poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Zaklinanie wiosny


Zawsze uważałam, że marudzenie i narzekanie na pogodę jest głupie i pozbawione głębszego sensu, bo póki co nie mam wpływu na temperaturę za oknem – ale w tym momencie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, chcę wrzeszczeć. Staram się za wszelką cenę zaklinać wiosnę, jednak ta mnie ma gdzieś i jest nieczuła na moje lamenty, płacze czy groźby pod swoim adresem. 


Chyba wystarczy mi sezonu grzewczego – trwa od września. Z trzaskającymi mrozami i zaspami śnieżnymi w grudniu czy styczniu nie walczyłam i nie dyskutowałam. Nie pałam miłością do zimnych stref klimatycznych i temperatur poniżej 25 st., ale nie protestowałam, bo w końcu po to jest zima, żeby było zimno. Wiem, że w naszej szerokości geograficznej są ludzie, którzy teraz się dobrze czują, ale ja do nich nie należę. No przykro mi. A teraz mówię DOŚĆ. Moje akumulatory się wyczerpały, ogrzewanie wewnętrzne przestało działać,  jest mi ciągle zimno i jestem w pełni nieszczęśliwa. Grzejniki w domu są tak gorące, że nawet koty nie są w stanie na nich wysiedzieć, bo wokół rozchodzi się swąd palonej sierści, a ja i tak mam na sobie 5 warstw szat, niczym cebula. Z powrotem do łask wróciły zimowe kurtki i buty. Jeśli ktoś zechce przyłączyć się do absurdalnego, w swojej czystej postaci, buntu, tym bardziej, że pogodynka, z radosnym uśmiechem na papie, obwieściła całemu światu, że na najbliższe 10 dni nic nie zmieni się w przyrodzie i pogodzie, to zapraszam. Więc załamania pogodowego nie będzie i pocenie się w najbliższym czasie  nie grozi nikomu. Wiosna stwierdziła, że wpadnie  nas odwiedzić w następnym sezonie. Oby i lato nie wzięło przykładu z wiosny. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.5


Jak już wspominałam tutaj tutaj  wylądowaliśmy na wsi. Moje szczęście zdawało się nie mieć końca. Ale miało. I to całkiem szybko. Nowi sąsiedzi postanowili zadbać o naszą kondycję psychiczną i dlatego, żebyśmy nie powariowali ze szczęścia, szybko skrócili nam niekończącą się radość z mieszkania w swoim domu. A co! Najpierw stwierdzili, że my, jako ludność miastowa i napływowa musimy dostosować się do ich reguł gry. Czyli skoro oni mówią, że będą chodzić po naszej działce, to będą. Bo oni zawsze (!!!) tamtędy chodzili. I my jako nowi nie powinniśmy oponować. Samochód postawiony na działce – trzeba wezwać policję. Oczywiście działka nasza i auto też. Ale sąsiadom, w zawiadamianiu organów ścigania, ten fakt jakoby nie przeszkadzał. Policja przyjechała, potwierdziła, że auto i działka jest naszą własnością i odjechała. Ogrodzenie? Brama? A to już był pretekst, żeby złożyć pozew w sądzie cywilnym. I tak się bawiliśmy prawie dwa lata, ciągani po sądach, tłumacząc się, jak nie przyrównując, duży zwierz z łopatami, czyli łoś, że jest to nasza własność. Aż w końcu zdecydowaliśmy się i odparliśmy atak – warto było, bo dziś mamy święty spokój. Sąsiadom odechciało się chodzić po naszej działce mimo, nadanej przez sąd służebności (o zgrozo!!) na początku naszej znajomości (a raczej nieznajomości wsiowego prawa zwyczajowego i mimo ukończonych studiów, szybko poznaliśmy znaczenie terminu ZASIEDZENIE.) Teraz oni wrócili na chrześcijańskie ścieżki, czyli na drogę gminną. No ba!! Nawet odgrodzili się od nas dwumetrowym ogrodzeniem, bo urażona duma nie mogła znieść wszystkich sądowych porażek.



Ale nasza działka jest tak usytuowana, że z dwóch stron mamy za sąsiadów małżeństwo starszych ludzi. Tak na oko trochę więcej niż osiemdziesięciolatkowie. Na oko zdrowi psychicznie. Ale tylko na oko.  A ja psychiatrą nie jestem. A szkoda – dziś skierowała bym oboje na leczenie zamknięte. Pan Sąsiad – Żmij – nie wiem jak poprawnie nazwać  żmiję  w rodzaju męskim, okazał się wrednym staruchem z jajecznicą zamiast mózgu. Zaczęło się niewinnie. Żmijowi się ubzdykało, że nasze koty niszczą jego ogrodzenie. Nic to, że siatka ogrodzeniowa pamięta II Wojnę Światową i naloty zwiadowcze samolotów niemieckich nad Rzeszowem oraz czasy gdy na terenach wyzwolonych żołnierze Armii Czerwonej kopali linie okopów to nasz sąsiad  wtedy robił zasieki i  ogrodzenie i tak zostało mu ono do dziś. To nic, że, nasze koty to nie tygrysy bengalskie, nawet nie koty Maine Coon a w sezonie letnim łącznie obydwa ważą niecałe 6 kg. Mimo, że nasze koty nie są jedynymi kotami we wsi, które nabyły umiejętność przeskakiwania przez siatkę. Ale Żmij widząc mnie w ogrodzie każdorazowo piłował twarz, że koty mu niszczą siatkę. Ignorowałam, bo stwierdziłam, że Żmij ma już tak dużo lat, że właśnie z tej racji należy się mu szacunek. Później dostarczyliśmy Żmijowi kolejny pretekst do ataków na moją osobę. Nabyliśmy psa. A pies ma to do siebie, że szczeka. A na widok Żmija nasza psica dostawała białej gorączki. Nie wiedziałam co jest powodem takiej nienawiści międzyrasowej. Do czasu. Kiedyś Żmij przekonany, że wszyscy tyramy na chleb poza domem, zaczął wymachiwać w kierunku naszej suki końcówką do opryskiwacza na chwasty, wystawioną przez oczko leciwej siatki. Poczekałam chwilę cierpliwie skryta za bujnym zielonym pnączem, posłuchałam jak pan Debil wykrzykuje, plując jadem coś w rodzaju „chodź tu, oczy ci zapryskam, chodź durny psie, zapryskam cię, zdechniesz, zdechniesz” Temu miłemu monologowi towarzyszyło kopanie w siatkę. No i  tego już dłużej nie zniosłam. Wyszłam zza zielonego parawanu sugestywnie waląc się w czoło. Gest ten tak rozjuszył  Żmija, że dostał szału. Wrzeszczał, że pies szczeka i szczeka, szczeka i szczeka. Odparłam, że szczeka, bo jak sama nazwa wskazuje to jest pies, a jak zacznie kiedyś miauczeć to zabiorę go do weterynarza. Dodałam jeszcze, że szkoda, że sąsiad mając tyle lat tego nie wie, a rozumu się nie przewala. A on kipiał jadem i pluł nienawiścią jeszcze długą chwilę. Później nasza psica otrzymała zakaz zbliżania się do siatki kretyna i kategoryczny zakaz szczekania. A ponieważ nasz kudłaty domownik przewyższa inteligencją naszego sąsiada i rozumie polecenia, skończyły się pokrzykiwania, przynajmniej w stronę psa. Ale chory na nienawiść  człowiek uroił sobie w swojej stetryczałej mamałydze, że połowa naszych włości, na które składa się „aż” całe 8 arów, łącznie z domem, jest jego. POŁOWA!! I żył w swoim neurotycznym świecie, każdorazowo widząc mnie w ogródku wykrzykiwał, że mu ukradliśmy, że go oszukali (w domyśle ONI na pewno nie kosmici) i tym podobne brednie. Starałam się z całych sił ignorować zramolałego Żmija, ale jak już wspominałam nie jestem uosobieniem spokoju, a w jego przypadku i tak wykazałam maksimum cierpliwości. Cokolwiek robiliśmy na własnej działce i we własnym ogródku on biegał jak nakręcony wzdłuż swojego ogrodzenia wykrzykując „wstrzymuję budowę, wstrzymuję budowę.” Nieraz nie wytrzymałam i warknęłam, że wstrzymać to on se może mocz, o ile jeszcze daje radę. Oczywiście moje komentarze nie służyły polepszeniu stosunków sąsiedzkich. Taki stan trwał całe lata Żmij zaczął się dopominać o coraz większy areał naszej posiadłości aż w końcu powiedziałam DOŚĆ.


Stwierdziłam, że czas na radykalny ruch. Moje zdrowie i spokój we własnym domu są najcenniejsze. Staruch za nic miał nasz akt notarialny, nasze mapki i wymiary, a ja miałam dość jego wykrzywionej nienawiścią gęby. Wzięliśmy geodetę, który w sposób urzędowy załatwił sprawę i wzorcowo wyznaczył granice i wkopał kamienie graniczne. Odbywało się to w asyście wrzasków Żmija, który nijak nie mógł przyjąć do wiadomości, że to jeszcze on wlazł ze swoim archaicznym i zabytkowym ogrodzeniem w naszą część działki. Geodeta wyznaczył granice jak wskazywały mapy i urządzenia. Staruch dostawał szału. Wyzywał nas i pluł jadem. Nawiedzona dziewczynka z kultowego filmu „Egzorcysta” to niewiniątko w porównaniu do tego furiata. Ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek. Za kilka dni przyjechała firma z ogrodzeniem. Żeby zakończyć definitywnie szarpaninę postanowiliśmy postawić mur. I bynajmniej to nie po to żeby ćwiczyć po nim wspinaczkę. Miałam dość tego zakurdawiałego, ciągle mnie wyzywającego, popaprańca. Klamka zapadła. Betonowy płot. Mało ażurowy. Lity. Nie przeźroczysty. Szary. Ładnym wzorem w naszą stronę. Wreszcie miał nastąpić kres oglądania debila, ociekającego nienawiścią, żyjącego mentalnie w jakimś urojonym świecie. Kiedy przyjechała ekipa montować ogrodzenie ten stary kretyn znów zaczął się uaktywniać. Ale wtedy mój zszargany, przez niego zresztą, system nerwowy, odmówił współpracy i ugody. Teraz ja zmieniłam się w Żmije. Wysyczałam mu, że jak przekroczy na pół kapcia swoją granicę to jednym z betonów połamie mu nogi, wrzucę do dołka wykopanego już przez ekipę i zakopię a nikt nawet nie będzie za nim płakać. Chyba uwierzył, bo przestał łazić po nie swojej części działki. Ale na odsiecz przysłał swoją połowicę. Jego małżonka, Żmija Cicha tylko bardziej jadowita, zaczęła prawić mi morały. Ale i jej powiedziałam w kilku słowach, powszechnie uznawanych za wulgarne  żeby opuściła moją działkę, która nie jest jej własnością a na dowód prawdziwości mych słów wywrzeszczałam, że psa wypuszczę. A że Żmija Cicha nie słyszała ode mnie, przez prawie dziesięć lat, złego słowa, doznała pewnie szoku. Słowo daję, jeszcze nigdy nie widziałam ponad osiemdziesięcioletniej Żmii tak szybko przemieszczającej i to w podskokach się przy akompaniamencie moich wyzwisk. I to powinnam zrobić tuż po wprowadzeniu się do domu. Miała bym spokój od samego początku. A ja naiwna miałam obiekcje bo „starsi państwo….” Taaaa…. Kiedy  fachowcy montowali ostatnie przęsła pożegnałam się z Żmijami wystawiając środkowy palec znad ogrodzenia w Hawajskim Znaku Pokoju. I tak zakończyła się lustracja mojego psa, kotów i nas przez wrednych staruchów. Teraz siedzą jak w więzieniu z betonowym szarym i nieażurowym płotem. Ale za to z naszej strony płot ma ładny wzór… Niech podniesie rękę do góry ten, kto miałby ochotę kopnąć w dupę adresata takiego zachowania i kto miałby ochoty poszczuć psem takiego sąsiada. Spokój jest bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.4


Mam wrażenie, że niektórzy ludzie, po pierwsze nie zasługują na to zaszczytne miano, a po drugie, powinni przechodzić specjalne testy psychiatryczne, zanim pozwoli się im na mieszkanie w bliskim sąsiedztwie innych osobników tej samej rasy. Skąd te radosne wnioski? Bo jak słyszę piosenkę „Jak dobrze mieć sąsiada”


to stwierdzam, że autorka tych  słów,  pani Agnieszka Osiecka, musiała być ponad to, żyć we śnie i mieszkać w jakiejś oazie, niczym na bezludnej wyspie. Jakoś przez całe lata nie miałam szczęścia do sąsiadów, przynajmniej do tych bezkonfliktowych i normalnych. Na parterze mieszkała patologia z meliną w tle i dopóki jeden z lokatorów nie zapił się na śmierć interes kwitł. Tuż przed naszym wyprowadzeniem się z mieszkania w bloku, nad naszymi głowami zamieszkała pani, której profesji dociekać nie będę. Oficjalnie głosiła, że naucza w szkole wieczorowej. Wracała późną porą, kiedy to normalna większość układała się do snu, żeby rano wstać, pójść do pracy i funkcjonować a nie wegetować. Co prawda zachowanie i wygląd świadczyły o trochę innej profesji, ale nie mój problem ani mój interes. Ale pani uczycielka właśnie wtedy, kiedy zaczynała się tzw. cisza nocna, zaczynała generalne porządki, polegające na wyrzucaniu szpargałów z szaf bezpośrednio na podłogę, odkurzanie, skakanie z szafy na podłogę i takie drobiazgi. A przed wprowadzeniem się położyła płytki na całych 45 m2 i uwielbiała drewniaki oraz inne obuwie nie mające z domowymi kapciami nic wspólnego. Więc akustyka mieszkania była rewelacyjna. Nie omieszkałam jej poinformować o moich odczuciach związanych z przerywaniem snu. Pani Sąsiedzko-Inteligentna Żmija była zbulwersowana, że chce mi się spać o 23.50 kiedy to ona to zamierza zrobić porządki. Argumentowała to swoim nocnym trybem życia i koniecznością funkcjonowania. Akcji z przerywaniem mojego snu były dziesiątki. Czy muszę mówić, że nie żegnała mnie z łzami w oczach? Jej poprzedniczka, była jeszcze bardziej pomysłowa. Uprzednia właścicielka mieszania miała nieznośny zwyczaj wywieszania swojej bardzo dużej bielizny i pościeli za oknem, w taki sposób, że jej prześcieradło czy poszwa na dwuosobową kołdrę leżało piętro niżej, czyli na moim parapecie, zasłaniając mi całe okno. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem ciekawa jej przeglądu pościeli, a jak będę chciała zasłonić okno, w i tak ciemnym mieszkaniu, to zrobię to od strony swojego pokoju i to czystą zasłoną i nie muszę patrzeć na jej niedoprane prześcieradło. Patrzyła na mnie mało inteligentnie, kiwając głową, po czym robiła dokładnie to samo. Któregoś razu otwarłam okno, wciągnęłam część prześcieradła do pokoju i zamknęłam okno. Po czym wynieśliśmy się z mieszkania celem odwiedzenia babci i dziadzia. Po powrocie zastałam strzępki pościeli w oknie. Pani Żmijowata Sąsiadka nie składała zażaleń. No bo i o co? Od tego czasu przestała czynić mi dodatkowe zaciemnienie. Za to ciągle znajdowałam na swojej zaokiennej suszarce (w mieszkaniach brak było balkonów)  do bielizny jej odzież. Wychodziłam na jej piętro dzierżąc w rękach gacie, tudzież koszulki. Najpierw uchylała drzwi wyściubiając kawałek twarzy, po czym sycząc, zaprzeczała, jakoby to miało być jej…Na koniec wystawiała dłoń i niczym Supermen wyrywała ciucha z mojej ręki, a w odpowiedzi usłyszałam trzask zamykających się drzwi. Nawet najszybszy człek nie był w stanie rozwinąć inteligentnego dialogu. Po czym za kilka dni, ponownie na mojej suszarce lądowała część jej garderoby, pokornie lazłam do niej z wypraną częścią garderoby, po to, żeby usłyszeć trzask zamykanych drzwi. Któregoś dnia miałam niski wskaźnik tolerancji na żmije i kiedy po wydrapaniu się na jej piętro spotkało mnie ponowne trzaśnięcie drzwiami szlag mnie trafił. Stwierdziłam, że skoro moja Żmijowata Sąsiadka syczy przez drzwi, utyskując na mnie tylko dlatego, że odnoszę jej garderobę, zamiast powiedzieć normalnie po ludzku „dziękuję” ,więcej nie będę tak czynić – poprawię się. Tak też każdym następnym razem, kiedy to na naszym zaokiennym wysięgniku, zwanym popularnie suszarką, lądowała część jej odzieży, wystawiałam rękę poza suszarkę wraz z ciuchem, otwierałam zaciśniętą na materiale dłoń i….poszło. Na dół nie było bardzo wysoko, więc lot i upadek ubrań nie był tak spektakularny jak w filmach, ale ja pozbyłam się problemu z syczeniem sąsiadki, że jakoby jej przestrzeń i prywatność naruszam. Z ulgą opuściłam nasze M-3. Przeprowadziliśmy się za miasto. Początkowo na wsi nic nie zwiastowało kolejnych perypetii z nowymi sąsiadami

                                                                       cdn… 


wtorek, 28 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.3

Jakoś tak się porobiło, że jak przystało na osobnika genetycznie obciążonego, zaczęłam mieć problemy sercowe. I to wcale nie chodzi o zawiedzioną miłość i złamane serce, tylko medycznie, o mięsień sercowy. Kiedy zaczęła się drobna arytmia to zignorowałam objawy, ale chwilę później zaczęły się inne problemy zdrowotne z sercem więc nieźle się wystraszyłam!! Od tego czasu udało mi się trochę zmienić tryb życia, biegam, chodzę regularnie na siłownię a co za tym idzie – udało mi się schudnąć 10 kg. Ale muszę nadal pilnować kontrolnych wizyt u kardiologa i raz na kilka(naście) miesięcy odwiedzać specjalistę. No, ale nasza cudownie rewelacyjna służba zdrowia, za wszelką cenę, robi co może, żeby nas odwieźć od tak głupich pomysłów. Zarejestrowałam się w zacnym przybytku zdrowotności jeszcze w październiku. Termin wyznaczono mi na początek lutego. OK – nie będę się dyskutować ani sprzeczać się z systemem, już dawno wszyscy pogodziliśmy się z tym, że patologia stała się normą. Trzeba czekać? Oj tam, oj tam, przecież nie umieram, poczekam. Przypięłam karteczkę do kalendarza i uzbroiłam się w anielską cierpliwość. Dwa dni przed terminem wizyty zadzwoniła pani pielęgniarka z rejestracji z informacją, że nie ma dobrych wieści, ale kardiolog ze względu na chorobę w rodzinie odwołał wszystkie planowe wizyty. W końcu lekarz też człowiek i jak zachorował mu ktoś z bliskiej rodziny, pewnie cały świat przestał się liczyć. Pani obiecała, że jak tylko prywatna  sytuacja lekarza unormuje się, zadzwoni z informacją, kiedy będą terminy ponownych przyjęć.


Dwa dni przed planowanym wyjazdem na urodziny siostrzenicy zadzwonił telefon….Pani z przychodni poinformowała mnie o nowym, wyznaczonym przez nich, terminie wizyty lekarskiej. Niestety, termin przypadał akurat w czasie, gdy miałam być w Rzymie. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby przesunęła mi termin wizyty, bo akurat wtedy nie będzie mnie w Polsce…I co usłyszałam od sympatycznej pani? Wysyczała „NIE” i uznała rozmowę za zakończoną. Nie docierały moje, wydawało by się, logiczne, argumenty, że skoro ja podeszłam  do życiowej sytuacji kardiologa z sercem i jak człowiek, to proszę, żeby do mnie też tak podejść. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem w stanie zmienić swoich wyjazdowych planów. Pani Pielęgniarska Żmija była nieugięta. W końcu resztkami cierpliwości i zdrowego rozsądku zapytałam czy nie może zamienić mojego nowego terminu z terminem innego oczekującego pacjenta. On przyjdzie tydzień wcześniej a ja tydzień później. I wszyscy będą zadowoleni. Ale Biała Żmija była nieugięta i torpedowała każdą moją propozycję, odpowiadając krótko „NIE”. Osiągałam temperaturę zbliżającą się niebezpiecznie do temperatury wrzenia. Para szła mi uszami!! Ostatkami powstrzymywałam się, żeby nie wrzeszczeć. Ciężko dysząc zapytałam jak rozwiązać tą niekomfortową sytuację. Jej Żmijowatość łaskawie odrzekła
- Proszę przyjść w dzień przyjęć doktora i poprosić, żeby panią przyjął.
Przepraszam, że co!?!! No po tych słowach moje dobre wychowanie szlag trafił. O!! Co to to nie!! Nie, po prostu nie!!! Ale to już nie było na moje nerwy!! Nie po to czekałam cztery miesiące, jak koza na wilka, na swoją kolejkę, żeby teraz „się prosić.”
Chcąc przyjść do lekarza i nawet przy jego aprobacie by wsadzić się bez kolejki, najpierw musiała bym pod drzwiami doktorka stoczyć walkę z mafią geriatryczną. Stali klienci doktora nie mają krztyny zrozumienia dla takich „proszących”, jak ja, na krzywy ryj… Gdybym bez ran i otarć dotarła do gabinetu doktorka, musiałabym jeszcze prosić o zlecenie EKG, echa serca, mierzenia ważenia i innych egzorcyzmów poprzedzających już samą wizytą face-to-face….No i dlaczego mam prosić o coś, co mi się należy jak psu micha, a na co cierpliwie czekałam, ponad cztery miesiące?? Po co mam zaburzać harmonogram pracy lekarza? Ale Pani Żmija syczała nadal. Wysyczała do słuchawki, że to nie jest jej wina ani problem, że mi NIE PASUJE TERMIN. Zachowałam resztki godności i zapytałam kiedy wobec tego mam przyjść na wizytę. Usłyszałam jadem kapiące słowa: KONIEC KOLEJKI. A, że żyłam już wyjazdem do Włoch, pewnie i to bym łyknęła, ale w ostatniej chwili zapytałam kiedy to będzie. Pani Pielęgniarska Wredność na chwilę zamieniła ton w szczebiocząco-słodki i wymruczała „LIPIEC.” No chyba se baba ze mnie jaja robi…Nie omieszkałam się zapytać czy jest świadoma swych słów. No i znów usłyszałam, że to nie jej problem ani nie jej wina BO TO MI TERMIN NIE ODPOWIADA!! Moja wściekłość sięgnęła zenitu, wqrwienie do białości i bezsilna złość – tyle czułam. Nie jestem kolejnym sfrustrowanym pacjentem, chcącym wylewać wiadra pomyj, na głowy biednych pracowników służby zdrowia, ale stwierdziłam, że jeszcze minuta tej absurdalnej, jałowej dyskusji,  a gotowa jestem zniżyć się do jej poziomu a wtedy jej się to nie opłaci a ja będę zmuszona, po wyjściu na wolność, szukać innej przychodni. Nikt wrednej babie nie dał prawa zachowywać się niczym pan życia i śmierci i decydować kto kiedy i z kim!! Pożegnałam oschle i ozięble Gwiazdę Dnia i resztę myśli wykrzyczałam już w przestrzeń ale nic, ale to nic nie pomogło.  Dziecek zaintrygowany głośną wymianą zdań, bez słowa podał mi kartkę z numerem telefonu i tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział do rozjuszonej matki:
-DZWOŃ
Tym oto sposobem dodzwoniłam się do Rzecznika Praw Pacjenta. Trafiłam na sympatycznego pana, który najpierw wysłuchał mojego uzewnętrznia się, żali i złości a później mi zaczął dawać rady i wskazówki. Polecił wysłać do kierownika przychodni pismo-maila z prośbą o wyznaczenie terminu, ponieważ do wizyty nie doszło i to nie z mojej winy. Jak polecił tak zrobiłam. Maila wysłałam i spokojnie pojechaliśmy do Włoch. Wróciliśmy do kraju, zaczęła się szara rzeczywistość, ale niestety, Białe Eminencje nie raczyły zaszczycić mnie jakąkolwiek odpowiedzią na maila. Ponownie zadzwoniłam do Rzecznika. Tym razem rada była równie prosta. Polecono mi ponownie wysłać tego samego maila, tylko do adresu mailowego kierownika przychodni, Rzecznik poradził, dołączyć adres mailowy Sekretariatu Rzecznika Praw Pacjenta. Jak rzekli - tak uczyniłam. I co? I jeszcze tego samego dnia, mimo, że był to piątek, piąteczek, piątunio otrzymałam maila. Pani pisząca, w kilku zdaniach kajała się bardzo, że niby ten poprzedni w czeluściach spamu zaginął, że nie zauważyła, że…że…że…No i obiecała, że w poniedziałek rano, jak tylko przyjdzie do pracy, zadzwoni do mnie, żeby umówić mnie na wizytę u kardiologa. No, gdyby nie te poprzednie utarczki z paniusią, była bym w stanie ją polubić. I faktycznie, zaraz rano zadzwoniła i jakież było moje zdziwienie kiedy wyznaczyła mi termin…..trzy dni później. No, ale jak to? To już nie muszę iść „prosić doktora?” nie muszę iść na koniec kolejki? Nie muszę czekać kolejnych czterech miesięcy? Rozumie wszystko, ale pojąć nie mogę. Cuda, ludzie, cuda. Ale na tym się nie zakończyły wzajemne animozje z Białymi Żmijami. W dzień, w którym miałam wyznaczony termin wizyty, poszłam trochę wcześniej, żeby nie było problemu ze zrobieniem EKG. Kiedy to siedziałam już pokornie, czekając na swoją kolej dzierżąc już w łapie zwitek papieru z zygzakami czekając na swoją kolej przyszła pacjentka. A ponieważ z założenia lubię rozmawiać z ludźmi, zaczęłyśmy rozmawiać. I tak, między wierszami, pani, poinformowała mnie, że ma wyznaczoną wizytę na godzinę 10.00. Ponieważ mnie Biała  Żmija zapisała na 9.20 byłam pewna, że kardiolog wywoła moje nazwisko. No i jakież było moje zaskoczenie jak usłyszałam obco brzmiące nazwisko. Sympatyczna kobieta siedząca obok zerwała się i podążyła do gabinetu. Ale Jaga nie taka, żeby żyć w niewiedzy. Wpakowałam się za kobietą i nie bawiąc się w konwenanse ani powitania, zapytałam doktorka dlaczego ta pani z godziny 10.00 już wchodzi a ja miałam wizytę na wcześniejszą godzinę a siedzę jeszcze jak baran na korytarzu. Lekarz trzy razy upewniał się, że nie mam wady wymowy i poprawnie wymawiam swoje nazwisko każąc mi powtarzać literując moje dane…Bezowocnie szukał moich personaliów na liście. Bezradnie rozłożył ręce w geście wyrażającym dezorientację. Cóż – pewnie po raz kolejny Biała Żmija chciała mi podziękować za wsparcie Rzecznika Praw Pacjenta. Doktor zachował się bardzo ładnie – powiedział, że jak tylko wypisze tej pani receptę to mnie zawoła. I faktycznie, za pięć minut zostałam poproszona na badanie. No i cała misterna intryga Kąsających Żmij poszła w las…
Nie całe badanie wyszło bezproblemowo – coś się doktorkowi w moim mięśniu nie spodobało – kazał mi się umówić na próbę wysiłkową. Więc po raz kolejny będę musiała się zbliżyć na odległość plucia jadem, do Przebiegłych Żmij. Wychodząc z Gniazda Żmij, uśmiechnęłam się, najładniejszym uśmiechem jaki posiadam, do wszystkich zalegających tam osobniczek i podziękowałam im za tak miłą i szybką obsługę, dodając, że nie rozumie dlaczego wszyscy tak narzekają na służbę zdrowia, bo tu jest tak miło i szybko przez tak kompetentny personel. Dodałam, że niedługo do nich wrócę. Faktycznie w białym im do twarzy. Szczególnie jak miały tak mało inteligentny wyraz malujący się na mózgoczaszce a posuwiste ruchy żuchwy świadczyły o wzmożonym procesie myślowym…. 
lekarz wie wszystko pielęgniarka lepiej

piątek, 17 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.2


Wizyty w banku mi się zachciało. I to kiedy ? W sobotę , kiedy większość populacji szalała w domu, ciesząc się z wynalazku wolnej soboty. Nieludzkie, niehumanitarne i niemoralne z mojej strony. Ale już się tłumaczę z tak okrutnego i bestialskiego postępowania. Zmusiła mnie sytuacja – z bankiem jestem związana węzłem mocniejszym niźli węzeł małżeński. Mamy kredyt hipoteczny, więc rozwód w/w instytucją nie wchodzi w rachubę. A że praca Dużego uniemożliwia wizyty i formalności w innym „roboczym” dniu wybraliśmy się do przybytku zwanego bankiem. Musieliśmy być razem. W końcu wspólne konto i wspólny kredyt zobowiązuje. 

Już w progu zacnego gmachu (jednego jedynego czynnego w sobotę) powaliła nas na kolana liczba osób załatwiająca formalności w tej instytucji. Ale pokornie usiedliśmy na wygodnych sofach czekając na swoją kolejkę. Oczywiście znakiem czasu jest możliwość zajęcia rąk i głowy czasoumilaczem, wsadziliśmy oczy w smartfony. Czekanie i cierpliwość nie idą u mnie w parze. Co ja bredzę, w ogóle nie mam cierpliwości do czekania w kolejkach. Rzucałam oczywiście ukradkowe spojrzenia znad telefonu, żeby mieć rozeznanie w sytuacji, ale przez kilkanaście minut sytuacja nie ulega zmianie, tzn, że przy stanowiskach obsługiwane są ciągle te same osoby. Miejsca na sofach rozbiło się coraz mniej i to wcale nie dlatego, że puchliśmy z nudów, tylko dlatego, że przybywało interesantów. Wzbudziło to niepokój jednej z dwóch pań obsługujących klientów banku. Energicznie wstała zza komputera, podeszła do nas, klientów i tonem nie znoszącym sprzeciwu zaczęła głośno wypytywać kto i w jakiej sprawie oczekuje na audiencję. Nie spodobał mi się sposób zbiorowej spowiedzi wygłaszanej przez każdego z oczekujących, bo nie mój interes, że pan obok ma ochotę zlikwidować debet a kobieta z dzieckiem nie umie korzystać z  bankowości elektronicznej i jej brak dostępu do konta interesuje mnie tyle samo co wczorajsza promocja cytryn w kieleckim Tesco. Kiedy doszła do nas odpowiedzieliśmy, że między innymi chcemy wymienić karty, żeby mieć darmowy dostęp do bankomatów. O reszcie problemów postanowiłam nie informować jej na forum publicznym. Warknęła, że kart się nie wymienia tylko anuluje opłaty bankomatowe… OK. Prosta jestem. Nie znam się. W końcu nie każdy musi być mądry. Ale tak nam powiedział konsultant na infolinii. To on zasugerował zmianę kart, bo za obsługę konta płacimy zamiast 6 zł – 16zł więc podobno jest to „w pakiecie.” Jedyny mankament tej operacji to osobista wizyta w siedzibie banku. Ale skoro pani wie lepiej od konsultanta to nie wnosiłam sprzeciwu. Czekaliśmy nadal jak łosie na swoją kolej. W końcu nadeszła wiekopomna chwila! Usiedliśmy przed panią dzierżąc w dłoniach dokumenty tożsamości. Pańcia po wprowadzeniu naszych danych w system popatrzyła na nas z wyższością i powiedziała
 - „Ale ja was nie mogę obsłużyć”
Zagotowałam się. A to niby dlaczego? Bo za krótko czekaliśmy? Bo już dwie osoby przed nami skapitulowały? Bo? Pani warczała dalej
-„Macie przypisaną do konta obsługę indywidualną a informacja jest widoczna na koncie internetowym”
Dostałam wytrzeszczu. No nie, po prostu nie!! Po to czekaliśmy trzy kwadranse?  Żeby się dowiedzieć, że mamy iść gdzie indziej? Że niby po 10 latach spłacaniu kredytu i jeszcze dłuższym posiadaniu konta w ich zacnej instytucji nikt nie raczył nas poinformować, że płacąc więcej za obsługę konta, nie musimy stać w kolejce? Super!! U mnie zazwyczaj uczucia wygrywają z racjonalnością, ale na szczęście tym razem rozsądek wziął górę. Miałam ochotę być taka samo miła dla Bankowej Żmii jak ona dla nas i pozostałych klientów, ale zdawałam sobie sprawę,  że jak się odezwę to wyniknie wojna a musimy to załatwić tu i teraz. Mimo sprzeciwów Pani Bankowej Żmii wymusiliśmy zaprowadzenie nas do osoby, która mogła by nas łaskawie obsłużyć i zapytałam Dużego czy docenia….Na szczęście doceniał. Oczywiście mój trud włożony w zaciśnięcie szczęk, bo jak już wspominałam nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora, nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów – miałam ochotę i wysyczeć kilka tak samo miłych słów do tej kobiety jak ona do nas... Ale musiałam odpuścić i żałuję do dziś. Poszliśmy do innej osoby. Ta widząc moje rozjuszenie i irytacje sięgającą zenitu była dla odmiany miła.
P.S. 1 Karty jednak musieliśmy wymienić.
P.S. 2. Bank nie ma jeszcze usługi obsługi indywidualnej. Mają to w planach. Pani wyprzedziła dyrekcję, ale dziękuję za jej ignorancję i niedouczenie, bo zyskaliśmy kompetentną konsultantkę, która wie trochę więcej niż jej koleżanka.

W końcu nie każdy musi być mądry. 

środa, 15 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Włoskie klimaty od kuchni


Wróciłam. To była miła odskocznia. Włochy. Lubię ten kraj. Ale moja miłość i sympatia do tego półwyspu i jego mieszkańców kończy się na częstych, ale krótkich wizytach.
Mieszkać tam na stałe?? Nigdy w życiu…Dlaczego? Ano, bo klimat w zimie bardzo wilgotny przez co odczuwalne zimno jest bardziej dokuczliwe niż u nas. Ludzie tam mieszkający to bardzo  specyficzna nacja. Serdeczna, ale pełna ignorancji. Pisałam już o nich tutaj i tutaj też. Tych ludzi albo się lubi albo nie. I nie będę się rozpisywać po raz kolejny o ich ignorancji, wadach i zaletach. Mają swoje przywary z których śmieje się cały świat, ale co by o nich nie mówić, to kuchnie mają rewelacyjną. Uwielbiam. Jest genialna. Prosta, kolorowa i pełna aromatycznych przypraw. Ich desery smakują niebiańsko,
tak róznorodnych lodów nigdy nie znajdziemy,


a owoce są pachnące i soczyste. Przez zupełnie inny klimat i inny tryb dnia i trudno się nam, Polakom przestawić.
Te kolacje jedzone po 20.00 pewnie też mają swój urok. Wymusza to na nich zarówno klimat jak i rytm dnia. Oni jedzą zupełnie inaczej niż my. Dla nich już samo jedzenie to przyjemność i okazja do spotkań ze znajomymi czy rodziną. Nie przeszkadza im  plastikowy czy papierowy „serwis obiadowy.” W naszej mentalności jest głęboko zakorzeniona celebrowania posiłków, na ładnych talerzach, zastawach….Więc jedząc z Włochami możemy spodziewać się długiego, głośnego spotkania a na stole plastikowych jednorazówek. Ich czas to pojęcie względne. I ci nielogiczni, nieprzestrzegający norm i przepisów ludzie, nie zaczną żadnej rozmowy bez kawy. Bary są na każdym rogu. 
Kawa prawdziwa, smaczna i aromatyczna. Podana dobrze, bez zbędnej otoczki, nastrojowych świeczek czy romantycznych serwetek. Jak bym chciała w Polsce wypić kawę z samego rana to pozostaje mi stacja benzynowa z zielonym słoneczkiem, bo reszta serwowanych trunków jest dla szanującego się miłośnika kawy nie do przyjęcia. Ich bary tętnią życiem od wczesnego rana. Włosi lubią jeść. Lubią zjeść dobrze i dużo. Jedzą wtedy, kiedy my zazwyczaj już wybieramy się w objęcia Morfeusza. Jeśli zobaczymy napis: ristorante, trattoria, pizzeria, osteria, taverne warto odwiedzić taki przybytek.





No, ale ich śniadania to dla mnie porażka nie do przyjęcia. Bo jak komuś, komu przez całe życie wmawia się, że to najważniejszy posiłek dnia, można zaserwować, cornetto, mizerniutkiego, słodkiego rogalika z  dużą filiżanką kawy z mlekiem? A poproś, człowieku, rano o herbatę…Potraktują to niczym egzotykę w pełnym wydaniu. W najlepszym wypadku zaordynują Ci il medicinale antidolorifico – lek przeciw bólowy. Ale u nich wszystko jest na odwrót. Samo słowo „śniadanie” znaczy po włosku to colazione. Po takim śniadaniu wcale nie głodują a w tak późnym jedzeniu nie widzą nic zdrożnego. W końcu jeśli późnym wieczorem, konsumuje się danie za daniem, popijając winem, po czym idzie się spać, nie ma możliwości, żeby rano czuć głód.  Więc skoro żaden Włoski obywatel nigdy nie idzie spać z pustym żołądkiem, nigdy nigdzie się nie spieszy, to mamy już odpowiedź skąd ten zaszczytny i chwalebny brak wrzodów w narodzie.  A może to obfite jedzenie sprawia, że Ci ludzie są tak beztroscy? Po tak ubogim śniadaniu bardzo szybko poczujemy ssanie w żołądku. No i od czego są makarony? W tej części Europy traktowane są jako wstęp, preludium albo jak nasza zupa. W każdej postaci i najlepiej z sosem pomidorowym. Co by nie mówić o tym narodzie, jak by się nie naśmiewać z ich przywar to  kuchnia jest jedyna w swoim rodzaju. Mimo, iż ich życie zaczyna się po 20.00, mimo, że w zimie wcale nie jest tam ciepło, kuchnię bardzo chętnie przeniosła bym na nasz rodzimy grunt. Smacznego…




*zdjęcia pochodzą z moich prywatnych zbiorów

piątek, 3 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Co się odwlecze....

 to nie uciecze….




Na razie „wyskoczył” mi wyjazd. A raczej wylot (a jak kocham latanie to już pisałam tutaj) i na razie wszystkie inne sprawy poszły w odstawkę. Lecimy z Dużym do Włoch na 18 urodziny siostrzenicy, chrześnicy zarazem. A, że oboje jesteśmy chrzestnymi rodzicami na odległość więc taka okazja jest warta zachodu. A obiecany cykl na pewno się ukaże tylko w terminie późniejszym. Słowo Jagi. Pozdrawiam. Arrivederci amore, ciao.

piątek, 24 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.1


Nieraz zastanawiam się dlaczego ludzie są wredni, ot tak, dla zasady? Bo sprawia im to frajdę? Są niemili dla wszystkich, bo tak lubią i już? Czują swoją wyższość jak pokażą całemu światu jak są podli i jak nienawidzą wszystkich innych człekokształtnych??Może mając 40+ i to duży plus, powinnam już mieć na tyle rozsądku i życiowej mądrości, żeby zaprzestać poszukiwań sensu ludzkiej egzystencji, bo im dłużej się nad tym będę zastanawiać tym bardziej będę musiała znienawidzić ludzki gatunek…No, może nie ludzki gatunek, ale wyselekcjonowane ludzkie żmije. Kąśliwie jadowite, wredne, często wręcz sukowate, zgorzkniałe i atakujące bez ostrzeżenia. I wcale nie musi to być werbalny atak. Nieraz wystarczy gest, jedno spojrzenie mówiące więcej niż słowotok. No i żmija nie zatruje się własnym jadem. Tylko niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że jestem jakimś ucieleśnieniem spokojności, oj….daleko mi do oazy spokoju czy krainy łagodności. Nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. Nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów. Niestety, ale u mnie uczucia zwyciężają nad racjonalnym myśleniem.  Ponieważ sarkazm i złośliwość wyssałam z mlekiem matki, a rodzinne legendy głoszą, że wcześniej nauczyłam się mówić niż chodzić, więc mam generalną zasadę, którą łamię sporadycznie a mianowicie – nie atakuję pierwsza. Nie włażę nikomu w paradę, nie wtrącam się, nie wcinam i staram się pierwsza nie zabierać głosu w spornych sprawach. Ale niech mi ktoś nadepnie na odcisk.... to sam sobie winien.  A to wszystko dlatego, że najpierw mówię, potem zastanawiam się jakie to może mieć konsekwencje, no ale wtedy jest już za późno. I nie ważne czy to pani sprzątająca czy dyrektor w wielkiej firmie czy pani ze sklepu. Nie przebieram w słowach i nie bawię się wówczas w konwenanse. Dwa szybkie zdania, jak złapię fazę to kilka zdań więcej – i sprawa załatwiona. Jakoś tak wyszło, zupełnie niezależnie ode mnie, że natura wyposażyła mnie w rozbudowany aparat mowy, to idzie mi jak po maśle. To jest jak iskra w składzie materiałów wybuchowych,  pstryk i buuuuum!!! I już…Jak się wścieknę to zazwyczaj żałuje ten, kto zaczął ze mną słowną potyczkę. Lubię ludzi, staram się w stosunku do nich być serdeczna i nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów, ale nie mam litości do kąsających. Staram się traktować ludzi tak jak oni traktują mnie, tak jak  traktują świat i jak na to zasługują. Mój wizerunek żmij jest bardzo niesprecyzowany. Najczęściej w moich wyobrażeniach jawi się jako koścista, wysoka damulka, z nienaganną fryzurą, w dobrze dobranych okularach. Głosik piskliwy. Usta wąskie zaciśnięte…Ale to tylko mój wizerunek żmij i  godny jest ilustracji bajki dla dzieci. Często można się zdziwić. Bo pulchna pani w wieku matronalnym może być okazem żmijowatości równie dobrze jak i sucha, koścista damulka. Facetów to też się tyczy. W pluciu jadem są tak samo dobrzy jak żeńskie żmije i w tej konkurencji nie ustępują kobietom. Dlaczego i do czego te dywagacje i przydługi wstęp?  Ano jakoś tak ostatnio mam obniżoną odporność na ludzkie chamstwo i złośliwości. Składam to na karb przesilenia, braku słońca i tej wersji będę się trzymać jak niepodległości. Nie wiem kto nam wybiera ludzi, którzy zjawiają na naszej drodze i czy dzieje się to z jakiegoś powodu, ale ostatnio mam to zezowate szczęście i trafiam na różne typy żmij kąsających oczywiście płci obojga. Moja koleżanka, która jest skrzywiona w  jednym kierunku (samodoskonalenie, coaching, przyciąganie i te sprawy), twierdzi, że sama sobie jestem winna. Podobno jeśli myślę o negatywnych wydarzeniach – przyciągam negatywne wydarzenia, czyli myślisz, mówisz, masz…Nie zgadzam się z tą teorią, bo nie zakładam z góry, że ludzie są podli. To ludzie mnie uczą rozsądku i rezerwy a ja dalej jestem niereformowalna i dalej się do ludzi uśmiecham. A to, że ostatnio częściej niż normalnie, spotykam na swojej drodze żmije to pewnie dlatego, że przyroda budzi się do życia i wyłazi toto paskudztwo na powierzchnie. A, że głodne to kąsają. I teraz zapoczątkuję cykl o ludzkiej wredocie. Ludzi o słabszym systemie nerwowym uprasza się o nieregulowanie monitorów i odejście od komputerów, bo zanosi się na całą sagę o ludzkich żmijach...
cdn….


środa, 22 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Tłuste Święto Narodowe



Późny wieczór, lub wczesna noc, jak kto woli. Dziecek wpada do pokoju z radością na gębie, która nie przystoi o takiej godzinie i pyta
- jak myślisz, czy będzie nietaktem jak jutro tuż po pracy wpadnę do babci ?
Dla niewtajemniczonych: babcia słynie na pół miasta ze swoich wyrobów cukierniczych. Mamusia (tzn ja) ma  nieszczególne osiągnięcia w tej materii
- bo wiesz, tak z okazji jutrzejszego Święta Narodowego… - ciągnie swój monolog niezrażony moim milczeniem.

- w sumie jutrzejsze święto jest ważniejsze niż dzień 14-go lutego…..


Jaga na Facebook'u:



No i zapięło się

Udało mi się zakończyć przedsięwzięcie zwane uszyciem poszewek nie mając pojęcia o szyciu…I to poszewek włóczkowych nie mając pojęcia o robieniu na drutach. I najwięcej problemów sprawiło mi nie samo uszycie, bo jakoś „do przodu” potrafię szyć na maszynie, ale wykończenie i zrobienie logicznego zapięcia. I tu pomocne były podpowiedzi, bo jakoś sama nie miałam wizji. Najbardziej do gustu przypadły mi podpowiedzi Iwony Kmity - skorzystałam – przyszyłam zatrzaski


 i naszyłam duże ozdobne guziki. 


Wszystkim wielkie dzięki za inwencje twórcze 



wtorek, 14 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Konkurs - na najbardziej konstruktywne pomysły czyli POMOCY!


Na przekór całemu światu nie powiem wiele o Walentynkach. Dzień, jak każdy inny, tyle, że ozdobiony serduszkami i niestety sprawiający, że ci co nie mają szczęścia w tej materii, nie czują się w ten dzień komfortowo. Już wiem dlaczego św. Walenty to patron opętanych, epileptyków i zakochanych. Często obserwując pary mam wrażenie, że to właściwy patron i ochotę zapytać „dlaczego.” Miłość nie zawsze jest logiczna i racjonalna, ale ja i tak lubię ten dzień, bo każda okazja, w naszym zaganianym życiu, jest fajna, żeby sobie okazać więcej uczuć. Już się wypowiadałam na ten temat tu i tu więc nie będę się powtarzać. Jak ktoś ma ochotę sobie przypomnieć to zapraszam...
No i dziś, może zupełnie nie w porę, ale  chcę napisać o zupełnie czymś innym. Kilka dni temu odwiedziłam koleżankę, która nie tak dawno zrobiła remont. Później drobna zmiana wystroju wnętrza, małe przemeblowanie i dorzucenie kilku drobiazgów w świeżo pomalowanym pokoju. No i dom jak nowy! Jak ja uwielbiam remonty. Ale najbardziej zachwyciły mnie poduszki. Własnoręcznie wydziergała poszewki, na drutach, wyglądały tak ciepło, tak miło, że aż się chciało takie mieć. Ale jestem totalnym antytalentem jak chodzi o dzierganie czegokolwiek na czymkolwiek – ale powtarzam: no trudno – nie można być idealnym w każdej dziedzinie. Poduszki nie dawały mi spokoju, aż wreszcie znalazłam sposób, żeby sobie takie zrobić nie dotykając drutów ani włóczki. Nie mając pojęcia o trzymaniu drutów, nie rozróżniająca oczka prawego od lewego i ryżu od ściegu angielskiego zrobiłam poszewkę. Mam i ja! 



Jak? Ano w bardzo prosty sposób. Jak ktoś zgadnie to brawo a jak ktoś będzie chciał wiedzieć to powiem...Tylko teraz jest jeden problem. Mianowicie nie mam bladego pojęcia jak zrobić zapinanie do poszewek. Chcę, żeby była możliwość wymiany. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać.
Nie potrafię szyć!! Żadne wszywanie zamków błyskawicznych ani nabijanie kapsli i nap nie wchodzi w rachubę. Guziki też się nie sprawdzą – nie da się zrobić dziurek.
No i tu pytanie konkursowe….
Jakie zapinanie mam zrobić do poszewek?



Najbardziej pomysłowe i zarazem praktyczne odpowiedzi, które będę mogła wykorzystać będą nagrodzone. I to wcale nie w niebie albo w drugim życiu. Nagroda będzie, czego nie. Do wygrania: świeczki żelowe produkcji Jagi. Termin upływa w najbliższą sobotę. Ogłoszenie werdyktu 21 lutego.  


środa, 8 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Zwierzętom też się coś od życia należy



O moim ulubionym sklepie internetowym Krakvet i o jego zaletach już pisałam tutaj. Teraz sklep, zapewne żeby umilić moim kocim futrom zimowy marazm, przysłał przysmaki. Ale, żeby psica rasy owczarek niemiecki nie czuła się pokrzywdzona przez los też załapała się na testy psich przysmaków. A może było na odwrót, kto to wie?

Przysmakisą naturalne a co za tym idzie w składzie dominuje mięso. Tak też przysmaki w większości mają w składzie bardzo dużą zawartość mięsa powyżej 95 %. Przysmaki smakowały zarówno kotom jak i psu, mimo, że pies należy do wysokogatunkowej rasy niejadków.




Często zdarzało się, że psi smakołyk leżał na posłaniu kilka dni, koty zrobiły sobie z niego zabawkę do turlania po podłodze (najlepiej o 3.00 rano) a na koniec lądował w koszu na śmieci. Zapach przysmaków też nie przyprawia o odruch wymiotny, no nie jest to jakiś oszałamiający bukiet zapachowy, ale umówmy się, że jest znośny. Opakowanie nie przekombinowane, normalne, z wygodnym żyłkowym, szczelnym zamknięciem.
Mankamenty? Ponieważ produkt jest naturalny i składa się z mięsa a nie z całej tablicy Mendelejewa, po otwarciu należy go przechowywać w lodówce, ale nie dłużej niż 48 godzin. Ze względu na zawartość białka szczęście trzeba dozować. Wolno podawać tylko do 10 sztuk przysmaku dziennie. Więc większe opakowanie będzie po prostu nieekonomiczne i trzeba będzie wyrzucić pozostałą zawartości opakowania. Nie wiem czy będą dostępne mniejsze opakowania, ale w takim przypadku sprawdziły by się małe saszetki. Reszta bez zarzutu. I kto powiedział, że koty czy psy nie mogą się dobrze odżywiać? Zachęcam do kupna, bo skoro moje zwierzaki, nie przepadające za tego typu przekąskami, tak chętnie się raczyły zawartością opakowań, to chyba nie będzie zwierzaka, któremu to nie będzie smakować.