wtorek, 20 września 2016

Jaga na Facebook'u:



Gadżety gotującej kobiety

Od zawsze jak słyszałam o konieczności gotowania dostawałam gęsiej skórki i z obrzydzenia trzepało mnie po ścianach. Wolałam wszystko robić, byle by nie musieć tkwić w kuchni. W domu rodzinnym gotowała mama a jak przy szturmach gości i rodziny na nasz dom było jej potrzebne wsparcie, pomocą służyła niewiele młodsza ode mnie, siostra. Ja w tym czasie pucowałam, czyściłam odświeżałam, sprzątałam i odkurzałam cały dom. I mogła bym kamienie na drodze tłuc byleby nie musieć sterczeć w kuchni. Lubię swój dom i wszelkie prace z nim związane a remonty wręcz uwielbiam. Nie jestem typem męczennicy domowej –  nigdy nie czułam się wykorzystywana, zawsze obowiązywał jakiś podział obowiązków,  nigdy też nie byłam księżniczką na ziarnku grochu. Ale nigdy nie widziałam nic fajnego w spędzaniu połowy dnia w kuchni, wrzucaniu składników do kolejnych garów, a przy tym zrobienia syfu godnego kuchni w akademiku. Zanim posprzątałam ten armagedon, poprzecierałam blaty, blaciki, szafki i inne pomoce i gadżety przydatne do ugotowania dania, na miarę szefa kuchni, to po przyrządzonych daniach już nawet wspomnienia nie pozostało. Więc z chęcią mordu w oczach trzeba było zaczynać od nowa, żeby po pracy mieć co do gara wrzucić i nie stać znów jak łoś przy garach do późnej nocy. Tylko zdrowy rozsądek i wiedza na temat zdrowego żywienia zmuszały mnie do tego znienawidzonego sterczenia w kuchni. A to, że rodzinie nie serwowałam gotowych dań z torebek czy cateringu z pobliskiego baru zawdzięczam rodzicielce, dla której wrzucenie na talerz czegokolwiek, stworzonego z półproduktów, mrożonek, proszków czy kupionych słoików mogło by się skończyć wiecznym potępieniem lub w najlepszym przypadku banicją z rodziny i najlepiej z kraju. Mimo, że ugotowane przeze mnie dania były smaczne i wychwalane pod niebiosa przez spożywających, zarówno domowników, jak i gości, szczerze tego zajęcia nienawidziłam. Marzyłam wręcz, żeby ktoś wymyślił pożywienie w postaci kapsułek czy tabletek. Łykasz sobie takie cudo, głodomorze, jeden, jedyny raz przeżuwając i masz spokój na kilka godzin. Zastanawiałam się dlaczego w mojej kuchni bałagan się nie robi, tylko po prostu on tam jest cały czas jest i marzyłam skrycie, aby dobra wróżka zechciała mi użyczyć magicznej różdżki na miarę reklamy z TV. Ale nic takiego się nie stało. Nikomu nie chciało się wymyślać czegoś co by mi usprawniło życie. I niczym biedny Kopciuszek tkwiłam w czeluściach kuchni. Musiał minąć szmat czasu,  kiedy to odkryłam walory eksperymentów w kuchni. Niestety, nie stało się to z dnia na dzień. Powoli zaczęło mnie bawić samodzielne wypiekanie, wyrabianie, mieszanie składników, na pozór, tak nie pasujących do siebie. A gadżety usprawniające szybkie gotowanie ciągle i wciąż są na wagę złota. Ostatnio dzięki uprzejmości Philips  dostałam do testowania Multicooker.



Wynalazek wręcz genialny. Ten co to wymyślił powinien dostać nagrodę Nobla w zakresie kuchni stosowanej. Na pierwszy ogień poszło risotto.



Szybko i bez zbędnych komplikacji i bez dodatkowych zapachów w kuchni.



Ryż mógłby się dosłownie 5 minut gotować, bo osobiście wolę bardziej al dente, ale to już kwestia smaku i indywidualnego gustu.



Później zrobiłam dżem gruszkowy z domieszką cytryny – łaaaał, przez duże „Ł.”



Dżem, który zawsze i wszędzie się przypala, żeby nie wiem w jak fajnym i drogim garze był przygotowywany, tutaj akurat nie przypalił się, co była świetną rekomendacją dla Multicookera Philips.




Kolejne dania były tylko potwierdzeniem pierwszego wrażenia. Omlet jest puszysty i nie do podrobienia. Jest super – polecam każdemu, kto się nawinie pod rękę.  Nic nie strzela, nic nie pryska, nie trzaska, nie chlasta po kuchni i nie trzeba kuchni sprzątać od sufitu do podłogi jak po bitwie na torty. No geniusz w postaci Philipsa. Przekonuje mnie wybrudzenie tylko jednej misy. Urządzenie pomaga w zrobieniu czegoś z niczego zaledwie w kilkanaście minut!! Na pewno w następnej kolejności, i to już niedługo spróbuję upiec w nim chleb i ugotować coś smacznego na parze.
Ale odradzam to każdemu, kto się przyzwyczaił do wielogarnkowego gotowania, do wielogodzinnego sterczenia przy garach, do gotowania z bałaganem,  megasajgonem w kuchni i sterty garów po zakończeniu gotowania. Mistrzostwo świata w czystej postaci. Przepisy są fajnie dopracowane – jedyny minus, że jest ich tak niewiele w książeczce. Ale znalazłam już w internecie różne przepisy i planuje kolejno je wypróbowywać. 

poniedziałek, 5 września 2016

Jaga na Facebook'u:



Przepis nr 6. Chleb z surowymi ziemniakami




Chleby są moją pasją cały czas. Na co dzień piekę „takie normalne”, ale nieraz mnie ponosi i eksperymentuje. Kiedyś wpadł mi w ręce przepis na chleb z surowymi ziemniakami. Obawiałam się, że chleb może okazać się jednym wielkim zakalcem, ale ten wyszedł genialnie smaczny, ciężki, wilgotny i jakże inny od serwowanych w sklepach nadmuchiwanych i mrożonych chemogniotków, z całą listą składników na odwrocie opakowania. Jeśli ktoś chce sprawdzić jak smakuje chleb pałucki to polecam.

Pałucki chleb z pyrami 

Składniki:

0,5 kg ziemniaków
0,5 kg maki pszennej
0,2 kg maki żytniej
0,4 l wody
20 g drożdży świeżych
1 łyżeczka soli

Wykonanie:

Ziemniaki ścieramy tak jak na placki ziemniaczane i odciskamy sok na sicie. 

Zagotowujemy wodę i zaparzamy ziemniaki.



Jak przestygną dodajemy pozostałe składniki. Wyrabiamy ciasto i kładziemy do wyrośnięcia na ok. 30 min. Po wyrośnięciu jeszcze raz zagniatamy, formujemy chleby, nacinamy, smarujemy wodą i posypujemy ulubionymi ziarnami i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia. Osobiście preferuję chleby z foremki więc wykładam foremkę natłuszczonym papierem do pieczenia.




Wkładamy do nagrzanego pieca i pieczemy do uzyskania brązowego koloru skórki. 40-6 50 min w temp. 200C

Smacznego ! 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Ale koszmar !!!




Obudziłam się rano zlana potem i usiadłam przerażona….Rozglądnęłam się po ukochanej sypialni. Ufffff…Jestem w domu. Jak dobrze, że to tylko sen. Śniło mi się, że byłam 17 letnią dziewczyną. Ni to dzieckiem, ni to kobietą. Obcy ludzie postrzegali mnie jak kobietę, bo tak już wyglądało moje ciało a rodzina traktowała mnie jak dziecko, którym ciągle jeszcze byłam. Z burzą emocji, z tysiącem pomysłów, nie potrafiąca zapanować nad hormonami. Mająca na twarzy promienny uśmiech po to, żeby za kilka minut zalać się łzami. Z milionem problemów egzystencjalnych. Kiedy to pryszcz na brodzie czy nosie urastał, już nie do rangi problemu, ale do dramatu i tragedii a złamany paznokieć potrafił zaburzyć wewnętrzny spokój na wiele kolejnych dni. Kiedy to niemożliwość dobrania butów do szalika budziła odrazę do całego świata a do siebie to już przede wszystkim. Kiedy to ze zgryzoty nie mogłam spać, a powodem było zadręczanie się, jak kiedyś wytrzyma ze mną facet, skoro jestem arogancka,  zawsze mam swoje zdanie i jestem wulkanem energii. Kto to zniesie? Zresztą po cholerę facet nastolatce. Ale ciocia mówiła, że nikt mnie nie zniesie, a zdanie cioci się liczy, bo ciocia niczym starszyzna plemienna klątwy rzucała z komentarzem – „oby Ci się spełniło”. Albo kiedy to jedno szkolne niepowodzenie w jednej chwili wywoływało emocje wymykające się spod jakiejkolwiek kontroli lub na odwrót – kiedy to wszystko było poza nastoletnią świadomością i zdolnością przejmowania się. Ze skłonnością do ryzyka nie oceniającego konsekwencji zachowania i realnego zagrożenia, się i zerową samokontrolą i nieakceptowaniem rzeczywistości. Huśtawka góra – dół. Rollercoaster. Mającą gdzieś dobre rady rodziców, w końcu na błędach najlepiej się uczyć, szkoda tylko, że na własnych. Dobrze, że to wszystko koszmar senny, dobrze, że mam za sobą burzliwy okres dojrzewania, że nie muszę od nowa dokonywać życiowych wyborów, dobrze mi tu gdzie jestem teraz. A jestem o równo 30 lat starsza. Nie muszę się martwić, że klątwa cioci się spełni i nie trafi mi się dobry mąż czy zaplączę się w gąszczu relacji międzyludzkich. Mam fajnego męża, świetną rodzinkę, fajnych znajomych i święty spokój wolny od nastoletnich trosk. Brrrrrrrr……A z okazji, że już temu dawno, czyli 30 lat temu wyszłam z wieku nastoletniego, właśnie w ten dzień, moi faceci o mnie nie zapomnieli. Jedna z blogerek napisała, że w tym wieku nie powinno się przyjmować życzeń tylko prezenty....Coś w tej mądrości jest.
Tradycyjnie Dziecek mamusi zafundował urocze gadżety




a Duży, kwiatkiem o wdzięcznej nazwie „NOGA SŁONIA” wprowadził do jadalni trochę egzotyki.




"NA JAGĘ"

Pewna Jaga spod Rzeszowa,
wiele talentów w sobie chowa.
remont mieszkania robi w najkrótszym czasie
piecze też chleby na zakwasie,
taka to sprytna białogłowa.


Świętuj od rana
Jago kochana
ptaszki za oknem
niech Ci śpiewają.
Rozpieszczaj siebie,
czuj się jak w niebie
gdzie wszyscy wokół
się uśmiechają.
Sto lat ! Sto lat! Niech strzelają szampany!

Dziękuję Wam z całego serca – fraszka z rana – jak śmietana. 
Tyle rymów z siebie wykrzesać mogę i na nic więcej nie liczę.
 

No i od Eve

Jago - niech z ust Twych płyną słowa nieuczesane,
niech budzi Cię każdego dnia miłości dzbanek,
niech Twoje życie tęczą będzie usłane,
a poczucie humoru rozkwita nieskrępowane ;)


piątek, 26 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Wspomnień czar ?


Rok temu podróżowaliśmy wybrzeżem Adriatyku, rok temu cieszyliśmy się oglądanymi widokami, rok temu jedliśmy regionalne potrawy, rok temu…

                       Adriatyk jesienią smakuje lepiej  
   











A dziś? Piękne górskie i nadmorskie miasteczka zostały zrównane z ziemią. Prawie 250 osób nie żyje. Każdy kawałek gruzu to ludzki dramat, runęło czyjeś życie. Tam gdzie mieszkaliśmy wstrząsy też narobiły wiele szkód. Epicentrum było zaledwie 60-80 km dalej. Moja siostra z rodziną, jak wielu Włochów, pojechała tam na kilka dni, tuż przed tą tragedią, „naładować baterie”. Naładowała. Wszyscy się cieszą, że nikt z najbliższych nie zaginął ani nie zginął pod gruzami. Na żywioł nie ma recepty…


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



106 sprawdzonych sposobów na to... jak nie rzucić palenia



Wszem i wobec wiadomo, że palenie szkodzi. To dlaczego tyle osób pali? Sama mam w rodzinie palaczy wracających do nałogu. Wrzeszczę i tupię, ale zazwyczaj słyszę, że :
1.Przecież nie palę tak dużo... yhy… taaaa....dwie paczki czy 5 papierosów, jaka to różnica? Trucizna to trucizna niezależnie od ilości.
2.Palę bo jestem nerwusem - papierosy uspakajają?? A co to melisa czy Relanium? - tak – jasne – każda wymówka jest dobra.
3.Poczekam do nowego roku – czekaj tatka latka
4.Boję się, że przytyję – od braku papierosów się nie tyje, tylko od nadmiaru jedzonka – wiem co mówię i to z własnego doświadczenia.
5.A mój dziadek palił i dożył 99 lat - tylko w jakiej kondycji? Leżał 15 lat nie mając siły dojść do łazienki?? Wbrew pozorom jakość i komfort życia w podeszłym wieku jest bardzo istotna dla wszystkich wokół, nie tylko dla samego "właściciela"

6.Wszyscy znajomi palą – jaaaaasne -  gówno jest dobre, jedzmy gówno – przecież milion much nie może się mylić.
7.Na coś trzeba umrzeć – dostaję piany, jak ktoś mi tak mówi, bo chyba ktoś, kto tak twierdzi, nie widział jak umiera nałogowy palacz. 
Czy ktoś widział jak człowiek z trudem łapie powietrze, niczym ryba wyciągnięta z wody, ledwo oddycha, wręcz walczy o każdy haust powietrza?
Czy ktoś widział jak umierającemu palaczowi podłączają tlen?
Czy ktoś widział jak rurka z tlenem tylko na krótką chwilę przynosi ulgę?
Czy ktoś widział jak palaczowi było odrobinę lepiej i umierający palacz pytał czy może sobie zapalić?
Czy ktoś słyszał jak palacz mówił, że umieranie bardzo boli?
Czy ktoś widział jak serce palacza bije coraz wolniej, walcząc do ostatniej chwili?
Czy ktoś wie co to jest POChP, podpowiadam: to Przewlekła Obturacyjna Choroba Płuc zaczynająca się niewinnie od porannego kaszlu, lekkiego odkrztuszania, przez stadium, gdzie rezerwy płucne pacjenta są znacznie ograniczone, a kończącego się zgonem z powodu powikłań, którymi najczęściej są niewydolność oddychania i nadciśnienie?
Ale spoko palaczu….Masz szansę tego nie dożyć – w końcu sam twierdzisz, że  na coś trzeba umrzeć. Wielu chorych na POChP umiera wcześniej z powodu raka płuca lub zawału serca.
Ja niestety widziałam to wszystko. Przeżyłam to bardzo – bo była to moja babcia, nałogowa palaczka, z którą byłam bardzo emocjonalnie związana. Wtedy powiedziałam sobie dość…Rok „dojrzewałam” do decyzji o porzuceniu śmierdzącego i drogiego nałogu. TAK!! Drogiego. Przelicznik jest prosty.
15 zł x 3 paczki dziennie (na dwie osoby w domu) = 45 zł dziennie.
45 zł x 30 dni = 1350 zł
1350 zł x 12 miesięcy = 16 425 zł…. no właśnie.

Liczyć dalej?? Tak wiem, zaraz usłyszę, że sam sobie na to pracujesz. I owszem. Kiedyś usłyszałam (a raczej przeczytałam), że ja, jako osoba niepracująca własnego wyboru, jestem pasożytem, ciężarem dla społeczeństwa, że każdy dorosły powinien pracować i że osoby pracujące muszą dokładać do mojego pomysłu na życie. No dobra – to co teraz powiedzieć o trujących się z własnego wyboru a później chorujących na własne życzenie? Zalegalizować eutanazję i utylizować? Bo przecież leczenie ich pochłania miliony złotych.    
Nie tak dawno minęła okrągła rocznica rzucenia nałogu. Nie palimy już kilkanaście lat. Ot, tak. Bez planowania, noworocznych postanowień i innych wstępów. Prawie rok od śmierci mojej babci. Wstałam rano, mieliśmy resztki papierosów w paczce.  Powiedziałam bez namysłu, – może by tak przestać palić? Duży przytaknął. No to nie palimy. Klamka zapadła. Bez wspomagaczy, e-papierosów, plastrów i innym wyciągaczy pieniędzy. To był wolny dzień, po południu umówiliśmy się ze znajomymi na piwo. Po całym dniu niepalenia przy kufelku piwa zapaliliśmy "na koniec" . Musiałam trzymać się stolika, żeby pod niego nie wpaść. I na tym zakończyliśmy przygodę z papierosami. Nie było lekko. Paliliśmy po 2-3 paczki papierosów dziennie. Czyli na twarz przypadało więcej niż paczka. Dużo? Wtedy wcale mi się tak nie wydawało. Owszem, lubiłam palić. Nie wyobrażałam sobie życia bez papierosa. Jak można wypić kawę bez dymka? Jak można wypić lampkę wina bez papierosa? Jak można rozmawiać bez papierosa? Aż w końcu dojrzałam. Odchorowałam odwyk okrutnie. Wszystko mnie bolało, wszystko było nie tak. Myślałam, że eksploduję. Ręce nogi, biodra, łydki. Ból mięśni  przy grypie był niczym, w porównaniu do tego podczas odwyku. Nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o bólu i papierosach. Ale udało się. Rzuciłam. Stwierdziłam, ze nie zacznę już nigdy palić, właśnie z tego powodu, żeby znów nie przechodzić przez odwyk...Nie było to pierwsza próba rozstania się z papierosami, ale ostatnia. Wcześniej nie raz chciałam rzucić, ale zawsze miałam 106 sprawdzonych sposobów na to jak nie rzucić palenia. Moje wymówki były takie same, jak każdego statystycznego palacza. Pierdylion wymówek, a każda z nich tak samo bezsensowna jak i naiwna. Skoro ja dałam radę to każdy da. Rzucanie nałogu zaczyna się w głowie. 
No i wygrałam tą nierówną walkę. Głupi papieros nie będzie już mną rządzić.

Palaczu - stań przed lustrem i powiedz sobie, tak po cichu, żeby nikt nie słyszał, dlaczego właściwie Ty nie chcesz wygrać z głupim papierosem. 

piątek, 19 sierpnia 2016

Jaga na Facebook'u:



Jaga sierpniowa


Ano, jakoś tak się poskładało, że marazm i niechęć do całokształtu dopadły i mnie. Nie chciałam pisać wiedząc, że będę narzekać. To nie w moim stylu. Nieraz tak się składa, że nawet gdy nie ma realnych powodów, widzisz tylko dno, trzy metry mułu i wodorosty. Nawet wizyty na siłowni zawiesiłam na wakacyjny czas. Nie pomogło moje optymistyczne postrzeganie świata i ludzi. Nie pomogły wakacje, lato, upał ani zimne piwko. Mam tumiwisizm i awersję do wszystkiego i wszystkich. Więc czas popracować nad tym, żeby to zmienić. W tak zwanym „międzyczasie” wypadło zalanie kuchni na skutek niefortunnego pęknięcia wylewki w baterii, konieczność wymiany frontów w meblach kuchennych, pozalewowe malowanie kuchni (więc i przy okazji odświeżenie pozostałości na prawie całym parterze domu) naprawa ogrodzenia, usługa geodety w celu udowodnienia sąsiadowi-pieniaczowi, że to on ogrodził metr naszej działki a nie my jego, w konsekwencji zmiana ogrodzenia (jak ja uwielbiam mieć rację) wizyta rodzinki, ślub i wesele brata, który postanowił zmienić stan cywilny, kolejna wizyta rodzinki. I tak leci kabarecik a wakacje mijają. Powiem jak Smerf Maruda „nienawidzę marudzić”, ale też nienawidzę końca wakacji. Chyba się zmęczyłam tym wszystkim, tym natłokiem spraw. Marzę, żeby siąść i nic nie robić, o niczym ważnym nie myśleć, nie martwić się, że zmęczenie materiału daje znać o sobie, wziąć po prostu głęboki wdech....Ale spoko, już się zbieram wracam do formy i normalności, mimo, iż szykują się duże zmiany w życiu codziennym. 

środa, 6 lipca 2016

Jaga na Facebook'u:



Upozoruj myślenie, może ktoś się nabierze



Upał. Jakieś 34 stopni w cieniu. Po ubiegłotygodniowych chłodach i przebytej infekcji dla mojego organizmu wyjście z domu to jak spotkanie z Afryką. Ale mus to mus...Wchodzę do jednej z popularnych drogerii. Na kartce mam spisaną listę brakujących kosmetyków, więc skupiam się na chodzeniu między regalami delektując się działającą klimatyzacją. Poza mną, ekspedientkami i ochroniarzem jest tylko jeden klient, buszujący, gdzieś daleko, na drugim końcu sklepu, gdzieś w okolicach regału z papierem toaletowym. Nagle z impetem otwierają się drzwi i wchodzi starsza pani. Chociaż lepszym określeniem było by "wpadła" bądź "wtargnęła". Jej mina świadczy o tym, że wstała dziś nie tą nogą co trzeba. Wydęte usta i mina wojownika wstępującego na ścieżkę wojenną świadczyły ewidentnie o braku pokojowych zamiarów, ba, świadczyły o chęci zrobieniu komuś awantury...Brakowało jej tylko barw wojennych na twarzy. Pani omiotła wzrokiem cały sklep a że byłam na linii strzału warknęła do mnie :
-GORĄCO!!- tonem wyrażającym pretensje i nie znoszącym sprzeciwu. Nie bardzo wiedziałam co ja mam wspólnego z tropikalną i upalną aurą, ale, choć to baaaaaardzo nie w moim stylu, postanowiłam się nie odzywać, czekając na rozwój wypadków. Pani nadal wlepiała we mnie swój nienawistny wzrok. Czymże sobie zasłużyłam na taki jad z rana? Żeby był chociaż chłodny, ale nie, jej wzrok wionął piekielnym ogniem. Pani nie zamierzała rezygnować z milusiej konwersacji z rana. Kontynuowała syczenie w moim kierunku. -  -
 - Pies, staruszek, przed sklepem "ziaje" –
I tu w okamgnieniu dostałam olśnienia. Już wiedziałam o co babince chodzi...Faktycznie przed sklepem widziałam psa, którego smycz była luźno rzucona na chodnik i psiak czekał pokornie na właściciela. Odpowiedziałam Pani Syczącej
- Jak mu gorąco to ziaje... Jak by Pani było tak gorąco to by pani też ziajała.
Wiem, że w takich sytuacjach lepiej nie zaogniać sytuacji, ale ja byłam coraz bardziej rozbawiona i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Ale właśnie wtedy pani się rozkręciła. Zaczęła wrzeszczeć na cały sklep, że pies staruszek, że jak można go na słońcu trzymać, samego zostawiać, że upał i że, że, że.... padło jeszcze milion mniej lub bardziej racjonalnych argumentów z ust tej rozjuszonej starszej damy. Jak zamilkła na kilka sekund w celu zaczerpnięcia powietrza zdążyłam wzruszyć ramionami w geście "mam to gdzieś" i zapytałam dlaczego do mnie wrzeszczy... I tu konsternacja. Mina pani Syczącej-bezcenna. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard....Kobieta pytająco wybełkotała
-To nie jest pani pies... ??
-Nie, nie mój.- ostro ucięłam
-Bo nie wolno psa w upale zostawiać- ale już w chwili kiedy ona po raz wtóry zaczęła się uzewnętrzniać nie mogłam powstrzymać śmiechu i powiedziałam zupełnie nie zgodnie z prawdą, ale ucinając jej dalsze wywody w moim kierunku
- A co mnie to obchodzi…-
Obrończyni praw ciemiężonych zwierząt zrozumiała w lot, że przegięła w całej rozciągłości i że uważam jej monolog za zakończony.
Pani w tym momencie zauważyła starszego pana, który zaopatrzony w dwie wielkie zgrzewki papieru toaletowego maszerował do kasy, ignorując kapiący jad kobiety. Cala sytuacja nie wywołała u mnie krztyny złości czy irytacji pod adresem Pani Sycząco Jadowitej, przeciwnie, bardzo, ale to bardzo rozbawiła mnie ta sytuacja.
Wiem, że zostawianie psa w aucie czy na pełnym słońcu jest bestialstwem, sadyzmem i totalnym debilizmem, i, że trzeba natychmiast reagować, ale wizyta właściciela psa w sklepie nie trwała dłużej niż 5 minut, więc pies nie miał szans doznać udaru czy odwodnienia. No i powtórzę jak mantrę PRZED ZROBIENIEM KOMUŚ AWANTURY SPRAWDŹ CZY TRAFIASZ DO ODPOWIEDNIEGO ADRESATA. Nieraz warto chociaż upozorować myślenie.
Pisząc w/w tekst nie mam zamiaru odwodzić nikogo od reagowania widząc skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie właścicieli psów - wręcz przeciwnie!! Dzwońmy na policję, alarmujmy odpowiednie służby, róbmy awantury, bądźmy oskarżycielami, prokuratorami, sądem, katem, REAGUJMY ale spełnijmy podstawowy warunek - trafiajmy z interwencją pod właściwy adres.




wtorek, 5 lipca 2016

Jaga na Facebook'u:



Ojciec prać ??

Nikt mi nie wmówi, że lubi pranie. Segregowanie, układanie kolorami, żeby jedno nie zabarwiło innego, oglądanie i wieszanie. Toż to sama proza życia. Ale jak jest coś co może ułatwić mi życie to dlaczego mam z tego nie skorzystać. Tym razem dzięki http://rekomenduj.to Dostałam całe pudło chusteczek COLOUR CATCHER.  Chusteczki



Tradycyjnie większość rozdałam znajomym i rodzince a największe pudełko zostawiłam dla siebie. Oczywiście jak do każdej nowości, podeszłam sceptycznie, ale stwierdziłam, że zaryzykuję. A co!!


Wymieszałam kolory, które normalnie, w codziennym praniu segreguję kolorami, dorzuciłam chusteczkę (dorzuciłam na wszelki wypadek dwie, bo nie wiedziałam jak to zadziała) i czekałam, jak mam być szczera, na wielokolorowy koktajl. Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie pierze żółtych i czerwonych koszulek razem, nie dorzuca czarnych elementów garderoby a na dodatek nie nastawia pralki na 50 stopni.

A jednak czego się nie robi dla dobra ludzkości. Postanowiłam zaryzykować. I moje zaskoczenie było naprawdę bardzo miłe, bo kolory po wypraniu zostały nienaruszone przez czerwone koszulki czy czarne spodenki…Oczami wyobraźni widziałam kolory tęczy na żółtych koszulkach






Za to chusteczki wyłapały wszystkie kolory. Zamiast nastawiać trzy małe prania, pralka prała tylko raz. Skoro coś ułatwia mi życie to już to lubię i z czystym sumieniem mogę polecić każdemu kto chce zamiast jednocześnie oszczędzać czas i pralkę. .

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Przepis nr 5. Chleb z suszonymi pomidorami


Na upalne dni proponuję trochę włoskich smaków. Chleb wychodzi genialnie, jest miękki a suszone pomidory dodają mu niepowtarzalnego smaku.


Chleb z suszonymi pomidorami

400  g mąki pszennej,
15 g świeżych,
1 łyżeczka cukru,
220 ml letniej wody,
1 łyżeczka miodu,
20 g oleju,
1 łyżeczka soli,
100-200 g suszonych pomidorów

Ze świeżych drożdży robimy rozczyn (mieszamy je z ciepłą wodą, łyżeczką cukru, łyżką mąki i czekamy aż się "napuszą"). Do misy przekładamy wszystkie składniki. Mieszamy, wyrabiamy aż ciasto nie będzie się lepiło i będzie elastyczne. Suszone pomidory kroimy na taką grubość jaka nam odpowiada, dodajemy do ciasta.




Ciasto odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce aby wyrosło. Wyjmujemy ciasto i formujemy bochenek i przekładamy go na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia.





Przykrywamy ciasto ściereczką i odstawiamy na około 40-45 minut. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni, obok chleba stawiamy mały rondelek wypełniony wodą. Po 10 minutach zmniejszyć na 200 stopni. Pieczemy chleb około 25-30 minut.




Smacznego !!


































piątek, 24 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Lepiej zapobiegać....


Pierwszy dzień wakacji swojego czasu napawał mnie przerażeniem i paniką. Nasz Dziecek w pierwszy dzień wakacji, rokrocznie, bez odstępstw od normy, coś sobie skręcał , naciągał tłukł szarpał...
Dumnie później kroczył z zagipsowaną łapą lub 5 szwami na czaszce, tudzież guzem na potylicy wielkości piłki do baseballa, skutkującym wstrząśnieniem mózgu. Kiedy to po raz wtóry odwiedzaliśmy oddział w celu ściągnięcia mu szwów z łepetyny, pochwalił się znajomemu już chirurgowi
- w tamtym roku też tu byłem i dwa lata też i trzy....
Lekarz chcąc go pocieszyć powiedział
- Łeee, słaby zawodnik z ciebie. Mamy tu czwarty rok z rzędu, kolesia w Twoim wieku, który w pierwszy dzień wakacji łamie sobie kończynę. Jest tu znowu, w szpitalu na oddziale. 

Padłam. Nie dociekałam czy każdorazowo inną, czy tą samą,, widząc za to oczami wyobraźni, wakacyjne 6 tygodni spędzone w gipsie  i po prostu przestałam naszą latorośl w pierwszy dzień wakacji wypuszczać z domu. Wizyty na oddziale chirurgicznym zakończyliśmy. Radosnych i bez urazowych wakacji




wtorek, 21 czerwca 2016

Jaga na Facebook'u:



Mój mąż sypia z wariatką ...



...i stwierdzam to z całą odpowiedzialnością. Na nic próba zwalczenia szaleństwa. Na nic próby pilnowania się, szturchania i samopouczania. Wariatka pozostanie wariatką. Nie chodzi mi o drobne szaleństwa w stylu "nie lubię latać samolotem", czy "mam lęk wysokości", bo z tym się jakoś oswoiłam i nauczyłam żyć. Chodzi mi o rzeczy, które dla wszystkich wokół wydają się niezrozumiałe i patrzą na mnie jak był była uciekinierką z domu wariatów albo przynajmniej pensjonariuszką oddziału psychiatrycznego na chwilowej przepustce. No a dla mnie są to rzeczy po prostu nie do przyjęcia. Będąc na jakiejś kolacji w restauracji zamówiłam wodę gazowaną. Dostałam. I do niej szklankę w stylu coca-cola. To kształt szkła z którego żaden napój nie przejdzie mi przez gardło.



Idiotyczne? Może...Nie będę wdawać się w szczegóły tej obrzydliwości, ale nie wypiję i już. Poprosiłam o wymianę szklanki, pani zapytała czy szklance coś jest, czy brudna czy coś z nią nie tak....Nie , po prostu chcę inny kształt. Dlaczego to się wydaje takie dziwne?? No i ten wzrok skierowany na mnie i mówiący "KOBIETO JESTEŚ WARIATKĄ i chyba coś z tobą, a nie z tą szklanką, jest nie tak..." W razie niemożliwości wymiany na inny  wzór czy model szklanki piję po prostu z butelki. I nie pytajcie dlaczego - ze względów estetycznych nie powiem co mi przypomina picie z tej szklanki. Po prostu fui i fujjjj. Wariatka, prawda?
Chodzę na siłownię. Regularnie. Ale nie za żadne skarby świata skorzystam tam z prysznica. Zresztą nie tylko tam. Każdy prysznic który jest tłumnie odwiedzany od razu jest u mnie przekreślony. Musiała bym najpierw zaatakować go butlą z etykietką Aerodesin 2000. Skrzywienie zawodowe, ale długo pracowałam w miejscu gdzie widziałam "efekty uboczne" korzystania ze wspólnych łazienek i natrysków. No i znałam wyniki badań. Oczami wyobraźni widzę dermatofity chodzące czwórkami i żadne klapki mi nie pomogą zapobiec Tinea pedis. A wiem, że leczenie jest długie i uciążliwe, więc wolę wskoczyć w auto i wejść w domowy zdezynfekowany prysznic. Wariatka, prawda? 
Mimo, że staram się być otwarta na nowości to żadną miarą nie mogę się przełamać, żeby spróbować owoców morza. Żadna mątwa, kałamarnica czy inna ośmiornica nie przejdzie mi przez gardło. Wygląd ma obrzydliwy i żadne walory smakowe czy odżywcze nie są w stanie mnie przekonać. Czuję wewnętrzne fuj i nie dam rady...Najgorsze, że ten smak wyczuję nawet w najodleglejszych zakamarkach sałatki.
No wariatka...


Odkąd mieszkamy na peryferiach miasta (terytorialnie to wieś) przyzwyczaiłam się do odwiedzin różnej maści owadów. Nie straszne mi pająki, wielkie ćmy czy inne latadełka. Nie pałam do nich miłością wielką i prawdziwą, wręcz nie przepadam za nimi, ale pomagam im opuścić nasze domostwo starając się nie robić im krzywdy przy okazji. Nawet mi to wychodzi. Pająki lądują za oknem posiadając jeszcze wszystkie odnóża a ćmy czy inne skrzydlate nadal mogą latać. Tylko na świeżym powietrzu. Ale nie mogę zdzierżyć much. Dla mnie to siedlisko bakterii, chorób i syfu różnorakiego i jeśli takowa franca lata pod sufitem, dotąd się czaję, aż ją zgładzę. Zupełnie i całkowicie. Na śmierć. Ale żadną miarą nie wezmę jej w palce. Żywej ani martwej. Do podniesienia jej potrzebuję niemalże być odziana, jak do utylizacji odpadów radioaktywnych.

Jeśli podczas mordu spadnie na blat kuchenny przeprowadzam dezynfekcje, fumigację i inne egzorcyzmy mające na celu odkażenie miejsca w którym poległa mucha. Wtedy mogę dokonać dezaktywacji i utylizacji. Wariatka no nie?
W domowej kuchni posiadamy sztućce.  Do dziś nie wiem dlaczego jednego kompletu po prostu nie walnę w kosz na śmieci…Jeśli któryś z domowników się pomyli i nakrywając do stołu po prostu mi go położy obok talerza a ja go przez nieuwagę i zamiłowanie do jedzenia wsunę go w paszczę zaraz z obrzydzeniem ciskam nim przez długość kuchni, trafiając celnie do zlewu, tracąc ochotę na jedzenie, ale tylko tym sztućcem. Nie potrafię powiedzieć dlaczego. Nie znoszę tego modelu widelca i już. Po wymianie na inny kształt kontynuuję pochłanianie posiłku. Widelec powoduje u mnie niezrozumiały atak wstrętu a moi domowi faceci patrzą na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Wariatka no nie? 
Ostatnio doszło kolejne zachowanie świadczące o niestabilnej a wręcz zachwianej psychice. Nie wjadę na skrzyżowanie jak w pobliżu stoi TIR. To akurat, po ostatnich przeżyciach, jest to wytłumaczalne, ale przecież do cholery, nie każdy kierowca tego giganta to bezmózg. No wariatka….
I to wariatka, jak nic, kwalifikująca się do indywidualnej terapii u psychiatry. Ale jakoś te dziwactwa to dopiero wierzchołek mojej prywatnej góry lodowej. Na moje liście są jeszcze słowa i teksty wypowiadane przez innych, działające na mnie jak przysłowiowa płachta na byka. Jedno słowo czy zdanie jest mnie w stanie rozsierdzić, zbulwersować czy rozdrażnić na długi czas i tak wyprowadzić z równowagi, że tego nie zapominam. Nauczyłam się z tym żyć, zachowywać pozorny spokój i nie dawać po sobie poznać, ale o tym kiedy indziej…