piątek, 24 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.1


Nieraz zastanawiam się dlaczego ludzie są wredni, ot tak, dla zasady? Bo sprawia im to frajdę? Są niemili dla wszystkich, bo tak lubią i już? Czują swoją wyższość jak pokażą całemu światu jak są podli i jak nienawidzą wszystkich innych człekokształtnych??Może mając 40+ i to duży plus, powinnam już mieć na tyle rozsądku i życiowej mądrości, żeby zaprzestać poszukiwań sensu ludzkiej egzystencji, bo im dłużej się nad tym będę zastanawiać tym bardziej będę musiała znienawidzić ludzki gatunek…No, może nie ludzki gatunek, ale wyselekcjonowane ludzkie żmije. Kąśliwie jadowite, wredne, często wręcz sukowate, zgorzkniałe i atakujące bez ostrzeżenia. I wcale nie musi to być werbalny atak. Nieraz wystarczy gest, jedno spojrzenie mówiące więcej niż słowotok. No i żmija nie zatruje się własnym jadem. Tylko niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że jestem jakimś ucieleśnieniem spokojności, oj….daleko mi do oazy spokoju czy krainy łagodności. Nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. Nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów. Niestety, ale u mnie uczucia zwyciężają nad racjonalnym myśleniem.  Ponieważ sarkazm i złośliwość wyssałam z mlekiem matki, a rodzinne legendy głoszą, że wcześniej nauczyłam się mówić niż chodzić, więc mam generalną zasadę, którą łamię sporadycznie a mianowicie – nie atakuję pierwsza. Nie włażę nikomu w paradę, nie wtrącam się, nie wcinam i staram się pierwsza nie zabierać głosu w spornych sprawach. Ale niech mi ktoś nadepnie na odcisk.... to sam sobie winien.  A to wszystko dlatego, że najpierw mówię, potem zastanawiam się jakie to może mieć konsekwencje, no ale wtedy jest już za późno. I nie ważne czy to pani sprzątająca czy dyrektor w wielkiej firmie czy pani ze sklepu. Nie przebieram w słowach i nie bawię się wówczas w konwenanse. Dwa szybkie zdania, jak złapię fazę to kilka zdań więcej – i sprawa załatwiona. Jakoś tak wyszło, zupełnie niezależnie ode mnie, że natura wyposażyła mnie w rozbudowany aparat mowy, to idzie mi jak po maśle. To jest jak iskra w składzie materiałów wybuchowych,  pstryk i buuuuum!!! I już…Jak się wścieknę to zazwyczaj żałuje ten, kto zaczął ze mną słowną potyczkę. Lubię ludzi, staram się w stosunku do nich być serdeczna i nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów, ale nie mam litości do kąsających. Staram się traktować ludzi tak jak oni traktują mnie, tak jak  traktują świat i jak na to zasługują. Mój wizerunek żmij jest bardzo niesprecyzowany. Najczęściej w moich wyobrażeniach jawi się jako koścista, wysoka damulka, z nienaganną fryzurą, w dobrze dobranych okularach. Głosik piskliwy. Usta wąskie zaciśnięte…Ale to tylko mój wizerunek żmij i  godny jest ilustracji bajki dla dzieci. Często można się zdziwić. Bo pulchna pani w wieku matronalnym może być okazem żmijowatości równie dobrze jak i sucha, koścista damulka. Facetów to też się tyczy. W pluciu jadem są tak samo dobrzy jak żeńskie żmije i w tej konkurencji nie ustępują kobietom. Dlaczego i do czego te dywagacje i przydługi wstęp?  Ano jakoś tak ostatnio mam obniżoną odporność na ludzkie chamstwo i złośliwości. Składam to na karb przesilenia, braku słońca i tej wersji będę się trzymać jak niepodległości. Nie wiem kto nam wybiera ludzi, którzy zjawiają na naszej drodze i czy dzieje się to z jakiegoś powodu, ale ostatnio mam to zezowate szczęście i trafiam na różne typy żmij kąsających oczywiście płci obojga. Moja koleżanka, która jest skrzywiona w  jednym kierunku (samodoskonalenie, coaching, przyciąganie i te sprawy), twierdzi, że sama sobie jestem winna. Podobno jeśli myślę o negatywnych wydarzeniach – przyciągam negatywne wydarzenia, czyli myślisz, mówisz, masz…Nie zgadzam się z tą teorią, bo nie zakładam z góry, że ludzie są podli. To ludzie mnie uczą rozsądku i rezerwy a ja dalej jestem niereformowalna i dalej się do ludzi uśmiecham. A to, że ostatnio częściej niż normalnie, spotykam na swojej drodze żmije to pewnie dlatego, że przyroda budzi się do życia i wyłazi toto paskudztwo na powierzchnie. A, że głodne to kąsają. I teraz zapoczątkuję cykl o ludzkiej wredocie. Ludzi o słabszym systemie nerwowym uprasza się o nieregulowanie monitorów i odejście od komputerów, bo zanosi się na całą sagę o ludzkich żmijach...
cdn….


środa, 22 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Tłuste Święto Narodowe



Późny wieczór, lub wczesna noc, jak kto woli. Dziecek wpada do pokoju z radością na gębie, która nie przystoi o takiej godzinie i pyta
- jak myślisz, czy będzie nietaktem jak jutro tuż po pracy wpadnę do babci ?
Dla niewtajemniczonych: babcia słynie na pół miasta ze swoich wyrobów cukierniczych. Mamusia (tzn ja) ma  nieszczególne osiągnięcia w tej materii
- bo wiesz, tak z okazji jutrzejszego Święta Narodowego… - ciągnie swój monolog niezrażony moim milczeniem.

- w sumie jutrzejsze święto jest ważniejsze niż dzień 14-go lutego…..


Jaga na Facebook'u:



No i zapięło się

Udało mi się zakończyć przedsięwzięcie zwane uszyciem poszewek nie mając pojęcia o szyciu…I to poszewek włóczkowych nie mając pojęcia o robieniu na drutach. I najwięcej problemów sprawiło mi nie samo uszycie, bo jakoś „do przodu” potrafię szyć na maszynie, ale wykończenie i zrobienie logicznego zapięcia. I tu pomocne były podpowiedzi, bo jakoś sama nie miałam wizji. Najbardziej do gustu przypadły mi podpowiedzi Iwony Kmity - skorzystałam – przyszyłam zatrzaski


 i naszyłam duże ozdobne guziki. 


Wszystkim wielkie dzięki za inwencje twórcze 



wtorek, 14 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Konkurs - na najbardziej konstruktywne pomysły czyli POMOCY!


Na przekór całemu światu nie powiem wiele o Walentynkach. Dzień, jak każdy inny, tyle, że ozdobiony serduszkami i niestety sprawiający, że ci co nie mają szczęścia w tej materii, nie czują się w ten dzień komfortowo. Już wiem dlaczego św. Walenty to patron opętanych, epileptyków i zakochanych. Często obserwując pary mam wrażenie, że to właściwy patron i ochotę zapytać „dlaczego.” Miłość nie zawsze jest logiczna i racjonalna, ale ja i tak lubię ten dzień, bo każda okazja, w naszym zaganianym życiu, jest fajna, żeby sobie okazać więcej uczuć. Już się wypowiadałam na ten temat tu i tu więc nie będę się powtarzać. Jak ktoś ma ochotę sobie przypomnieć to zapraszam...
No i dziś, może zupełnie nie w porę, ale  chcę napisać o zupełnie czymś innym. Kilka dni temu odwiedziłam koleżankę, która nie tak dawno zrobiła remont. Później drobna zmiana wystroju wnętrza, małe przemeblowanie i dorzucenie kilku drobiazgów w świeżo pomalowanym pokoju. No i dom jak nowy! Jak ja uwielbiam remonty. Ale najbardziej zachwyciły mnie poduszki. Własnoręcznie wydziergała poszewki, na drutach, wyglądały tak ciepło, tak miło, że aż się chciało takie mieć. Ale jestem totalnym antytalentem jak chodzi o dzierganie czegokolwiek na czymkolwiek – ale powtarzam: no trudno – nie można być idealnym w każdej dziedzinie. Poduszki nie dawały mi spokoju, aż wreszcie znalazłam sposób, żeby sobie takie zrobić nie dotykając drutów ani włóczki. Nie mając pojęcia o trzymaniu drutów, nie rozróżniająca oczka prawego od lewego i ryżu od ściegu angielskiego zrobiłam poszewkę. Mam i ja! 



Jak? Ano w bardzo prosty sposób. Jak ktoś zgadnie to brawo a jak ktoś będzie chciał wiedzieć to powiem...Tylko teraz jest jeden problem. Mianowicie nie mam bladego pojęcia jak zrobić zapinanie do poszewek. Chcę, żeby była możliwość wymiany. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać.
Nie potrafię szyć!! Żadne wszywanie zamków błyskawicznych ani nabijanie kapsli i nap nie wchodzi w rachubę. Guziki też się nie sprawdzą – nie da się zrobić dziurek.
No i tu pytanie konkursowe….
Jakie zapinanie mam zrobić do poszewek?



Najbardziej pomysłowe i zarazem praktyczne odpowiedzi, które będę mogła wykorzystać będą nagrodzone. I to wcale nie w niebie albo w drugim życiu. Nagroda będzie, czego nie. Do wygrania: świeczki żelowe produkcji Jagi. Termin upływa w najbliższą sobotę. Ogłoszenie werdyktu 21 lutego.  


środa, 8 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Zwierzętom też się coś od życia należy



O moim ulubionym sklepie internetowym Krakvet i o jego zaletach już pisałam tutaj. Teraz sklep, zapewne żeby umilić moim kocim futrom zimowy marazm, przysłał przysmaki. Ale, żeby psica rasy owczarek niemiecki nie czuła się pokrzywdzona przez los też załapała się na testy psich przysmaków. A może było na odwrót, kto to wie?

Przysmakisą naturalne a co za tym idzie w składzie dominuje mięso. Tak też przysmaki w większości mają w składzie bardzo dużą zawartość mięsa powyżej 95 %. Przysmaki smakowały zarówno kotom jak i psu, mimo, że pies należy do wysokogatunkowej rasy niejadków.




Często zdarzało się, że psi smakołyk leżał na posłaniu kilka dni, koty zrobiły sobie z niego zabawkę do turlania po podłodze (najlepiej o 3.00 rano) a na koniec lądował w koszu na śmieci. Zapach przysmaków też nie przyprawia o odruch wymiotny, no nie jest to jakiś oszałamiający bukiet zapachowy, ale umówmy się, że jest znośny. Opakowanie nie przekombinowane, normalne, z wygodnym żyłkowym, szczelnym zamknięciem.
Mankamenty? Ponieważ produkt jest naturalny i składa się z mięsa a nie z całej tablicy Mendelejewa, po otwarciu należy go przechowywać w lodówce, ale nie dłużej niż 48 godzin. Ze względu na zawartość białka szczęście trzeba dozować. Wolno podawać tylko do 10 sztuk przysmaku dziennie. Więc większe opakowanie będzie po prostu nieekonomiczne i trzeba będzie wyrzucić pozostałą zawartości opakowania. Nie wiem czy będą dostępne mniejsze opakowania, ale w takim przypadku sprawdziły by się małe saszetki. Reszta bez zarzutu. I kto powiedział, że koty czy psy nie mogą się dobrze odżywiać? Zachęcam do kupna, bo skoro moje zwierzaki, nie przepadające za tego typu przekąskami, tak chętnie się raczyły zawartością opakowań, to chyba nie będzie zwierzaka, któremu to nie będzie smakować. 




czwartek, 19 stycznia 2017

Jaga na Facebook'u:



Mezalians*


Dzień przed wigilią. Nogi już dawno wlazły mi w miejsce, popularnie zwane tyłkiem. Wyciągnęłam na chwilę obolałe kości na kanapie mając w perspektywie dalsze szaleństwa w kuchni. Delektując się chwilą ciszy od bulgotu kuchni i ciesząc się perspektywą 15 minutowego odpoczynku z niechęcią popatrzyłam na dzwoniący telefon….Uffff, to „tylko” koleżanka, pewnie znów chce jakiś przepis mojej mamy, którą zna i też tak jak ja, podziwia za talent kulinarno-cukierniczy. Odebrałam. Zamiast radosnego głosu dotarły do mojej świadomości strzępki zdań, przerywane żałosnym łkaniem. Chwilę trwał ten stan zanim udało mi się wyłapać kilka chaotycznych słów. Powtarzała: „uderzył mnie”, „nie wiem co dalej”  „co ja mam robić….” A ja niby skąd mam to wiedzieć, do cholery….Uderzył....uderzył...Dzwoni w głowie tak, że aż boli...Gonitwa myśli, a w głowie i tak pustka, taka wielka czarna dziura i ja, która zawsze wiem co powiedzieć, ale w tej chwili nie mam pojęcia jakich słów użyć. Cokolwiek w tej sytuacji powiem to wszystko zabrzmi głupio i pretensjonalnie. Wydusiłam tylko z siebie, że mi przykro. I tak mam zostawić koleżankę? Jednym zdaniem „przykro mi” załatwię wszystko? To jej trochę pomogłam… Pomocna ze mnie dusza jak cholera. Jestem rozżalona i wściekła tak, że ręce zaciskają mi się w pięści. Co za drań gnojek i bydlak!!! Po co on zakładał rodzinę, po co się żenił, po co zawracał jej głowę, po co, po co…Kotłujące się myśli rozsadzają mi czaszkę. Co jej mam powiedzieć? Co doradzić? A ich wspólne życie zapowiadało się tak dobrze, tak szczęśliwie. I tak niedawno, dosłownie kilka lat temu, w dzień podobny do dzisiejszego, mroźny, śnieżny i zimowy brali ślub. Bawiłam się na ich weselu…



Nawet poprosili mnie, żebym, jako bliska koleżanka, uczestniczyła z nimi w ślubnej sesji. Jako pierwsza dowiedziałam się że urodziła się im pierworodna córka, później byłam informowana o kolejnych ciążach. Jej marzeniem, jako jedynaczki, od zawsze była duża rodzina. Bardzo duża. I wydawało by się, że jej marzenia się spełniają. W ciągu zaledwie 6 lat „dorobili się” już czwórki dzieci. Najstarsze z dzieci ma prawie 6 lat, najmłodsze jeszcze nie chodzi. Ona pracująca w lukratywnym zawodzie, on na bardzo eksponowanym stanowisku i zarabiający tyle, że cyferki z wypłaty na koncie musi liczyć na palcach, a zwykły zjadacz chleba takich sum nie ogląda przez większość życia.   Ale nie wszystko wyglądało pięknie jak na reklamie płatków kukurydzianych. Niczym w baśni o złej królowej szybko pojawiła się rysa, która robiła się coraz głębsza. Okazało się, że królowa matka doszła szybko do wniosku, że nie o takiej synowej marzyła dla prawie 40-letniego synalka. Dzielnie jej sekundowała i podtrzymywała ją w chorych urojeniach, córeczka, tu jedyna siostra księcia, która mimo osiągnięcia ponad półwiecza życia, nadal nie znalazła sobie kandydata godnego swojej osoby. No i zaczęło się od utyskiwań na ich plany dotyczące prokreacji, że niby po cholerę im tyle dzieci, że hałas, bałagan a już najbardziej w uporządkowanym życiu królowej matki. Że jak przyjeżdżają w odwiedziny to tylko krzyki dzieci, płacze i pieluchy…Że przeprowadzili by się bliżej, bo 120 km w jedną stronę jechać po to, żeby tylko chwilę syneczka zobaczyć, to absurd w najczystszej postaci. No a później królowa matka poszła o krok dalej. Synowa zaczęła jej przeszkadzać w tak rzadkich spotkaniach z synusiem, którego, jak to określiła, złapała na dziecko, więc książę zadecydował, że swoją mamunię i siostrunię będzie sam nawiedzał. I nie ważne, że to jest to akurat czas świąt czy innych uroczystości, które zwykło się spędzać z najbliższą rodziną. Więc się dostosował. Spędzał. Pakował dzieci do fotelików i krzesełek, zabierał nawet zapas pieluch, zostawiając swoją żonę, często ciężarną, samą. Charakter pracy nie zezwalał na częste wizyty nawet w domu, w którym żyła i mieszkała jego żona z dziećmi. W końcu ona wiedziała za kogo wychodzi i sama chciała mieć dużo dzieci. A on jeszcze ten okrojony czas, dzielił z mamusią i siostrą. Wracał z domu rodzinnego nabuzowany, kipiąc jadem, złośliwościami i nienawiścią, inspirowany przez swoje rodzime kobiety, genialnymi pomysłami na życie. Jak była w którejś z kolejnych ciąż książę wymyślił (?) żeby przeprowadzić rozdzielność majątkową. W razie, gdyby nie chciała się zgodzić, zagroził jej rozwodem. Bo, że niby ona chce roztrwonić jego majątek, jego krwawicę. Bo pracować cały czas nie może, bo dzieci się zachciało rodzić. Więc, tak na wszelki wypadek, mamusia doradziła, żeby dom przepisał na bliską kuzynkę, która bliższa jego sercu niźli koszula. A to znowu, żeby nową, wypasioną brykę zarejestrował w ich rodzinnej mieścinie czyniąc z mamusi i siostruni współwłaścicielki. I co wyjazd do rodzinnego gniazda żmij było gorzej, smutniej i bardziej beznadziejnie.
Moja koleżanka, do tej pory zachłyśnięta swoim późnym małżeńskim szczęściem, zaczęła się żalić. Zobaczyła, że jej bożyszcze, jej książę nie jest taki cudowny i wyśniony, tylko, że to nie mający własnego zdania maminsynek. Zdarzało się jej popłakiwać w samotności, dzwonić i po prostu prosić o towarzystwo…Jak widziałam jego zacne lico, coś się we mnie buntowało.  Ale starałam się jej nie mówić o swoich wątpliwościach, bo do pewnych rzeczy lepiej dojść samemu...On za to na pozór bardzo elokwentny i miły dla odwiedzających ją koleżanek, ale na pozór…Przy wizytach dało się wyczuć chłód i rezerwę. Bywało że grzecznie acz chłodno wyprosił ze „swojego domu” którąś z jej przyjaciółek czy kuzynek. I tym sposobem jej liczne grono znajomych i przyjaciółek zaczęło się sukcesywnie wykruszać, aż zmniejszyło się do dwóch koleżanek. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, co jeden powrót do domu, było gorzej i bardziej dramatycznie. Facet na świeczniku, cieszący się ogólnym szacunkiem, popularny i często rozpoznawany na ulicy, znany i uważany w swoim środowisku za autorytet….I co? Po kolejnej wizycie u mamusi nie wytrzymał presji i jej oczekiwań co do jego rodziny? Musiał uderzyć? A co będzie dalej? Bo przecież jak uderzył pierwszy raz to nie będzie mieć oporów, żeby to zrobić po raz kolejny. Co z dziećmi? Co ma robić osoba, której świat, niczym rozbita szklanka, rozpada się na setki kawałków? Co z jej nadziejami i marzeniami o wspaniałej rodzinie? Bo faceta z klasą poznaje się nie po tym jak zaczyna ale jak kończy?  No, ale grunt, żeby mamusia była zadowolona. Reszta niech się dostosuje a jak nie chce się dostosować, to zaliczy dwa razy w pysk i też się dostosuje…





* Mezalians (fr. mésalliance) – małżeństwo z osobą niższego stanu np. szlachcica z chłopką. Było uważane za małżeństwo nierówne, nieodpowiednie i niestosowne. Dzisiaj pojęcie bywa używane w odniesieniu do związku osób różniących się wykształceniem lub statusem materialnym, niestosowne małżeństwo, skandal.

niedziela, 8 stycznia 2017

Jaga na Facebook'u:



Całe życie z wariatami odc.2 ostatni




Wiedziałam, że tak będzie i że nie będę mieć czasu, żeby usiąść w ferworze zamieszania świątecznego, napisać kilka rozsądnych słów czy nawet odpowiedzieć na komentarze, ale tak wybrałam. Tak chciałam. Tak miałam. Święta takie jakie mi się marzyły. Nie w tropikach, nie na Ibizie, nie na tropikalnych wyspach. Ale w naszym domu. Właśnie zakończyłam świąteczny czas. Wyjechali ostatni goście, dom zaczyna żyć starym rytmem. Przedświąteczne przygotowania mają swój urok. To nie natłok prac w kuchni i świąteczne porządki doprowadziły mnie to tak absurdalnych pomysłów. Mimo, że w złości i w zmęczeniu zdarzało mi się bredzić jak Piekarski na mękach to nie wyobrażam sobie innych świąt. Świetnie sobie radzę ze smażeniem karpia czy pozostałymi, tradycyjnymi, dwunastoma wigilijnymi dniami. Byłam w stanie tak się zorganizować, żeby do zatłoczonych sklepów nie wchodzić już kilka dni przed Wigilią i żeby poza wigilijną kolacją upiec dodatkowo kilka chlebów, makowca i ugotować kompot z suszonych owoców. Zgadnie z zaleceniami uczonych w piśmie przygotowania do świąt zaczęłam dużo wcześniej. Znalazłam chętną do pomocy w lepieniu pierogów już w poniedziałek, bo od czego są zamrażarki? Mama dostała za zadanie zrobienie wigilijnych gołąbków, które dla mnie do dziś stanowią problem, bratowa zrobiła piękne uszka a reszta dań to już drobiazg… I to nie o tą stronę przedświątecznego obłędu mi chodziło. Do szału mnie doprowadza ludzkie zakłamanie, fałsz i obłuda. Odnoszę nieraz wrażenie, że niektórzy żyją tylko po to, żeby robić na złość innym. Żeby komuś dokopać, szczególnie jak ten inny jest  w pozycji leżącej. Bo to takie ekscytujące i ludzkie mieć wrażenie wyższości. To właśnie ta strona świąt jest tak przeze mnie znienawidzona. Ludzie, którzy powinni być pomocni, bliscy i serdeczni - kipią jadem i nienawiścią. I po co? Tylko po to, żeby pokazać swoją przewagę nad resztą świata? Żeby poczuć się lepiej? Bo tak i już? Nie znajdę na to pytanie odpowiedzi…i jak mam być szczera to chyba już nawet nie chce mi się szukać. Ja wiem, że to nie opowieść wigilijna i filmowego „happy endu” nie będzie, ale po co zatruwać innym życie?
W pozostałych  aspektach przygotowań do świąt i samych świąt jestem tradycjonalistką do bólu. Nie ukrywam, że miałam ochotę nie raz i nie dwa w ferworze  świątecznych przygotowań rzucić tym wszystkim w diabły żeby nie patrzeć na wykrzywione twarze w grymasie nienawiści do całego świata. Wyjechać i co dalej? Zostawić rodziców, którzy mają już swoje lata, ale do dziś nie odmówią pomocy? Ojca, który na hasło malowanie, już następnego dnia o 7.30 puka do drzwi obładowany puszkami farb, barwnikami i drabiną malarską? Ojca, który ma 77 lat, ale nigdy mi nie powiedział, że jest zmęczony moimi pomysłami i remontami? Mamę, która zawsze upiecze coś słodkiego na wszystkie imieniny, urodziny czy inne rodzinne spędy, bo wie, że wszyscy uwielbiają jej wypieki i nikt nawet sobie nie pomyśli, żeby iść i kupić coś gotowego w pobliskiej cukierni? Brata, który w razie potrzeby przyjedzie z drugiego końca miasta zmienić mi koło, bo akurat złapałam kapcia i nie powie, że jest zmęczony po pracy?  Drugiego brata, który mimo, ze notorycznie, wszędzie i wiecznie się spóźnia w razie potrzeby ściągnął by przysłowiową ostatnią koszulę, żeby ją oddać? Czy siostrę, z którą się widzę nie więcej niż raz na rok, ale mam  z nią codzienny kontakt i wiem, że to ja, w jej niełatwym życiu, w obcym kraju, jestem oparciem w najtrudniejszych dla niej chwilach? Jak mam zostawić najbliższych, którzy na co dzień nie raz doprowadzali mnie do białej gorączki, ale czekający na ten dzień przez tyle czasu, żebyśmy chociaż w ten dzień mogli się spotkać wszyscy? Każdy z nas ma swoje rodziny, swoje problemy, swoje życie, ale dobrze jest uczestniczyć w nim choć trochę, żeby dawać przykład naszym dzieciom, jak nie należy spędzać świąt. Kiedyś to będzie ich rola, kiedyś to one przejmą nasze tradycje. Żeby kiedyś i one mimo silnej pokusy, nawet nie myślały o spędzaniu świąt na Dominikanie. Bo w końcu po to jest rodzina, prawda? 



 Żeby drażniła, żeby wkurzała, żeby doprowadzała do piany, żeby było się z kim kłócić na co dzień, ale żeby w razie potrzeby można było na nich liczyć i żeby to właśnie z nimi można było usiąść do wspólnego wigilijnego stołu i nie myśleć o świętach z obrzydzeniem. To się nazywa rodzina...I nie wyobrażam sobie jak mogła bym wyjechać w święta i zostawić całe to wariactwo – nie tęskniła bym tylko za tymi, którzy mnie nie chcą oglądać mimo, że muszą i na każdym kroku udowadniają, że nie mają najmniejszej ochoty na oglądanie mojej, zazwyczaj, roześmianej facjaty. Jakoś będę musiała żyć ze świadomością, że nie każdy chce być miły i nie każdy chce, żebym uczestniczyła w życiu innych. Ale trudno.  No i będę musiała żyć ze świadomością, że we wszechświecie są istoty, które mnie nie znoszą. W końcu nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili. Tylko ile życie było by prostsze gdybyśmy potrafili rozmawiać. Ale trudno.  Dam radę. W końcu Jaga to ja... Oby do wiosny…   


                                                                                        Koniec

czwartek, 5 stycznia 2017

Jaga na Facebook'u:



Rewolucji nie będzie


A no nie będzie…No i żadnych postanowień noworocznych. Bo i po co skoro wszelkie postanowienia noworoczne, w moim wykonaniu,  szlag trafia już koło 7 stycznia? Po co mam stresować siebie i otoczenie? Będzie więc kosmetyka. Drobne poprawki i zmiany. Z okazji Nowego roku postanowiłam wyrzucić z bloga wszystkie kulinarne wpisy. Nie dlatego, że kuchnia przestała mi się podobać czy przestałam jeść…Nadal lubię kuchenne eksperymenty. Pieczenie chlebów jest nadal moją pasją. Uwielbiam zapach chleba roznoszący się po całym domu i mimo uwag, że chleb powinni piec piekarze, nie  uważam, że wykwalifikowani piekarze robią to lepiej. Ale dlatego, że mam za dużo zakładek i robi się chaotycznie. A jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego.
Więc jeśli ktoś ma ochotę upiec ze mną chleb to zapraszam ….



W miarę chęci i potrzeb będę właśnie tam wrzucać nowe przepisy.

niedziela, 18 grudnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Całe życie z wariatami odc.1


W okolicach przygotowań do  świąt cierpię na chroniczne napady wściekłości. Mam ochotę wykupić last minute do Tajlandii, Indii, Sri Lanki czy Kambodży, spakować kilka rzeczy i nie mówiąc nic nikomu, wrócić już w nowym roku. To całe zamieszanie, ten obłęd w sklepach, to paranoiczne wręcz, upychanie zbędnego jedzenia do koszyków doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego…Bo przecież nikt mi nie powie, że kupowanie w samą wigilię 14 paczek chipsów w różnych smakach plus dwie zgrzewki cud-coli to świąteczna tradycja. Ale wracając do przedświątecznych korków na ulicach, całego obłędu, szlag mnie trafia.  Święta. Czas radości…Ta…Radość jak się patrzy…Tylko czyjej radości, ja się pytam? Odkąd sięgam pamięcią, święta były dla mnie czynnikiem stresogennym i jak by taki stan trwał dłużej byłyby czynnikiem patogennym…Mam trójkę rodzeństwa, ale w okresie dzieciństwa i nastoletniej, burzliwej młodości cała trójka jednakowo działała mi na nerwy. Ojciec choleryk, z wybuchowym charakterkiem i donośnym  głosem, energiczna mama, w całym tym przedświątecznym bałaganie, z widmem wigilii na 28 osób, taką samą liczbą gości w pierwszy dzień świąt, no i czwórką dzieci i pośrodku tego bajzlu, ja, mająca zawsze zdanie inne niż ogół i wcale nie tak skłonna do współpracy jak by sytuacja i czas tego wymagał. Więc nic dziwnego, że święta od zawsze kojarzyły mi się z pośpiechem i nerwową atmosferą. Obiecywałam sobie, że jak ja będę dorosła….Zawsze marzyła mi się rodzina przy wspólnym stole. Bez zgrzytów, z uśmiechami i bez tego pośpiechu. I co? I kupa…Później było jeszcze gorzej. Jak wyszłam za mąż, doszła druga wigilia, a ze względu na  swoją pracę i obyczaje w pracy Dużego często i trzecia (a w praktyce pierwsza wigilia.) Ani rodzice ani teściowie nie wyobrażali sobie naszej nieobecności podczas rodzinnej kolacji. I tak w ten dzień warczeliśmy do siebie już od rana. Grafik napięty, harmonogram dopracowany, ale jak ktoś lub coś po drodze wyszło nie tak, walił się nasz misterny plan. A my, niczym maratończycy, z zegarkiem przed oczami, z obłędem w oczach, zmęczeni humorami świata i swoimi własnymi wojnami domowymi, biegaliśmy z jednego końca miasta na drugi i nie miało to nic wspólnego ze świątecznym nastrojem. Jak ja kiedyś nienawidziłam świąt… Teraz już moja awersja do świąt prawie całkiem zmalała i uczę się jak nie mieć instynktów morderczych w tym czasie, ba! Uczę się jak polubić święta, jak nie zwariować w ten radosny okres. 

Czas zadumy i refleksji? A kto ma czas na dumanie? Kto w ogóle wymyślił ten slogan na święta? Wszystkiego najlepszego? Ale co jest najlepsze? Jedzenie? Życie? Staram się, wyłażę ze skóry, bo chcę, żeby było fajnie, bo przecież idealnie nie będzie, ale ciągle i wciąż ktoś jest niezadowolony i żyje tylko po to, żeby sprawiać przykrość innym.  I to tak bez powodu, tyko tak sobie, dla zasady. Żeby dowalić, dokuczyć a później pobiec się pomodlić do kościoła. W końcu to czas wyciszenia i rodzinnych świąt. Próbuję wszystkich psychologicznych rad i mądrości, ale niewiele z tego wynika. ------>Próbuję od dawna <----Więc co?? Boże Narodzenie daleko od tego rozgardiaszu? W końcu to mają być święta a nie jakiś paranoiczny obłęd. Pomysł prawie genialny, żeby zagościć na Fuerteventurze czy na Ibizie?? Daleko od wszystkich…Taka myśl o bezludnej wyspie zakiełkowała mi już nie po raz pierwszy. Ale pewnie nie jestem odosobnionym przypadkiem. Gdyby wszyscy, którzy myślą tak jak ja lub podobnie, pognali na te bezludne wyspy to pewnikiem byłby tam tłok większy niż w hiper-super markecie w przeddzień zamknięcia.  Cdn, ale chyba w następnym roku. I wtedy wyrzucę z siebie dlaczego jeszcze nie zwariowałam, tak zupełnie i do końca i dlaczego nie wyjeżdżam w odludne tropiki…

wtorek, 6 grudnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Szczotkowanie na zawołanie




Tym razem, znów dzięki uprzejmości Philips Polska, miałam możliwość kolejnego testowania. Teraz szczoteczki sonicznej. Nigdy nie miałam problemów z zębami. W sumie brakuje mi tylko jednego zęba - 8-ki czyli zęba mądrości. To pewnie wiele tłumaczy... A jak coś nie przeszkadza to nie zwracamy na to uwagi. Przynajmniej ja tak mam.


 
Ale niestety, kiedyś zauważyłam, że kolor zębów pozostawia wiele do życzenia. To był efekt mojej miłości do kawy. Udałam się do specjalisty i moje zęby zostały wybielone. Ale później trzeba było zacząć dbać o to, żeby były nadal białe. A ja znów nie poświęcałam im tyle czasu ile należało. Nigdy nie pamiętałam, żeby po kawie chociaż wypłukać usta….No i znów moje zęby zaczęły tracić naturalną biel. I nie pomagały żadne pasty wybielające. Dlatego ucieszyłam się jak kilka dni temu zaczęłam testować szczoteczkę Philips Sonicare Szczoteczka soniczna HX6921/06. Stwierdziłam po raz kolejny, że Phlips to klasa sama w sobie. Uwielbiam przydatne rzeczy jednocześnie tak proste w użyciu. Szczoteczka ma 5 programów. Wystarczy jedno przeczytanie przejrzystej instrukcji, żeby wiedzieć który program  do czego służy. 
5 trybów szczotkowania specjalnie zaprojektowanych do czyszczenia zębów i dziąseł:
•Clean - silne czyszczenie w celu dokładnego usunięcia nalotu,
•Gum Care - kompletne czyszczenie zębów i dodatkowo jednominutowe delikatne czyszczenie i masaż linii dziąseł,
•Refresh - szybkie jednominutowe czyszczenie, maksymalny efekt w krótkim czasie,
•Sensitive - miękkie czyszczenie wrażliwych miejsc,
•Massage - tryb masażu i stymulacji dziąseł,
Najfajniejsza jest funkcja Tryb Łatwy Start - w czasie pierwszych 14 zastosowań stopniowo wzrasta moc szczotkowania, aby nasze zęby przyzwyczaiły się do używania szczoteczki Sonicare, bo nie czarujmy się – bo jest to zupełnie inne doznanie niż mycie tradycyjną szczoteczką. 
Sonicare Szczoteczka soniczna HX6921/06 która umożliwia połączenie niezwykle szybkich ruchów włókien (o częstotliwości dźwiękowej) z jednoczesnym szerokim zakresem ruchów wymiatających. Posiada 5 programów szczotkowania, które zapewniają skuteczne czyszczenie zębów i pielęgnację dziąseł. Dzięki tym możliwościom szczoteczka zadbała o przestrzenie międzyzębowe i dziąsła. Szczoteczka wyłącza się automatycznie po upływie 2 minut (tryb Clean) co, według stomatologów, wystarcza aby uzyskać optymalne rezultaty czyszczenia zębów. Ma wbudowane akumulatory, które po naładowaniu zapewniają pracę do 3 tygodni Korzyści to przede wszystkim skuteczne usuwanie płytki nazębnej, redukcja kamienia, bielsze zęby,  zdrowsze dziąsła.
Szczoteczka nie posiada żadnych ruchomych elementów łatwych do uszkodzenia, zawiera wyświetlacz pokazujący poziom naładowania, posiada ergonomiczny, antypoślizgowy uchwyt i  jest po prostu genialna. Już ją uwielbiam. No i kto z nas nie chciał by takiego uśmiechu ?





poniedziałek, 28 listopada 2016

Jaga na Facebook'u:



Tytuł "Dziecko Roku" wędruje do...


Robię zakupy w sklepie. W większym sklepie. Nie przepadam za większymi sklepami, takimi ja ten, zwanymi popularnie hipermarketem czy supermarketem. Zresztą ze wzajemnością. Sklep też za mną nie przepada i ma w zwyczaju robić takim jak ja, mało stałym klientom, niespodzianki. Niespodzianka polega to na tym, że wchodzę do takiego (sic!) hipermarketu a tu cały asortyment jest poprzestawiany. Jak po przejściu trąby powietrznej czy innej cholery. W miejscu, w którym były zwykłe chusteczki higieniczne i chemia domowa, zalegają owoce, tu gdzie była mąka leżą majtki a chcąc znaleźć kawę odbijam się od półki na której podczas ostatniej wizyty leżały kubki i talerze. Jak na kobietę, nienormalna jest moja awersja i niechęć, do łażenia po sklepach. Więc jak mam zrobić szybko zakupy, biegam z obłędem w oczach, w duchu przeklinając marketingowe chwyty w praktyce. Szlag mnie trafia, bo podczas ostatniej wizyty ledwo ogarnęłam jak dotrzeć do półki z papierem śniadaniowym bez przewodnika i mapy to już jakiś geniusz stwierdził, że za mało czasu spędzam w tym sklepie i trzeba mi trochę skomplikować życie, zmieniając ustawienia towaru. W chwili kiedy to nerwowo usiłowałam zlokalizować potrzebny artykuł to jakiś wyrostek wpada we mnie z impetem. W pierwszej chwili miałam ochotę wrzasnąć, żeby ktoś spisał numery tej ciężarówki, która mnie potrąciła, ale widząc zerową reakcję wyrośniętego dzieciaka, odpuściłam. No dobra, to nie jest mój najlepszy dzień. Nadal szukam papieru śniadaniowego próbując ignorować małego intruza. Zazwyczaj jestem bardzo tolerancyjna w stosunku do cudzych małoletnich – w końcu rozpuszczony gnojek nie jest moim problemem, ale ten przechodził samego siebie. Widok ponad 10 letniego wyrostka rozwalającego z furią sklepowe półki nie należy do widoków normalnych ani przyjemnych. Matka starała się go, na zmianę, ignorować i uspokajać. Gówniarz drze się na cały głos „w dupie mam zakupy, chodź już” a mamusia milutkiego chłopczyka zmienia kolory od trupio bladego aż dobiła do mało twarzowego bordo.



Zażenowana, półgłosem mu tłumaczy, że musi kupić mu zeszyty i papier kolorowy. Chłopczyna głośno wyraża swoje zdanie na temat szkoły i uczących tam pań i lepiej, że żadna z nich tego nie słyszała. Wszystko dzieje się dość szybko i dość głośno. Chłopak nie ma żadnych hamulców, zaczyna wyzywać wulgarnie matkę, budząc ogólne zainteresowanie i oburzenie znajdujących się nieopodal kupujących. Hmmmm, „ma co chciała”, pomyślałam mało współczująco o matce wrednego angora. Kiedy to nadal szukałam specjalnego papieru półpergaminowego składanego a dzieciątko po raz wtóry mnie potrąciło przechodząc niemalże po mojej mało filigranowej osobie, nie mówiąc słowa przepraszam, moja agresja nie dała się już stłamsić w zarodku. Ba, trudno ,było ukryć, że moja wściekłość sięgnęła zenitu. Złapałam gnojka za rękaw pytając po cichu czy wie jak zaraz bardzo go zaboli kopnięcie w tyłek. W tym momencie zobaczyłam przerażoną facjatę matki. Upppsssss…Chyba w napadzie wściekłości za głośno zadałam szczylowi pytanie. Ale już po ułamku sekundy widzę, że warto było. Gnojek zaniemówił. Łapał powietrze jak przedwcześnie wyłowiony karp na kolację wigilijną. Na jego górnej wardze pojawiły się krople potu. Przerażenie mieszało się ze zdziwieniem...Chyba pierwszy raz od urodzenia ktoś śmiał paniczowi uświadomić, że nie tylko bardzo wqrwia otoczenie, budzi niezdrową sensację, ale też jest chamski w stosunku do osoby, której z urzędu należy się szacunek. Do swojej matki. Tylko dlaczego to właśnie musiałam być ja? Właścicielka rozwydrzeńca profilaktycznie nie reagowała. Wokół odezwały się głosy oburzonych obserwatorów całej farsy. Jakaś starsza kobieta, w toczku na głowie i w eleganckim żakieciku powiedziała do mnie „Mój syn ma ponad 60 lat, ale jak by się tak do mnie odezwał to bym mu z dupy zrobiła jesień średniowiecza.” Parsknęłam śmiechem, bo w ustach dystyngowanej damy,  ubranej niczym angielska królowa, zabrzmiało to wręcz groteskowo, ale trudno było starszej damie nie przyznać racji. Zostawiłam rozsierdzony tłum i bez zakupu upragnionego papieru, opuszczając progi przesympatycznego sklepu zaczęłam się zastanawiać jaką ja byłam có®ką i stwierdziłam, że do tego rozwydrzonego paskudnika ze sklepu się nie umywałam i gdybyśmy byli równolatkami to i tak do pięt bym mu nie dorastała, ale tytułu córki roku też bym nie zdobyła. Nigdy się nie odzywałam do rodziców wulgarnie, ale też wiedzieli przy mnie, że żyją. Jako małe dziecko demolowałam i niszczyłam wszystkie z trudem zdobyte zabawki, jako biegająca z kolegami po osiedlu dziewczynka nie dawałam rodzicielce szans na założenie mi spódnicy, bo wystawały spod niej pokiereszowane, podrapane po wspinaczkach po okolicznych drzewach, chude nogi. Nawet zęba się pozbyłam w ulicznej bójce. Ale moi rodzice jako właściciele chudej jak patyk córki, byli w zaskakująco dobrej sytuacji, bo rodzice pobitych przeze mnie dzieci nigdy, ale to przenigdy, nie przychodzili na skargę. Po prostu koledzy wstydzili się przyznać, że zlała ich dziewczyna. Już w pierwszej klasie szkoły podstawowej uciekłyśmy z koleżanką z lekcji. Sprawa się wydała, bo po sąsiedzku mieszkała taka, która z przyjemnością na nas doniosła. Do dziś jej za to nie lubię. Nienawidziłam wtedy szkoły i marzyłam, żeby ją spalić. Gdybym miała nieograniczony dostęp do otwartego ognia niechybnie bym to uczyniła. Zwlekałam do domu wszystkie futrzaste nieszczęścia i żądałam od zaangażowania od własnej mamy, to znaczy karmienia. Jako dziecko i nastolatka zawsze miałam swoje zdanie. Okres typowego buntu nastolatki też dał im w kość. Testowałam ich wytrzymałość i cierpliwość przez kilka lat. Ale i tak uważałam, że starzy się mnie czepiają. W wieku 14 lat namówiłam swoje dwie serdeczne koleżanki, żeby z włosów do pasa obciąć się na modnego wówczas „jeża”czy popularnego wówczas Limahla powodując stan przedzawałowy u matki jednej z ogolonych koleżanek. Nigdy nie dotrzymywałam danego słowa, wiecznie się spóźniałam, w wieku 16 lat wróciłam pijana jak wór, bo równie mądra jak ja koleżanka, po butelce piwa dała mi do spróbowania wódkę, a w domu uparcie twierdziłam, że wcale nie piłam alkoholu tylko jadłam wiśnie a na dowód prawdziwość swych słów usiłowałam czytać książkę. Paliłam papierosy od 16 roku życia podkradając pojedyncze sztuki palącej mamie a w miarę rozwoju kradnąc całe paczki. Ale to rodzice się mnie czepiali. A przecież ja nic strasznego nie robiłam….Przynajmniej tak wtedy myślałam (o ile te bredzenia niczym chorego w malignie można było pomyślunkiem nazwać) Na szczęście z wiekiem trochę (!!) zmądrzałam, rodzice wytresowali mnie na punktualną istotę, która dotrzymuje słowa, no a już o chamskim odzywaniu się do własnych staruszków w ogóle nigdy nie pomyślałam. Dobrze, że Dziecek mnie oszczędził i nie dawał takich popisowych recitali w sklepowych zaułkach, bo pewnie nie dane by mu było dożyć pełnoletności w pełni zdrowia.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Jaga na Facebook'u:



Żelowo, kolorowo i jesiennie

Już jakiś czas temu zobaczyłam w małym sklepiku z pamiątkami coś co przykuło moją uwagę. Świeczki, które mnie zachwyciły i oczarowały. Przeźroczysty niczym galaretka środek, kilka ozdób w środku i palny żel. Do tego to delikatne, migotliwe światło, które wprowadzało niepowtarzalny klimat. Zawsze fascynowały mnie drobiazgi, które były niebanalne. Był tylko jeden problem. Jeśli świeczka była starannie wykonana, cena pozostawiała wiele do życzenia, a jeśli kosztowała niewiele, to nie bardzo bym chciała mieć ją w domu. Zaczęłam dociekać, czytać i dopytywać jak zrobić w domowych warunkach taki drobiazg, który będzie mi odpowiadać pod każdym względem. Kupiłam żel i zaczęłam przygodę ze świeczkami. Świeca żelowa o gramaturze 100 g pali się nawet do 70 godzin i nie powoduje kopcenia. Załamuje światło, mieni się brokatem. Ręczne wyrabianie i ozdabianie świec to nie tylko zabawa, ale swoista magia. Żel jest bardzo łatwo zabarwić i fajnie wchłania zapachy. Jeśli gotowa, zrobiona przeze mnie świeczka mnie nie zachwyca, to żel niczym żelatynę, mogę powtórnie rozpuścić i zrobić świeczkę od nowa. Jest świetnym elementem dekoracyjnym, który doda uroku każdemu wnętrzu. No i stał się też efektownym prezentem dla przyjaciół i znajomych. I tak, 5 lat temu, zaczęła się moja przygoda ze świeczkami żelowymi. Długie wieczory mają to do siebie, że można je wykorzystać. 
Więc zdjęciowo, kolorowo i żelowo.... a oto efekty kilkugodzinnej zabawy.