poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



106 sprawdzonych sposobów na to... jak nie rzucić palenia



Wszem i wobec wiadomo, że palenie szkodzi. To dlaczego tyle osób pali? Sama mam w rodzinie palaczy wracających do nałogu. Wrzeszczę i tupię, ale zazwyczaj słyszę, że :
1.Przecież nie palę tak dużo... yhy… taaaa....dwie paczki czy 5 papierosów, jaka to różnica? Trucizna to trucizna niezależnie od ilości.
2.Palę bo jestem nerwusem - papierosy uspakajają?? A co to melisa czy Relanium? - tak – jasne – każda wymówka jest dobra.
3.Poczekam do nowego roku – czekaj tatka latka
4.Boję się, że przytyję – od braku papierosów się nie tyje, tylko od nadmiaru jedzonka – wiem co mówię i to z własnego doświadczenia.
5.A mój dziadek palił i dożył 99 lat - tylko w jakiej kondycji? Leżał 15 lat nie mając siły dojść do łazienki?? Wbrew pozorom jakość i komfort życia w podeszłym wieku jest bardzo istotna dla wszystkich wokół, nie tylko dla samego "właściciela"

6.Wszyscy znajomi palą – jaaaaasne -  gówno jest dobre, jedzmy gówno – przecież milion much nie może się mylić.
7.Na coś trzeba umrzeć – dostaję piany, jak ktoś mi tak mówi, bo chyba ktoś, kto tak twierdzi, nie widział jak umiera nałogowy palacz. 
Czy ktoś widział jak człowiek z trudem łapie powietrze, niczym ryba wyciągnięta z wody, ledwo oddycha, wręcz walczy o każdy haust powietrza?
Czy ktoś widział jak umierającemu palaczowi podłączają tlen?
Czy ktoś widział jak rurka z tlenem tylko na krótką chwilę przynosi ulgę?
Czy ktoś widział jak palaczowi było odrobinę lepiej i umierający palacz pytał czy może sobie zapalić?
Czy ktoś słyszał jak palacz mówił, że umieranie bardzo boli?
Czy ktoś widział jak serce palacza bije coraz wolniej, walcząc do ostatniej chwili?
Czy ktoś wie co to jest POChP, podpowiadam: to Przewlekła Obturacyjna Choroba Płuc zaczynająca się niewinnie od porannego kaszlu, lekkiego odkrztuszania, przez stadium, gdzie rezerwy płucne pacjenta są znacznie ograniczone, a kończącego się zgonem z powodu powikłań, którymi najczęściej są niewydolność oddychania i nadciśnienie?
Ale spoko palaczu….Masz szansę tego nie dożyć – w końcu sam twierdzisz, że  na coś trzeba umrzeć. Wielu chorych na POChP umiera wcześniej z powodu raka płuca lub zawału serca.
Ja niestety widziałam to wszystko. Przeżyłam to bardzo – bo była to moja babcia, nałogowa palaczka, z którą byłam bardzo emocjonalnie związana. Wtedy powiedziałam sobie dość…Rok „dojrzewałam” do decyzji o porzuceniu śmierdzącego i drogiego nałogu. TAK!! Drogiego. Przelicznik jest prosty.
15 zł x 3 paczki dziennie (na dwie osoby w domu) = 45 zł dziennie.
45 zł x 30 dni = 1350 zł
1350 zł x 12 miesięcy = 16 425 zł…. no właśnie.

Liczyć dalej?? Tak wiem, zaraz usłyszę, że sam sobie na to pracujesz. I owszem. Kiedyś usłyszałam (a raczej przeczytałam), że ja, jako osoba niepracująca własnego wyboru, jestem pasożytem, ciężarem dla społeczeństwa, że każdy dorosły powinien pracować i że osoby pracujące muszą dokładać do mojego pomysłu na życie. No dobra – to co teraz powiedzieć o trujących się z własnego wyboru a później chorujących na własne życzenie? Zalegalizować eutanazję i utylizować? Bo przecież leczenie ich pochłania miliony złotych.    
Nie tak dawno minęła okrągła rocznica rzucenia nałogu. Nie palimy już kilkanaście lat. Ot, tak. Bez planowania, noworocznych postanowień i innych wstępów. Prawie rok od śmierci mojej babci. Wstałam rano, mieliśmy resztki papierosów w paczce.  Powiedziałam bez namysłu, – może by tak przestać palić? Duży przytaknął. No to nie palimy. Klamka zapadła. Bez wspomagaczy, e-papierosów, plastrów i innym wyciągaczy pieniędzy. To był wolny dzień, po południu umówiliśmy się ze znajomymi na piwo. Po całym dniu niepalenia przy kufelku piwa zapaliliśmy "na koniec" . Musiałam trzymać się stolika, żeby pod niego nie wpaść. I na tym zakończyliśmy przygodę z papierosami. Nie było lekko. Paliliśmy po 2-3 paczki papierosów dziennie. Czyli na twarz przypadało więcej niż paczka. Dużo? Wtedy wcale mi się tak nie wydawało. Owszem, lubiłam palić. Nie wyobrażałam sobie życia bez papierosa. Jak można wypić kawę bez dymka? Jak można wypić lampkę wina bez papierosa? Jak można rozmawiać bez papierosa? Aż w końcu dojrzałam. Odchorowałam odwyk okrutnie. Wszystko mnie bolało, wszystko było nie tak. Myślałam, że eksploduję. Ręce nogi, biodra, łydki. Ból mięśni  przy grypie był niczym, w porównaniu do tego podczas odwyku. Nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o bólu i papierosach. Ale udało się. Rzuciłam. Stwierdziłam, ze nie zacznę już nigdy palić, właśnie z tego powodu, żeby znów nie przechodzić przez odwyk...Nie było to pierwsza próba rozstania się z papierosami, ale ostatnia. Wcześniej nie raz chciałam rzucić, ale zawsze miałam 106 sprawdzonych sposobów na to jak nie rzucić palenia. Moje wymówki były takie same, jak każdego statystycznego palacza. Pierdylion wymówek, a każda z nich tak samo bezsensowna jak i naiwna. Skoro ja dałam radę to każdy da. Rzucanie nałogu zaczyna się w głowie. 
No i wygrałam tą nierówną walkę. Głupi papieros nie będzie już mną rządzić.

Palaczu - stań przed lustrem i powiedz sobie, tak po cichu, żeby nikt nie słyszał, dlaczego właściwie Ty nie chcesz wygrać z głupim papierosem. 

piątek, 19 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Jaga sierpniowa


Ano, jakoś tak się poskładało, że marazm i niechęć do całokształtu dopadły i mnie. Nie chciałam pisać wiedząc, że będę narzekać. To nie w moim stylu. Nieraz tak się składa, że nawet gdy nie ma realnych powodów, widzisz tylko dno, trzy metry mułu i wodorosty. Nawet wizyty na siłowni zawiesiłam na wakacyjny czas. Nie pomogło moje optymistyczne postrzeganie świata i ludzi. Nie pomogły wakacje, lato, upał ani zimne piwko. Mam tumiwisizm i awersję do wszystkiego i wszystkich. Więc czas popracować nad tym, żeby to zmienić. W tak zwanym „międzyczasie” wypadło zalanie kuchni na skutek niefortunnego pęknięcia wylewki w baterii, konieczność wymiany frontów w meblach kuchennych, pozalewowe malowanie kuchni (więc i przy okazji odświeżenie pozostałości na prawie całym parterze domu) naprawa ogrodzenia, usługa geodety w celu udowodnienia sąsiadowi-pieniaczowi, że to on ogrodził metr naszej działki a nie my jego, w konsekwencji zmiana ogrodzenia (jak ja uwielbiam mieć rację) wizyta rodzinki, ślub i wesele brata, który postanowił zmienić stan cywilny, kolejna wizyta rodzinki. I tak leci kabarecik a wakacje mijają. Powiem jak Smerf Maruda „nienawidzę marudzić”, ale też nienawidzę końca wakacji. Chyba się zmęczyłam tym wszystkim, tym natłokiem spraw. Marzę, żeby siąść i nic nie robić, o niczym ważnym nie myśleć, nie martwić się, że zmęczenie materiału daje znać o sobie, wziąć po prostu głęboki wdech....Ale spoko, już się zbieram wracam do formy i normalności, mimo, iż szykują się duże zmiany w życiu codziennym. 

środa, 6 lipca 2016

Jaga na Facebook'u:



Upozoruj myślenie, może ktoś się nabierze



Upał. Jakieś 34 stopni w cieniu. Po ubiegłotygodniowych chłodach i przebytej infekcji dla mojego organizmu wyjście z domu to jak spotkanie z Afryką. Ale mus to mus...Wchodzę do jednej z popularnych drogerii. Na kartce mam spisaną listę brakujących kosmetyków, więc skupiam się na chodzeniu między regalami delektując się działającą klimatyzacją. Poza mną, ekspedientkami i ochroniarzem jest tylko jeden klient, buszujący, gdzieś daleko, na drugim końcu sklepu, gdzieś w okolicach regału z papierem toaletowym. Nagle z impetem otwierają się drzwi i wchodzi starsza pani. Chociaż lepszym określeniem było by "wpadła" bądź "wtargnęła". Jej mina świadczy o tym, że wstała dziś nie tą nogą co trzeba. Wydęte usta i mina wojownika wstępującego na ścieżkę wojenną świadczyły ewidentnie o braku pokojowych zamiarów, ba, świadczyły o chęci zrobieniu komuś awantury...Brakowało jej tylko barw wojennych na twarzy. Pani omiotła wzrokiem cały sklep a że byłam na linii strzału warknęła do mnie :
-GORĄCO!!- tonem wyrażającym pretensje i nie znoszącym sprzeciwu. Nie bardzo wiedziałam co ja mam wspólnego z tropikalną i upalną aurą, ale, choć to baaaaaardzo nie w moim stylu, postanowiłam się nie odzywać, czekając na rozwój wypadków. Pani nadal wlepiała we mnie swój nienawistny wzrok. Czymże sobie zasłużyłam na taki jad z rana? Żeby był chociaż chłodny, ale nie, jej wzrok wionął piekielnym ogniem. Pani nie zamierzała rezygnować z milusiej konwersacji z rana. Kontynuowała syczenie w moim kierunku. -  -
 - Pies, staruszek, przed sklepem "ziaje" –
I tu w okamgnieniu dostałam olśnienia. Już wiedziałam o co babince chodzi...Faktycznie przed sklepem widziałam psa, którego smycz była luźno rzucona na chodnik i psiak czekał pokornie na właściciela. Odpowiedziałam Pani Syczącej
- Jak mu gorąco to ziaje... Jak by Pani było tak gorąco to by pani też ziajała.
Wiem, że w takich sytuacjach lepiej nie zaogniać sytuacji, ale ja byłam coraz bardziej rozbawiona i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Ale właśnie wtedy pani się rozkręciła. Zaczęła wrzeszczeć na cały sklep, że pies staruszek, że jak można go na słońcu trzymać, samego zostawiać, że upał i że, że, że.... padło jeszcze milion mniej lub bardziej racjonalnych argumentów z ust tej rozjuszonej starszej damy. Jak zamilkła na kilka sekund w celu zaczerpnięcia powietrza zdążyłam wzruszyć ramionami w geście "mam to gdzieś" i zapytałam dlaczego do mnie wrzeszczy... I tu konsternacja. Mina pani Syczącej-bezcenna. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard....Kobieta pytająco wybełkotała
-To nie jest pani pies... ??
-Nie, nie mój.- ostro ucięłam
-Bo nie wolno psa w upale zostawiać- ale już w chwili kiedy ona po raz wtóry zaczęła się uzewnętrzniać nie mogłam powstrzymać śmiechu i powiedziałam zupełnie nie zgodnie z prawdą, ale ucinając jej dalsze wywody w moim kierunku
- A co mnie to obchodzi…-
Obrończyni praw ciemiężonych zwierząt zrozumiała w lot, że przegięła w całej rozciągłości i że uważam jej monolog za zakończony.
Pani w tym momencie zauważyła starszego pana, który zaopatrzony w dwie wielkie zgrzewki papieru toaletowego maszerował do kasy, ignorując kapiący jad kobiety. Cala sytuacja nie wywołała u mnie krztyny złości czy irytacji pod adresem Pani Sycząco Jadowitej, przeciwnie, bardzo, ale to bardzo rozbawiła mnie ta sytuacja.
Wiem, że zostawianie psa w aucie czy na pełnym słońcu jest bestialstwem, sadyzmem i totalnym debilizmem, i, że trzeba natychmiast reagować, ale wizyta właściciela psa w sklepie nie trwała dłużej niż 5 minut, więc pies nie miał szans doznać udaru czy odwodnienia. No i powtórzę jak mantrę PRZED ZROBIENIEM KOMUŚ AWANTURY SPRAWDŹ CZY TRAFIASZ DO ODPOWIEDNIEGO ADRESATA. Nieraz warto chociaż upozorować myślenie.
Pisząc w/w tekst nie mam zamiaru odwodzić nikogo od reagowania widząc skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie właścicieli psów - wręcz przeciwnie!! Dzwońmy na policję, alarmujmy odpowiednie służby, róbmy awantury, bądźmy oskarżycielami, prokuratorami, sądem, katem, REAGUJMY ale spełnijmy podstawowy warunek - trafiajmy z interwencją pod właściwy adres.




wtorek, 5 lipca 2016

Jaga na Facebook'u:



Ojciec prać ??

Nikt mi nie wmówi, że lubi pranie. Segregowanie, układanie kolorami, żeby jedno nie zabarwiło innego, oglądanie i wieszanie. Toż to sama proza życia. Ale jak jest coś co może ułatwić mi życie to dlaczego mam z tego nie skorzystać. Tym razem dzięki http://rekomenduj.to Dostałam całe pudło chusteczek COLOUR CATCHER.  Chusteczki



Tradycyjnie większość rozdałam znajomym i rodzince a największe pudełko zostawiłam dla siebie. Oczywiście jak do każdej nowości, podeszłam sceptycznie, ale stwierdziłam, że zaryzykuję. A co!!


Wymieszałam kolory, które normalnie, w codziennym praniu segreguję kolorami, dorzuciłam chusteczkę (dorzuciłam na wszelki wypadek dwie, bo nie wiedziałam jak to zadziała) i czekałam, jak mam być szczera, na wielokolorowy koktajl. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie pierze żółtych i czerwonych koszulek razem, nie dorzuca czarnych elementów garderoby a na dodatek nie nastawia pralki na 50 stopni.

A jednak czego się nie robi dla dobra ludzkości. Postanowiłam zaryzykować. I moje zaskoczenie było naprawdę bardzo miłe, bo kolory po wypraniu zostały nienaruszone przez czerwone koszulki czy czarne spodenki…Oczami wyobraźni widziałam kolory tęczy na żółtych koszulkach






Za to chusteczki wyłapały wszystkie kolory. Zamiast nastawiać trzy małe prania, pralka prała tylko raz. Skoro coś ułatwia mi życie to już to lubię i z czystym sumieniem mogę polecić każdemu kto chce zamiast jednocześnie oszczędzać czas i pralkę. .

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Przepis nr 5. Chleb z suszonymi pomidorami


Na upalne dni proponuję trochę włoskich smaków. Chleb wychodzi genialnie, jest miękki a suszone pomidory dodają mu niepowtarzalnego smaku.


Chleb z suszonymi pomidorami

400  g mąki pszennej,
15 g świeżych,
1 łyżeczka cukru,
220 ml letniej wody,
1 łyżeczka miodu,
20 g oleju,
1 łyżeczka soli,
100-200 g suszonych pomidorów

Ze świeżych drożdży robimy rozczyn (mieszamy je z ciepłą wodą, łyżeczką cukru, łyżką mąki i czekamy aż się "napuszą"). Do misy przekładamy wszystkie składniki. Mieszamy, wyrabiamy aż ciasto nie będzie się lepiło i będzie elastyczne. Suszone pomidory kroimy na taką grubość jaka nam odpowiada, dodajemy do ciasta.




Ciasto odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce aby wyrosło. Wyjmujemy ciasto i formujemy bochenek i przekładamy go na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia.





Przykrywamy ciasto ściereczką i odstawiamy na około 40-45 minut. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni, obok chleba stawiamy mały rondelek wypełniony wodą. Po 10 minutach zmniejszyć na 200 stopni. Pieczemy chleb około 25-30 minut.




Smacznego !!


































piątek, 24 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Lepiej zapobiegać....


Pierwszy dzień wakacji swojego czasu napawał mnie przerażeniem i paniką. Nasz Dziecek w pierwszy dzień wakacji, rokrocznie, bez odstępstw od normy, coś sobie skręcał , naciągał tłukł szarpał...
Dumnie później kroczył z zagipsowaną łapą lub 5 szwami na czaszce, tudzież guzem na potylicy wielkości piłki do baseballa, skutkującym wstrząśnieniem mózgu. Kiedy to po raz wtóry odwiedzaliśmy oddział w celu ściągnięcia mu szwów z łepetyny, pochwalił się znajomemu już chirurgowi
- w tamtym roku też tu byłem i dwa lata też i trzy....
Lekarz chcąc go pocieszyć powiedział
- Łeee, słaby zawodnik z ciebie. Mamy tu czwarty rok z rzędu, kolesia w Twoim wieku, który w pierwszy dzień wakacji łamie sobie kończynę. Jest tu znowu, w szpitalu na oddziale. 

Padłam. Nie dociekałam czy każdorazowo inną, czy tą samą,, widząc za to oczami wyobraźni, wakacyjne 6 tygodni spędzone w gipsie  i po prostu przestałam naszą latorośl w pierwszy dzień wakacji wypuszczać z domu. Wizyty na oddziale chirurgicznym zakończyliśmy. Radosnych i bez urazowych wakacji




wtorek, 21 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Mój mąż sypia z wariatką ...



...i stwierdzam to z całą odpowiedzialnością. Na nic próba zwalczenia szaleństwa. Na nic próby pilnowania się, szturchania i samopouczania. Wariatka pozostanie wariatką. Nie chodzi mi o drobne szaleństwa w stylu "nie lubię latać samolotem", czy "mam lęk wysokości", bo z tym się jakoś oswoiłam i nauczyłam żyć. Chodzi mi o rzeczy, które dla wszystkich wokół wydają się niezrozumiałe i patrzą na mnie jak był była uciekinierką z domu wariatów albo przynajmniej pensjonariuszką oddziału psychiatrycznego na chwilowej przepustce. No a dla mnie są to rzeczy po prostu nie do przyjęcia. Będąc na jakiejś kolacji w restauracji zamówiłam wodę gazowaną. Dostałam. I do niej szklankę w stylu coca-cola. To kształt szkła z którego żaden napój nie przejdzie mi przez gardło.



Idiotyczne? Może...Nie będę wdawać się w szczegóły tej obrzydliwości, ale nie wypiję i już. Poprosiłam o wymianę szklanki, pani zapytała czy szklance coś jest, czy brudna czy coś z nią nie tak....Nie , po prostu chcę inny kształt. Dlaczego to się wydaje takie dziwne?? No i ten wzrok skierowany na mnie i mówiący "KOBIETO JESTEŚ WARIATKĄ i chyba coś z tobą, a nie z tą szklanką, jest nie tak..." W razie niemożliwości wymiany na inny  wzór czy model szklanki piję po prostu z butelki. I nie pytajcie dlaczego - ze względów estetycznych nie powiem co mi przypomina picie z tej szklanki. Po prostu fui i fujjjj. Wariatka, prawda?
Chodzę na siłownię. Regularnie. Ale nie za żadne skarby świata skorzystam tam z prysznica. Zresztą nie tylko tam. Każdy prysznic który jest tłumnie odwiedzany od razu jest u mnie przekreślony. Musiała bym najpierw zaatakować go butlą z etykietką Aerodesin 2000. Skrzywienie zawodowe, ale długo pracowałam w miejscu gdzie widziałam "efekty uboczne" korzystania ze wspólnych łazienek i natrysków. No i znałam wyniki badań. Oczami wyobraźni widzę dermatofity chodzące czwórkami i żadne klapki mi nie pomogą zapobiec Tinea pedis. A wiem, że leczenie jest długie i uciążliwe, więc wolę wskoczyć w auto i wejść w domowy zdezynfekowany prysznic. Wariatka, prawda? 
Mimo, że staram się być otwarta na nowości to żadną miarą nie mogę się przełamać, żeby spróbować owoców morza. Żadna mątwa, kałamarnica czy inna ośmiornica nie przejdzie mi przez gardło. Wygląd ma obrzydliwy i żadne walory smakowe czy odżywcze nie są w stanie mnie przekonać. Czuję wewnętrzne fuj i nie dam rady...Najgorsze, że ten smak wyczuję nawet w najodleglejszych zakamarkach sałatki.
No wariatka...


Odkąd mieszkamy na peryferiach miasta (terytorialnie to wieś) przyzwyczaiłam się do odwiedzin różnej maści owadów. Nie straszne mi pająki, wielkie ćmy czy inne latadełka. Nie pałam do nich miłością wielką i prawdziwą, wręcz nie przepadam za nimi, ale pomagam im opuścić nasze domostwo starając się nie robić im krzywdy przy okazji. Nawet mi to wychodzi. Pająki lądują za oknem posiadając jeszcze wszystkie odnóża a ćmy czy inne skrzydlate nadal mogą latać. Tylko na świeżym powietrzu. Ale nie mogę zdzierżyć much. Dla mnie to siedlisko bakterii, chorób i syfu różnorakiego i jeśli takowa franca lata pod sufitem, dotąd się czaję, aż ją zgładzę. Zupełnie i całkowicie. Na śmierć. Ale żadną miarą nie wezmę jej w palce. Żywej ani martwej. Do podniesienia jej potrzebuję niemalże być odziana, jak do utylizacji odpadów radioaktywnych.

Jeśli podczas mordu spadnie na blat kuchenny przeprowadzam dezynfekcje, fumigację i inne egzorcyzmy mające na celu odkażenie miejsca w którym poległa mucha. Wtedy mogę dokonać dezaktywacji i utylizacji. Wariatka no nie?
W domowej kuchni posiadamy sztućce.  Do dziś nie wiem dlaczego jednego kompletu po prostu nie walnę w kosz na śmieci…Jeśli któryś z domowników się pomyli i nakrywając do stołu po prostu mi go położy obok talerza a ja go przez nieuwagę i zamiłowanie do jedzenia wsunę go w paszczę zaraz z obrzydzeniem ciskam nim przez długość kuchni, trafiając celnie do zlewu, tracąc ochotę na jedzenie, ale tylko tym sztućcem. Nie potrafię powiedzieć dlaczego. Nie znoszę tego modelu widelca i już. Po wymianie na inny kształt kontynuuję pochłanianie posiłku. Widelec powoduje u mnie niezrozumiały atak wstrętu a moi domowi faceci patrzą na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Wariatka no nie? 
Ostatnio doszło kolejne zachowanie świadczące o niestabilnej a wręcz zachwianej psychice. Nie wjadę na skrzyżowanie jak w pobliżu stoi TIR. To akurat, po ostatnich przeżyciach, jest to wytłumaczalne, ale przecież do cholery, nie każdy kierowca tego giganta to bezmózg. No wariatka….
I to wariatka, jak nic, kwalifikująca się do indywidualnej terapii u psychiatry. Ale jakoś te dziwactwa to dopiero wierzchołek mojej prywatnej góry lodowej. Na moje liście są jeszcze słowa i teksty wypowiadane przez innych, działające na mnie jak przysłowiowa płachta na byka. Jedno słowo czy zdanie jest mnie w stanie rozsierdzić, zbulwersować czy rozdrażnić na długi czas i tak wyprowadzić z równowagi, że tego nie zapominam. Nauczyłam się z tym żyć, zachowywać pozorny spokój i nie dawać po sobie poznać, ale o tym kiedy indziej…




wtorek, 14 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Przepis nr 4. Chleb sezonowy


Może to chęć wypróbowania nowego smaku a może sezon letni zadecydował o tym, że zdecydowałam się na upieczenie czegoś zupełnie innego. Już nie pamiętam czyj to przepis. Chleb piekł któryś ze znanych kucharzy w TV. Zapisałam i wrzuciłam na dno szuflady. Aż do teraz. To jest chleb zakwasie ale z dodatkami….Więc do dzieła.

Chleb z owocami na zakwasie

250 g zakwasu
320 g wody
5-10 g drożdży świeżych
½ łyżeczki cukru
500 g mąki pszennej
½ łyżeczki soli


Zakwas wymieszać z wodą, dodać resztę składników. Wyrobić. Ciasto odstawić pod przykryciem na minimum godzinę. Im bardziej aktywny zakwas tym szybciej wyrasta ciasto.


Jak ciasto powiększy swoją objętość dodajemy pokrojone….uwaga….owoce miękkie.


Ponieważ sezon truskawkowy w pełni, dodałam pokrojone truskawki, ale mogą też być maliny, borówki czy inne świeże owoce.

 

Nie mogę być mrożone, bo będzie za dużo soku. A na koniec dodajemy 1 i ½ tabliczki białej, dość grubo pokrojonej, czekolady.

 


Wymieszanie wszystkiego było nie lada wyczynem, ale w końcu udało się. Wsadziłam do foremek i czekałam aż znów wyrośnie. U mnie trwało to niewiele ponad godzinę, ale jak zakwas jest młody i słaby może to trwać dużo dłużej.





Piec w nagrzanym piekarniku do 220 stopni, po 10 minutach zmniejszyć do 190-200 stopni i piec kolejne 25-30 minut.







Chleb tuż po upieczeniu źle się kroi, zachęcam do  odrobiny cierpliwości, której mi brakło
Smak?? Zaskakujący. To chleb dla odważnych, którzy nie boją się eksperymentować i próbować czegoś nowego. Świetny do niezbyt słodkiego dżemu czy marmolady. Nie jest wytrawny i nie jest słodki. Jest inny. Ciekawe kto podejmie wyzwanie. 

wtorek, 7 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Kobiecy los...

Kobieta, jaka jest, każdy wie i każdy widzi. Nie chcę oceniać, ale mam ochotę poplotkować. A ja tak po babsku i przez swój pryzmat będę teraz porównywać, plotkować i obgadywać. Nikomu nie daruje. Pod nóż pójdą przywary moich koleżanek, moich znajomych, moich przyjaciółek. A co!! Wolno mi, u siebie jestem. I to nie jak kobieta, ale jak baba. Bo podobno kobiety nie plotkują, to baby plotkują. Baba, kobieta… Jaka to różnica? Ano, zasadnicza. Jeśli Duży mówi do mnie „babo” wiem, że coś jest nie tak, to taki sygnał ostrzegawczy dla mnie. Nawet jeśli pada to z jego ust w żartobliwej formie, włącza mi się lampka kontrolna. Pewnie przegięłam, ba! Jak nic przegięłam. Bo będąc przedstawicielką tej rasy, zdaję sobie sprawę, że taki mit o nas, kobietach funkcjonuje w opinii obiegowej, iż kobiety myślą jedno, mówią drugie a robią trzecie. Mój dorosły Dziecek zwykł mówić, że nikt nie rozumie kobiet, jedynie one same siebie rozumieją i dlatego tak się nienawidzą. I coś w tym jest. Bo niby dlaczego kobieta kobiecie wilkiem? Kobiety walczą między sobą. Do ostatniej kropli krwi. Przegryzają sobie aorty i wypruwają wzajemnie żyły. A nie daj Boże, żeby obok walczących kobiet pojawił się osobnik płci męskiej. Baby wtedy głupieją do cna, jak by ów facet, był ostatnim przedstawicielem płci męskiej i od niego zależało przydłużenie gatunku ludzkiego na Ziemi. Dlaczego mam takie wnioski po obserwacjach? Ano dlatego, że nigdy nie miałam problemów w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi, z facetami też nie. Jestem kontaktowa i rozmowa z obcą osobą nie sprawia mi kłopotów. Większość życia obracałam się w towarzystwie facetów. Wcale nie dlatego, że lubiłam, tylko akurat tak mi się życie układało. Już jako dorastająca nastolatka wolałam wyjście z kolegą na piwo niż randkę z nim… Na rodzinnym osiedlu miałam kolegów a nie sympatie, do których wzdychały moje koleżanki. W rodzinnym domu miałam dwóch braci, teraz w naszym domu też faceci. W pracy 95 procent populacji stanowili mężczyźni. Nie mówię, że praca z nimi to była sielanka, bo nie raz musiałam udowodnić, że jestem kobietą a nie babą, ale pracowało mi się z nimi nieźle. Nie knuli za plecami, nie snuli intryg, nie manipulowali, nie drażnili i nie mieszali tylko po to ,żeby poczuć się lepiej. I każda z nas tam pracujących, wychodziła z tego założenia co ja. Z nimi trzeba było się dogadywać i współpracować. Ale któregoś dnia dołączyła do naszego niewielkiego babskiego zespołu jeszcze jedna „koleżanka” (ten cudzysłów jest celowo, bo to określenie zobowiązuje a ona nie miała nic wspólnego z koleżanką – poza płcią) No i tej osobnicze zaszkodziła kumulacja penisów na tak małym metrażu. Dosłownie. Mimo, że nie była blondynką zachowywała się jak klasyczna idiotka z dowcipów, piszczała, wywracała oczami a co najobrzydliwsze, zaczęła się ślinić do facetów obnażając swe wdzięki i pokazując więcej niż normy zwyczajowe zwykły dopuszczać, szczególnie w takich specyficznych miejscach. Faceci jak to faceci – ci bardziej rezolutni przejrzeli jej grę od razu i stała się ofiarą ich niewybrednych docinek, a ci zakompleksieni czuli się zaszczyceni i wyróżnieni. Rozochocona podbojami uderzyła najwyżej, do naczelnego. I, o zgrozo, udało się. Facet przechodzący najwidoczniej kryzys wieku średniego, nie zważając, że nieopodal pracuje jego ślubna połówka, ochoczo podjął wyzwanie i romans kwitł na naszych oczach. Wykorzystywała swoje koneksje z nieprawego łoża do jak najbardziej prywatnych celów. I niech ktoś (a dokładnie któraś) stanął na linii ognia, ta już się postarała, żeby naczelny w odpowiedni sposób wziął odwet za jej „potwarze”. Skutecznie zrażała wszystkich wokół kosząc i wdeptując w ziemię „konkurencje” czyli nas kobiety. Cóż, jakoś nie miałam siły ani ochoty na walkę z jej fałszywie zakłamanym systemem więc odpuściłam odsuwając się w cień. I na zdrowie mi to wyszło. Jeszcze nigdy nie spotkałam tak złej baby, a przysięgam, że różne widziałam. Począwszy od typu kretynki a'la słodka idiotka, o ja biedna myszka, poprzez mściwe babony, którym nigdy nie udało się dobrze pomyśleć o przedstawicielce swojej płci. Ona była specyficzna. Ci normalniejsi faceci mieli jej działania swoje określenie, ale ze względu na dobre wychowanie nie powtórzę ich epitetów pod jej adresem.  

Wiem ,że solidarność jajników nie istnieje. To mit. Coraz mniej kobiet ma przyjaciółki „od serca.” Bo po co? Kobiety zawsze chcą być lepsze, szczuplejsze, mądrzejsze. Za odrobinę przewagi oczy by sobie wzajemnie wyłupiły. No a w pracy, o względy szefa walczą jak lwice, co mogłam naocznie oglądać przez długi czas. Kobiety stają się wrogami dla innych kobiet. W mniej lub bardziej subtelny sposób udowadniają sobie i innym, że kobiety nie są słodkie, kobiety walczą. Śmieszne? Raczej nie…Zwróćcie uwagę na otaczającą nas rzeczywistość. Każda z nas o coś walczy.  Mimo, że staram się traktować ludzi dobrze, sama złapałam się na tym, że nie raz zachowałam się, nie jak kobieta tylko jak baba. I to baba przez duże B. Kiedy to po zakupach wróciliśmy na parking z wypchanymi siatami zastaliśmy przystawiony samochód tak, że żadną miarą nie dało się wyjechać i to w żadną stronę. I to na tyle sprytnie, bo sprawił to tylko, idiotycznie zaparkowany pojazd. Musieliśmy powiadomić o tej sytuacji ochronę. Ochroniarz przez głośniki wzywał właściciela auta, podając numery rejestracyjne a do mnie powiedział, że to na pewno kobieta. Krew we mnie zawrzała. Jak to?? Przecież ja bym nigdy tak nie zaparkowała auta. Mieląc pod nosem przekleństwa pod adresem zarozumiałego ochroniarza czekaliśmy z Dużym, aż szanowny właściciel zakończy zakupy bądź usłyszy nawoływania obsługi sklepu. I kto przyszedł po kilku minutach?? Kobieta. Nie przepraszam, słodka idiotka. Kretynka. Baba. Bezmózg. Mimo, że to ja byłam kierowcą, totalnie mnie zignorowała, nie zauważając mojej osoby, radośnie szczebiotała do mojego męża wdzięcząc się i prężąc…A ten wysłuchiwał jej szczebiotu z pobłażliwym uśmiechem. No przepraszam, ale gdyby to był facet, mój mąż nie byłby tak wyrozumiały. Ostanie słowa które wyszczebiotała słodka idiotka to było „bo wie pan, ja myślałam” wtedy już nie wytrzymałam i przerwałam jej uroczy monolog. Kapiąc jadem wysyczałam, że nie wygląda jak by myślała i jak by myślała to by nie przystawiła mi auta…I niech zabiera swoje auteczko i siebie, bo już dość czasu zmarnowałam czekając, aż skończy zakupy. Wsiadłam do samochodu i byłam jak gradowa chmura. Ciskająca pioruny i gromy. I to najgorsze, że przyczyną mojego rozjuszenia nie było to, że 15 minut czekałam na możliwość wyjazdu z parkingu, tylko dlatego, że Duży był tak wyrozumiały dla tej baby, która wykorzystała to, że jest kobietą…nie przepraszam, że jest babą. I to niezbyt rozgarniętą. Nie jestem tym typem kobiety, która wychodzi z założenia, że mój Duży to biedny misiaczek, którego może omotać każda baba i muszę go bronić. To realnie patrzący na życie mężczyzna, ale jednak wylazła ze mnie baba i szlag mnie trafił, tak normalnie po babsku, a na łeb zebrała słodka idiotka, której z myśleniem było nie do twarzy. I jeszcze nie raz zdarzyło mi się być babą a nie kobietą. Ale która z nas nie spotkała na swojej drodze baby, która podcięła nam skrzydła zanim zdążyłyśmy je na dobre rozwinąć? Pamiętasz kim były? Jak o nich dziś myślisz? Dla mnie to po prostu baba. Wredna baba. Pamiętam od przedszkola babskie przepychanki, starałam się w nich nie uczestniczyć, bo już wtedy były dla mnie żenujące. Starałam się nie wdzięczyć do facetów, być ponad to, w końcu to oni mają zabiegać o moje względy a nie ja o nich. I chyba mi się to udało. Nie tak dawno kolega z tego samego osiedla powiedział do wspólnej koleżanki „Jaga to była taka fajna koleżanka, że baliśmy się jej powiedzieć komplement (…)” No więc dlaczego kobiety są dla siebie tak mało przychylne? Dlaczego każdej z nas zdarza się mieć babską chęć zamordowania innej przedstawicielki płci żeńskiej tylko dlatego, że jest w czymś lepsza…nie, nie zdarza się? To gratuluję. Ale igiełka zazdrości ukłuje nie raz? Bo z każdej z nas, od czasu do czasu, wyłazi baba. Ale tylko od czasu do czasu. Bo baba nigdy nie powie komplementu innej kobiecie, bo po co? I tak ktoś to zrobi za nią. Baba uważa, że zjadła wszystkie rozumy i wie jak ktoś inny powinien żyć i nie omieszka pouczać innych i wyrażać swoje opinie publicznie, szukając sprzymierzeńców, oczywiście pod postacią innych bab. Nie ważne w jakim jest wieku, bo i tak jej się należy nieomylność. Baba nie ma poczucia humoru, obraża się o wszystko i na wszystkich. Pojęcie ironia dla niej nie istnieje. Baba ma kompleksy i dowartościowuje się depcząc uczucia innych. Baby mają częstego focha, baby są jakieś inne…. 

czwartek, 2 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Przepis nr 3. Pan Ciabatta


Dzisiaj chciałam zaproponować alternatywę dla chleba na zakwasie. Trzeba do nich mieć cierpliwość i dobry, aktywny zakwas. Nie każdemu odpowiada smak, bo jest ciężki i bardziej kwaśny. ten przepis dostałam od siostry, która mieszka we Włoszech ponad 20 lat. I nie ma w nim prawie wcale drożdży a chleb pięknie wyrasta i jak smakuje…   


Pan Ciabatta

250 g wody w temperaturze pokojowej
2 g drożdży
Wymieszać
dodać
500 g mąki
Wyrobić aż będzie jednolita masa (mikserem ok. 5 minut)
Zostawić na 15 minut
Przełożyć do miski, przykryć i wstawić na 24 godziny do lodówki.


Po tym czasie wyjąć z lodówki i wrzucić do większego naczynia.  Do ciasta dodać jeszcze
130 g wody letniej
1 łyżeczkę cukru
1 łyżeczkę soli
2 łyżki oliwy z oliwek
50 g mąki

Ciasto wyrabiać do uzyskania jednolitej masy. Gdyby było za wolne dodać jeszcze parę łyżek mąki. Przełożyć do natłuszczonej miski, zostawić na godzinę. Po godzinie uformować bochenek i zostawić na kolejną godzinę. Nagrzać piekarnik do 220 stopni (góra-dół bez termoobiegu). Piec około 20 minut, później zmniejszyć temperaturę i piec w 180 stopniach kolejne 15-20 minut.


 Smacznego.........