety, termin przypadał akurat w czasie, gdy miałam być w Rzymie. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby przesunęła mi termin wizyty, bo akurat wtedy nie będzie mnie w Polsce…I co usłyszałam od sympatycznej pani? Wysyczała „NIE” i uznała rozmowę za zakończoną. Nie docierały moje, wydawało by się, logiczne, argumenty, że skoro ja podeszłam  do życiowej sytuacji kardiologa z sercem i jak człowiek, to proszę, żeby do mnie też tak podejść. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem w stanie zmienić swoich wyjazdowych planów. Pani Pielęgniarska Żmija była nieugięta. W końcu resztkami cierpliwości i zdrowego rozsądku zapytałam czy nie może zamienić mojego nowego terminu z terminem innego oczekującego pacjenta. On przyjdzie tydzień wcześniej a ja tydzień później. I wszyscy będą zadowoleni. Ale Biała Żmija była nieugięta i torpedowała każdą moją propozycję, odpowiadając krótko „NIE”. Osiągałam temperaturę zbliżającą się niebezpiecznie do temperatury wrzenia. Para szła mi uszami!! Ostatkami powstrzymywałam się, żeby nie wrzeszczeć. Ciężko dysząc zapytałam jak rozwiązać tą niekomfortową sytuację. Jej Żmijowatość łaskawie odrzekła
- Proszę przyjść w dzień przyjęć doktora i poprosić, żeby panią przyjął.
Przepraszam, że co!?!! No po tych słowach moje dobre wychowanie szlag trafił. O!! Co to to nie!! Nie, po prostu nie!!! Ale to już nie było na moje nerwy!! Nie po to czekałam cztery miesiące, jak koza na wilka, na swoją kolejkę, żeby teraz „się prosić.”
Chcąc przyjść do lekarza i nawet przy jego aprobacie by wsadzić się bez kolejki, najpierw musiała bym pod drzwiami doktorka stoczyć walkę z mafią geriatryczną. Stali klienci doktora nie mają krztyny zrozumienia dla takich „proszących”, jak ja, na krzywy ryj… Gdybym bez ran i otarć dotarła do gabinetu doktorka, musiałabym jeszcze prosić o zlecenie EKG, echa serca, mierzenia ważenia i innych egzorcyzmów poprzedzających już samą wizytą face-to-face….No i dlaczego mam prosić o coś, co mi się należy jak psu micha, a na co cierpliwie czekałam, ponad cztery miesiące?? Po co mam zaburzać harmonogram pracy lekarza? Ale Pani Żmija syczała nadal. Wysyczała do słuchawki, że to nie jest jej wina ani problem, że mi NIE PASUJE TERMIN. Zachowałam resztki godności i zapytałam kiedy wobec tego mam przyjść na wizytę. Usłyszałam jadem kapiące słowa: KONIEC KOLEJKI. A, że żyłam już wyjazdem do Włoch, pewnie i to bym łyknęła, ale w ostatniej chwili zapytałam kiedy to będzie. Pani Pielęgniarska Wredność na chwilę zamieniła ton w szczebiocząco-słodki i wymruczała „LIPIEC.” No chyba se baba ze mnie jaja robi…Nie omieszkałam się zapytać czy jest świadoma swych słów. No i znów usłyszałam, że to nie jej problem ani nie jej wina BO TO MI TERMIN NIE ODPOWIADA!! Moja wściekłość sięgnęła zenitu, wqrwienie do białości i bezsilna złość – tyle czułam. Nie jestem kolejnym sfrustrowanym pacjentem, chcącym wylewać wiadra pomyj, na głowy biednych pracowników służby zdrowia, ale stwierdziłam, że jeszcze minuta tej absurdalnej, jałowej dyskusji,  a gotowa jestem zniżyć się do jej poziomu a wtedy jej się to nie opłaci a ja będę zmuszona, po wyjściu na wolność, szukać innej przychodni. Nikt wrednej babie nie dał prawa zachowywać się niczym pan życia i śmierci i decydować kto kiedy i z kim!! Pożegnałam oschle i ozięble Gwiazdę Dnia i resztę myśli wykrzyczałam już w przestrzeń ale nic, ale to nic nie pomogło.  Dziecek zaintrygowany głośną wymianą zdań, bez słowa podał mi kartkę z numerem telefonu i tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział do rozjuszonej matki:
-DZWOŃ
Tym oto sposobem dodzwoniłam się do Rzecznika Praw Pacjenta. Trafiłam na sympatycznego pana, który najpierw wysłuchał mojego uzewnętrznia się, żali i złości a później mi zaczął dawać rady i wskazówki. Polecił wysłać do kierownika przychodni pismo-maila z prośbą o wyznaczenie terminu, ponieważ do wizyty nie doszło i to nie z mojej winy. Jak polecił tak zrobiłam. Maila wysłałam i spokojnie pojechaliśmy do Włoch. Wróciliśmy do kraju, zaczęła się szara rzeczywistość, ale niestety, Białe Eminencje nie raczyły zaszczycić mnie jakąkolwiek odpowiedzią na maila. Ponownie zadzwoniłam do Rzecznika. Tym razem rada była równie prosta. Polecono mi ponownie wysłać tego samego maila, tylko do adresu mailowego kierownika przychodni, Rzecznik poradził, dołączyć adres mailowy Sekretariatu Rzecznika Praw Pacjenta. Jak rzekli - tak uczyniłam. I co? I jeszcze tego samego dnia, mimo, że był to piątek, piąteczek, piątunio otrzymałam maila. Pani pisząca, w kilku zdaniach kajała się bardzo, że niby ten poprzedni w czeluściach spamu zaginął, że nie zauważyła, że…że…że…No i obiecała, że w poniedziałek rano, jak tylko przyjdzie do pracy, zadzwoni do mnie, żeby umówić mnie na wizytę u kardiologa. No, gdyby nie te poprzednie utarczki z paniusią, była bym w stanie ją polubić. I faktycznie, zaraz rano zadzwoniła i jakież było moje zdziwienie kiedy wyznaczyła mi termin…..trzy dni później. No, ale jak to? To już nie muszę iść „prosić doktora?” nie muszę iść na koniec kolejki? Nie muszę czekać kolejnych czterech miesięcy? Rozumie wszystko, ale pojąć nie mogę. Cuda, ludzie, cuda. Ale na tym się nie zakończyły wzajemne animozje z Białymi Żmijami. W dzień, w którym miałam wyznaczony termin wizyty, poszłam trochę wcześniej, żeby nie było problemu ze zrobieniem EKG. Kiedy to siedziałam już pokornie, czekając na swoją kolej dzierżąc już w łapie zwitek papieru z zygzakami czekając na swoją kolej przyszła pacjentka. A ponieważ z założenia lubię rozmawiać z ludźmi, zaczęłyśmy rozmawiać. I tak, między wierszami, pani, poinformowała mnie, że ma wyznaczoną wizytę na godzinę 10.00. Ponieważ mnie Biała  Żmija zapisała na 9.20 byłam pewna, że kardiolog wywoła moje nazwisko. No i jakież było moje zaskoczenie jak usłyszałam obco brzmiące nazwisko. Sympatyczna kobieta siedząca obok zerwała się i podążyła do gabinetu. Ale Jaga nie taka, żeby żyć w niewiedzy. Wpakowałam się za kobietą i nie bawiąc się w konwenanse ani powitania, zapytałam doktorka dlaczego ta pani z godziny 10.00 już wchodzi a ja miałam wizytę na wcześniejszą godzinę a siedzę jeszcze jak baran na korytarzu. Lekarz trzy razy upewniał się, że nie mam wady wymowy i poprawnie wymawiam swoje nazwisko każąc mi powtarzać literując moje dane…Bezowocnie szukał moich personaliów na liście. Bezradnie rozłożył ręce w geście wyrażającym dezorientację. Cóż – pewnie po raz kolejny Biała Żmija chciała mi podziękować za wsparcie Rzecznika Praw Pacjenta. Doktor zachował się bardzo ładnie – powiedział, że jak tylko wypisze tej pani receptę to mnie zawoła. I faktycznie, za pięć minut zostałam poproszona na badanie. No i cała misterna intryga Kąsających Żmij poszła w las…
Nie całe badanie wyszło bezproblemowo – coś się doktorkowi w moim mięśniu nie spodobało – kazał mi się umówić na próbę wysiłkową. Więc po raz kolejny będę musiała się zbliżyć na odległość plucia jadem, do Przebiegłych Żmij. Wychodząc z Gniazda Żmij, uśmiechnęłam się, najładniejszym uśmiechem jaki posiadam, do wszystkich zalegających tam osobniczek i podziękowałam im za tak miłą i szybką obsługę, dodając, że nie rozumie dlaczego wszyscy tak narzekają na służbę zdrowia, bo tu jest tak miło i szybko przez tak kompetentny personel. Dodałam, że niedługo do nich wrócę. Faktycznie w białym im do twarzy. Szczególnie jak miały tak mało inteligentny wyraz malujący się na mózgoczaszce a posuwiste ruchy żuchwy świadczyły o wzmożonym procesie myślowym…. 
lekarz wie wszystko pielęgniarka lepiej

piątek, 17 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.2


Wizyty w banku mi się zachciało. I to kiedy ? W sobotę , kiedy większość populacji szalała w domu, ciesząc się z wynalazku wolnej soboty. Nieludzkie, niehumanitarne i niemoralne z mojej strony. Ale już się tłumaczę z tak okrutnego i bestialskiego postępowania. Zmusiła mnie sytuacja – z bankiem jestem związana węzłem mocniejszym niźli węzeł małżeński. Mamy kredyt hipoteczny, więc rozwód w/w instytucją nie wchodzi w rachubę. A że praca Dużego uniemożliwia wizyty i formalności w innym „roboczym” dniu wybraliśmy się do przybytku zwanego bankiem. Musieliśmy być razem. W końcu wspólne konto i wspólny kredyt zobowiązuje. 

Już w progu zacnego gmachu (jednego jedynego czynnego w sobotę) powaliła nas na kolana liczba osób załatwiająca formalności w tej instytucji. Ale pokornie usiedliśmy na wygodnych sofach czekając na swoją kolejkę. Oczywiście znakiem czasu jest możliwość zajęcia rąk i głowy czasoumilaczem, wsadziliśmy oczy w smartfony. Czekanie i cierpliwość nie idą u mnie w parze. Co ja bredzę, w ogóle nie mam cierpliwości do czekania w kolejkach. Rzucałam oczywiście ukradkowe spojrzenia znad telefonu, żeby mieć rozeznanie w sytuacji, ale przez kilkanaście minut sytuacja nie ulega zmianie, tzn, że przy stanowiskach obsługiwane są ciągle te same osoby. Miejsca na sofach rozbiło się coraz mniej i to wcale nie dlatego, że puchliśmy z nudów, tylko dlatego, że przybywało interesantów. Wzbudziło to niepokój jednej z dwóch pań obsługujących klientów banku. Energicznie wstała zza komputera, podeszła do nas, klientów i tonem nie znoszącym sprzeciwu zaczęła głośno wypytywać kto i w jakiej sprawie oczekuje na audiencję. Nie spodobał mi się sposób zbiorowej spowiedzi wygłaszanej przez każdego z oczekujących, bo nie mój interes, że pan obok ma ochotę zlikwidować debet a kobieta z dzieckiem nie umie korzystać z  bankowości elektronicznej i jej brak dostępu do konta interesuje mnie tyle samo co wczorajsza promocja cytryn w kieleckim Tesco. Kiedy doszła do nas odpowiedzieliśmy, że między innymi chcemy wymienić karty, żeby mieć darmowy dostęp do bankomatów. O reszcie problemów postanowiłam nie informować jej na forum publicznym. Warknęła, że kart się nie wymienia tylko anuluje opłaty bankomatowe… OK. Prosta jestem. Nie znam się. W końcu nie każdy musi być mądry. Ale tak nam powiedział konsultant na infolinii. To on zasugerował zmianę kart, bo za obsługę konta płacimy zamiast 6 zł – 16zł więc podobno jest to „w pakiecie.” Jedyny mankament tej operacji to osobista wizyta w siedzibie banku. Ale skoro pani wie lepiej od konsultanta to nie wnosiłam sprzeciwu. Czekaliśmy nadal jak łosie na swoją kolej. W końcu nadeszła wiekopomna chwila! Usiedliśmy przed panią dzierżąc w dłoniach dokumenty tożsamości. Pańcia po wprowadzeniu naszych danych w system popatrzyła na nas z wyższością i powiedziała
 - „Ale ja was nie mogę obsłużyć”
Zagotowałam się. A to niby dlaczego? Bo za krótko czekaliśmy? Bo już dwie osoby przed nami skapitulowały? Bo? Pani warczała dalej
-„Macie przypisaną do konta obsługę indywidualną a informacja jest widoczna na koncie internetowym”
Dostałam wytrzeszczu. No nie, po prostu nie!! Po to czekaliśmy trzy kwadranse?  Żeby się dowiedzieć, że mamy iść gdzie indziej? Że niby po 10 latach spłacaniu kredytu i jeszcze dłuższym posiadaniu konta w ich zacnej instytucji nikt nie raczył nas poinformować, że płacąc więcej za obsługę konta, nie musimy stać w kolejce? Super!! U mnie zazwyczaj uczucia wygrywają z racjonalnością, ale na szczęście tym razem rozsądek wziął górę. Miałam ochotę być taka samo miła dla Bankowej Żmii jak ona dla nas i pozostałych klientów, ale zdawałam sobie sprawę,  że jak się odezwę to wyniknie wojna a musimy to załatwić tu i teraz. Mimo sprzeciwów Pani Bankowej Żmii wymusiliśmy zaprowadzenie nas do osoby, która mogła by nas łaskawie obsłużyć i zapytałam Dużego czy docenia….Na szczęście doceniał. Oczywiście mój trud włożony w zaciśnięcie szczęk, bo jak już wspominałam nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora, nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów – miałam ochotę i wysyczeć kilka tak samo miłych słów do tej kobiety jak ona do nas... Ale musiałam odpuścić i żałuję do dziś. Poszliśmy do innej osoby. Ta widząc moje rozjuszenie i irytacje sięgającą zenitu była dla odmiany miła.
P.S. 1 Karty jednak musieliśmy wymienić.
P.S. 2. Bank nie ma jeszcze usługi obsługi indywidualnej. Mają to w planach. Pani wyprzedziła dyrekcję, ale dziękuję za jej ignorancję i niedouczenie, bo zyskaliśmy kompetentną konsultantkę, która wie trochę więcej niż jej koleżanka.

W końcu nie każdy musi być mądry. 

środa, 15 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Włoskie klimaty od kuchni


Wróciłam. To była miła odskocznia. Włochy. Lubię ten kraj. Ale moja miłość i sympatia do tego półwyspu i jego mieszkańców kończy się na częstych, ale krótkich wizytach.
Mieszkać tam na stałe?? Nigdy w życiu…Dlaczego? Ano, bo klimat w zimie bardzo wilgotny przez co odczuwalne zimno jest bardziej dokuczliwe niż u nas. Ludzie tam mieszkający to bardzo  specyficzna nacja. Serdeczna, ale pełna ignorancji. Pisałam już o nich tutaj i tutaj też. Tych ludzi albo się lubi albo nie. I nie będę się rozpisywać po raz kolejny o ich ignorancji, wadach i zaletach. Mają swoje przywary z których śmieje się cały świat, ale co by o nich nie mówić, to kuchnie mają rewelacyjną. Uwielbiam. Jest genialna. Prosta, kolorowa i pełna aromatycznych przypraw. Ich desery smakują niebiańsko,
tak róznorodnych lodów nigdy nie znajdziemy,


a owoce są pachnące i soczyste. Przez zupełnie inny klimat i inny tryb dnia i trudno się nam, Polakom przestawić.
Te kolacje jedzone po 20.00 pewnie też mają swój urok. Wymusza to na nich zarówno klimat jak i rytm dnia. Oni jedzą zupełnie inaczej niż my. Dla nich już samo jedzenie to przyjemność i okazja do spotkań ze znajomymi czy rodziną. Nie przeszkadza im  plastikowy czy papierowy „serwis obiadowy.” W naszej mentalności jest głęboko zakorzeniona celebrowania posiłków, na ładnych talerzach, zastawach….Więc jedząc z Włochami możemy spodziewać się długiego, głośnego spotkania a na stole plastikowych jednorazówek. Ich czas to pojęcie względne. I ci nielogiczni, nieprzestrzegający norm i przepisów ludzie, nie zaczną żadnej rozmowy bez kawy. Bary są na każdym rogu. 
Kawa prawdziwa, smaczna i aromatyczna. Podana dobrze, bez zbędnej otoczki, nastrojowych świeczek czy romantycznych serwetek. Jak bym chciała w Polsce wypić kawę z samego rana to pozostaje mi stacja benzynowa z zielonym słoneczkiem, bo reszta serwowanych trunków jest dla szanującego się miłośnika kawy nie do przyjęcia. Ich bary tętnią życiem od wczesnego rana. Włosi lubią jeść. Lubią zjeść dobrze i dużo. Jedzą wtedy, kiedy my zazwyczaj już wybieramy się w objęcia Morfeusza. Jeśli zobaczymy napis: ristorante, trattoria, pizzeria, osteria, taverne warto odwiedzić taki przybytek.





No, ale ich śniadania to dla mnie porażka nie do przyjęcia. Bo jak komuś, komu przez całe życie wmawia się, że to najważniejszy posiłek dnia, można zaserwować, cornetto, mizerniutkiego, słodkiego rogalika z  dużą filiżanką kawy z mlekiem? A poproś, człowieku, rano o herbatę…Potraktują to niczym egzotykę w pełnym wydaniu. W najlepszym wypadku zaordynują Ci il medicinale antidolorifico – lek przeciw bólowy. Ale u nich wszystko jest na odwrót. Samo słowo „śniadanie” znaczy po włosku to colazione. Po takim śniadaniu wcale nie głodują a w tak późnym jedzeniu nie widzą nic zdrożnego. W końcu jeśli późnym wieczorem, konsumuje się danie za daniem, popijając winem, po czym idzie się spać, nie ma możliwości, żeby rano czuć głód.  Więc skoro żaden Włoski obywatel nigdy nie idzie spać z pustym żołądkiem, nigdy nigdzie się nie spieszy, to mamy już odpowiedź skąd ten zaszczytny i chwalebny brak wrzodów w narodzie.  A może to obfite jedzenie sprawia, że Ci ludzie są tak beztroscy? Po tak ubogim śniadaniu bardzo szybko poczujemy ssanie w żołądku. No i od czego są makarony? W tej części Europy traktowane są jako wstęp, preludium albo jak nasza zupa. W każdej postaci i najlepiej z sosem pomidorowym. Co by nie mówić o tym narodzie, jak by się nie naśmiewać z ich przywar to  kuchnia jest jedyna w swoim rodzaju. Mimo, iż ich życie zaczyna się po 20.00, mimo, że w zimie wcale nie jest tam ciepło, kuchnię bardzo chętnie przeniosła bym na nasz rodzimy grunt. Smacznego…




*zdjęcia pochodzą z moich prywatnych zbiorów