piątek, 17 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.2


Wizyty w banku mi się zachciało. I to kiedy ? W sobotę , kiedy większość populacji szalała w domu, ciesząc się z wynalazku wolnej soboty. Nieludzkie, niehumanitarne i niemoralne z mojej strony. Ale już się tłumaczę z tak okrutnego i bestialskiego postępowania. Zmusiła mnie sytuacja – z bankiem jestem związana węzłem mocniejszym niźli węzeł małżeński. Mamy kredyt hipoteczny, więc rozwód w/w instytucją nie wchodzi w rachubę. A że praca Dużego uniemożliwia wizyty i formalności w innym „roboczym” dniu wybraliśmy się do przybytku zwanego bankiem. Musieliśmy być razem. W końcu wspólne konto i wspólny kredyt zobowiązuje. 

Już w progu zacnego gmachu (jednego jedynego czynnego w sobotę) powaliła nas na kolana liczba osób załatwiająca formalności w tej instytucji. Ale pokornie usiedliśmy na wygodnych sofach czekając na swoją kolejkę. Oczywiście znakiem czasu jest możliwość zajęcia rąk i głowy czasoumilaczem, wsadziliśmy oczy w smartfony. Czekanie i cierpliwość nie idą u mnie w parze. Co ja bredzę, w ogóle nie mam cierpliwości do czekania w kolejkach. Rzucałam oczywiście ukradkowe spojrzenia znad telefonu, żeby mieć rozeznanie w sytuacji, ale przez kilkanaście minut sytuacja nie ulega zmianie, tzn, że przy stanowiskach obsługiwane są ciągle te same osoby. Miejsca na sofach rozbiło się coraz mniej i to wcale nie dlatego, że puchliśmy z nudów, tylko dlatego, że przybywało interesantów. Wzbudziło to niepokój jednej z dwóch pań obsługujących klientów banku. Energicznie wstała zza komputera, podeszła do nas, klientów i tonem nie znoszącym sprzeciwu zaczęła głośno wypytywać kto i w jakiej sprawie oczekuje na audiencję. Nie spodobał mi się sposób zbiorowej spowiedzi wygłaszanej przez każdego z oczekujących, bo nie mój interes, że pan obok ma ochotę zlikwidować debet a kobieta z dzieckiem nie umie korzystać z  bankowości elektronicznej i jej brak dostępu do konta interesuje mnie tyle samo co wczorajsza promocja cytryn w kieleckim Tesco. Kiedy doszła do nas odpowiedzieliśmy, że między innymi chcemy wymienić karty, żeby mieć darmowy dostęp do bankomatów. O reszcie problemów postanowiłam nie informować jej na forum publicznym. Warknęła, że kart się nie wymienia tylko anuluje opłaty bankomatowe… OK. Prosta jestem. Nie znam się. W końcu nie każdy musi być mądry. Ale tak nam powiedział konsultant na infolinii. To on zasugerował zmianę kart, bo za obsługę konta płacimy zamiast 6 zł – 16zł więc podobno jest to „w pakiecie.” Jedyny mankament tej operacji to osobista wizyta w siedzibie banku. Ale skoro pani wie lepiej od konsultanta to nie wnosiłam sprzeciwu. Czekaliśmy nadal jak łosie na swoją kolej. W końcu nadeszła wiekopomna chwila! Usiedliśmy przed panią dzierżąc w dłoniach dokumenty tożsamości. Pańcia po wprowadzeniu naszych danych w system popatrzyła na nas z wyższością i powiedziała
 - „Ale ja was nie mogę obsłużyć”
Zagotowałam się. A to niby dlaczego? Bo za krótko czekaliśmy? Bo już dwie osoby przed nami skapitulowały? Bo? Pani warczała dalej
-„Macie przypisaną do konta obsługę indywidualną a informacja jest widoczna na koncie internetowym”
Dostałam wytrzeszczu. No nie, po prostu nie!! Po to czekaliśmy trzy kwadranse?  Żeby się dowiedzieć, że mamy iść gdzie indziej? Że niby po 10 latach spłacaniu kredytu i jeszcze dłuższym posiadaniu konta w ich zacnej instytucji nikt nie raczył nas poinformować, że płacąc więcej za obsługę konta, nie musimy stać w kolejce? Super!! U mnie zazwyczaj uczucia wygrywają z racjonalnością, ale na szczęście tym razem rozsądek wziął górę. Miałam ochotę być taka samo miła dla Bankowej Żmii jak ona dla nas i pozostałych klientów, ale zdawałam sobie sprawę,  że jak się odezwę to wyniknie wojna a musimy to załatwić tu i teraz. Mimo sprzeciwów Pani Bankowej Żmii wymusiliśmy zaprowadzenie nas do osoby, która mogła by nas łaskawie obsłużyć i zapytałam Dużego czy docenia….Na szczęście doceniał. Oczywiście mój trud włożony w zaciśnięcie szczęk, bo jak już wspominałam nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora, nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów – miałam ochotę i wysyczeć kilka tak samo miłych słów do tej kobiety jak ona do nas... Ale musiałam odpuścić i żałuję do dziś. Poszliśmy do innej osoby. Ta widząc moje rozjuszenie i irytacje sięgającą zenitu była dla odmiany miła.
P.S. 1 Karty jednak musieliśmy wymienić.
P.S. 2. Bank nie ma jeszcze usługi obsługi indywidualnej. Mają to w planach. Pani wyprzedziła dyrekcję, ale dziękuję za jej ignorancję i niedouczenie, bo zyskaliśmy kompetentną konsultantkę, która wie trochę więcej niż jej koleżanka.

W końcu nie każdy musi być mądry. 

środa, 15 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Włoskie klimaty od kuchni


Wróciłam. To była miła odskocznia. Włochy. Lubię ten kraj. Ale moja miłość i sympatia do tego półwyspu i jego mieszkańców kończy się na częstych, ale krótkich wizytach.
Mieszkać tam na stałe?? Nigdy w życiu…Dlaczego? Ano, bo klimat w zimie bardzo wilgotny przez co odczuwalne zimno jest bardziej dokuczliwe niż u nas. Ludzie tam mieszkający to bardzo  specyficzna nacja. Serdeczna, ale pełna ignorancji. Pisałam już o nich tutaj i tutaj też. Tych ludzi albo się lubi albo nie. I nie będę się rozpisywać po raz kolejny o ich ignorancji, wadach i zaletach. Mają swoje przywary z których śmieje się cały świat, ale co by o nich nie mówić, to kuchnie mają rewelacyjną. Uwielbiam. Jest genialna. Prosta, kolorowa i pełna aromatycznych przypraw. Ich desery smakują niebiańsko,
tak róznorodnych lodów nigdy nie znajdziemy,


a owoce są pachnące i soczyste. Przez zupełnie inny klimat i inny tryb dnia i trudno się nam, Polakom przestawić.
Te kolacje jedzone po 20.00 pewnie też mają swój urok. Wymusza to na nich zarówno klimat jak i rytm dnia. Oni jedzą zupełnie inaczej niż my. Dla nich już samo jedzenie to przyjemność i okazja do spotkań ze znajomymi czy rodziną. Nie przeszkadza im  plastikowy czy papierowy „serwis obiadowy.” W naszej mentalności jest głęboko zakorzeniona celebrowania posiłków, na ładnych talerzach, zastawach….Więc jedząc z Włochami możemy spodziewać się długiego, głośnego spotkania a na stole plastikowych jednorazówek. Ich czas to pojęcie względne. I ci nielogiczni, nieprzestrzegający norm i przepisów ludzie, nie zaczną żadnej rozmowy bez kawy. Bary są na każdym rogu. 
Kawa prawdziwa, smaczna i aromatyczna. Podana dobrze, bez zbędnej otoczki, nastrojowych świeczek czy romantycznych serwetek. Jak bym chciała w Polsce wypić kawę z samego rana to pozostaje mi stacja benzynowa z zielonym słoneczkiem, bo reszta serwowanych trunków jest dla szanującego się miłośnika kawy nie do przyjęcia. Ich bary tętnią życiem od wczesnego rana. Włosi lubią jeść. Lubią zjeść dobrze i dużo. Jedzą wtedy, kiedy my zazwyczaj już wybieramy się w objęcia Morfeusza. Jeśli zobaczymy napis: ristorante, trattoria, pizzeria, osteria, taverne warto odwiedzić taki przybytek.





No, ale ich śniadania to dla mnie porażka nie do przyjęcia. Bo jak komuś, komu przez całe życie wmawia się, że to najważniejszy posiłek dnia, można zaserwować, cornetto, mizerniutkiego, słodkiego rogalika z  dużą filiżanką kawy z mlekiem? A poproś, człowieku, rano o herbatę…Potraktują to niczym egzotykę w pełnym wydaniu. W najlepszym wypadku zaordynują Ci il medicinale antidolorifico – lek przeciw bólowy. Ale u nich wszystko jest na odwrót. Samo słowo „śniadanie” znaczy po włosku to colazione. Po takim śniadaniu wcale nie głodują a w tak późnym jedzeniu nie widzą nic zdrożnego. W końcu jeśli późnym wieczorem, konsumuje się danie za daniem, popijając winem, po czym idzie się spać, nie ma możliwości, żeby rano czuć głód.  Więc skoro żaden Włoski obywatel nigdy nie idzie spać z pustym żołądkiem, nigdy nigdzie się nie spieszy, to mamy już odpowiedź skąd ten zaszczytny i chwalebny brak wrzodów w narodzie.  A może to obfite jedzenie sprawia, że Ci ludzie są tak beztroscy? Po tak ubogim śniadaniu bardzo szybko poczujemy ssanie w żołądku. No i od czego są makarony? W tej części Europy traktowane są jako wstęp, preludium albo jak nasza zupa. W każdej postaci i najlepiej z sosem pomidorowym. Co by nie mówić o tym narodzie, jak by się nie naśmiewać z ich przywar to  kuchnia jest jedyna w swoim rodzaju. Mimo, iż ich życie zaczyna się po 20.00, mimo, że w zimie wcale nie jest tam ciepło, kuchnię bardzo chętnie przeniosła bym na nasz rodzimy grunt. Smacznego…




*zdjęcia pochodzą z moich prywatnych zbiorów

piątek, 3 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Co się odwlecze....

 to nie uciecze….




Na razie „wyskoczył” mi wyjazd. A raczej wylot (a jak kocham latanie to już pisałam tutaj) i na razie wszystkie inne sprawy poszły w odstawkę. Lecimy z Dużym do Włoch na 18 urodziny siostrzenicy, chrześnicy zarazem. A, że oboje jesteśmy chrzestnymi rodzicami na odległość więc taka okazja jest warta zachodu. A obiecany cykl na pewno się ukaże tylko w terminie późniejszym. Słowo Jagi. Pozdrawiam. Arrivederci amore, ciao.

piątek, 24 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.1


Nieraz zastanawiam się dlaczego ludzie są wredni, ot tak, dla zasady? Bo sprawia im to frajdę? Są niemili dla wszystkich, bo tak lubią i już? Czują swoją wyższość jak pokażą całemu światu jak są podli i jak nienawidzą wszystkich innych człekokształtnych??Może mając 40+ i to duży plus, powinnam już mieć na tyle rozsądku i życiowej mądrości, żeby zaprzestać poszukiwań sensu ludzkiej egzystencji, bo im dłużej się nad tym będę zastanawiać tym bardziej będę musiała znienawidzić ludzki gatunek…No, może nie ludzki gatunek, ale wyselekcjonowane ludzkie żmije. Kąśliwie jadowite, wredne, często wręcz sukowate, zgorzkniałe i atakujące bez ostrzeżenia. I wcale nie musi to być werbalny atak. Nieraz wystarczy gest, jedno spojrzenie mówiące więcej niż słowotok. No i żmija nie zatruje się własnym jadem. Tylko niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że jestem jakimś ucieleśnieniem spokojności, oj….daleko mi do oazy spokoju czy krainy łagodności. Nie jestem zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. Nie jestem jak wagon pełen medytujących tybetańskich mnichów. Niestety, ale u mnie uczucia zwyciężają nad racjonalnym myśleniem.  Ponieważ sarkazm i złośliwość wyssałam z mlekiem matki, a rodzinne legendy głoszą, że wcześniej nauczyłam się mówić niż chodzić, więc mam generalną zasadę, którą łamię sporadycznie a mianowicie – nie atakuję pierwsza. Nie włażę nikomu w paradę, nie wtrącam się, nie wcinam i staram się pierwsza nie zabierać głosu w spornych sprawach. Ale niech mi ktoś nadepnie na odcisk.... to sam sobie winien.  A to wszystko dlatego, że najpierw mówię, potem zastanawiam się jakie to może mieć konsekwencje, no ale wtedy jest już za późno. I nie ważne czy to pani sprzątająca czy dyrektor w wielkiej firmie czy pani ze sklepu. Nie przebieram w słowach i nie bawię się wówczas w konwenanse. Dwa szybkie zdania, jak złapię fazę to kilka zdań więcej – i sprawa załatwiona. Jakoś tak wyszło, zupełnie niezależnie ode mnie, że natura wyposażyła mnie w rozbudowany aparat mowy, to idzie mi jak po maśle. To jest jak iskra w składzie materiałów wybuchowych,  pstryk i buuuuum!!! I już…Jak się wścieknę to zazwyczaj żałuje ten, kto zaczął ze mną słowną potyczkę. Lubię ludzi, staram się w stosunku do nich być serdeczna i nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów, ale nie mam litości do kąsających. Staram się traktować ludzi tak jak oni traktują mnie, tak jak  traktują świat i jak na to zasługują. Mój wizerunek żmij jest bardzo niesprecyzowany. Najczęściej w moich wyobrażeniach jawi się jako koścista, wysoka damulka, z nienaganną fryzurą, w dobrze dobranych okularach. Głosik piskliwy. Usta wąskie zaciśnięte…Ale to tylko mój wizerunek żmij i  godny jest ilustracji bajki dla dzieci. Często można się zdziwić. Bo pulchna pani w wieku matronalnym może być okazem żmijowatości równie dobrze jak i sucha, koścista damulka. Facetów to też się tyczy. W pluciu jadem są tak samo dobrzy jak żeńskie żmije i w tej konkurencji nie ustępują kobietom. Dlaczego i do czego te dywagacje i przydługi wstęp?  Ano jakoś tak ostatnio mam obniżoną odporność na ludzkie chamstwo i złośliwości. Składam to na karb przesilenia, braku słońca i tej wersji będę się trzymać jak niepodległości. Nie wiem kto nam wybiera ludzi, którzy zjawiają na naszej drodze i czy dzieje się to z jakiegoś powodu, ale ostatnio mam to zezowate szczęście i trafiam na różne typy żmij kąsających oczywiście płci obojga. Moja koleżanka, która jest skrzywiona w  jednym kierunku (samodoskonalenie, coaching, przyciąganie i te sprawy), twierdzi, że sama sobie jestem winna. Podobno jeśli myślę o negatywnych wydarzeniach – przyciągam negatywne wydarzenia, czyli myślisz, mówisz, masz…Nie zgadzam się z tą teorią, bo nie zakładam z góry, że ludzie są podli. To ludzie mnie uczą rozsądku i rezerwy a ja dalej jestem niereformowalna i dalej się do ludzi uśmiecham. A to, że ostatnio częściej niż normalnie, spotykam na swojej drodze żmije to pewnie dlatego, że przyroda budzi się do życia i wyłazi toto paskudztwo na powierzchnie. A, że głodne to kąsają. I teraz zapoczątkuję cykl o ludzkiej wredocie. Ludzi o słabszym systemie nerwowym uprasza się o nieregulowanie monitorów i odejście od komputerów, bo zanosi się na całą sagę o ludzkich żmijach...
cdn….


środa, 22 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Tłuste Święto Narodowe



Późny wieczór, lub wczesna noc, jak kto woli. Dziecek wpada do pokoju z radością na gębie, która nie przystoi o takiej godzinie i pyta
- jak myślisz, czy będzie nietaktem jak jutro tuż po pracy wpadnę do babci ?
Dla niewtajemniczonych: babcia słynie na pół miasta ze swoich wyrobów cukierniczych. Mamusia (tzn ja) ma  nieszczególne osiągnięcia w tej materii
- bo wiesz, tak z okazji jutrzejszego Święta Narodowego… - ciągnie swój monolog niezrażony moim milczeniem.

- w sumie jutrzejsze święto jest ważniejsze niż dzień 14-go lutego…..


Jaga na Facebook'u:



No i zapięło się

Udało mi się zakończyć przedsięwzięcie zwane uszyciem poszewek nie mając pojęcia o szyciu…I to poszewek włóczkowych nie mając pojęcia o robieniu na drutach. I najwięcej problemów sprawiło mi nie samo uszycie, bo jakoś „do przodu” potrafię szyć na maszynie, ale wykończenie i zrobienie logicznego zapięcia. I tu pomocne były podpowiedzi, bo jakoś sama nie miałam wizji. Najbardziej do gustu przypadły mi podpowiedzi Iwony Kmity - skorzystałam – przyszyłam zatrzaski


 i naszyłam duże ozdobne guziki. 


Wszystkim wielkie dzięki za inwencje twórcze 



wtorek, 14 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Konkurs - na najbardziej konstruktywne pomysły czyli POMOCY!


Na przekór całemu światu nie powiem wiele o Walentynkach. Dzień, jak każdy inny, tyle, że ozdobiony serduszkami i niestety sprawiający, że ci co nie mają szczęścia w tej materii, nie czują się w ten dzień komfortowo. Już wiem dlaczego św. Walenty to patron opętanych, epileptyków i zakochanych. Często obserwując pary mam wrażenie, że to właściwy patron i ochotę zapytać „dlaczego.” Miłość nie zawsze jest logiczna i racjonalna, ale ja i tak lubię ten dzień, bo każda okazja, w naszym zaganianym życiu, jest fajna, żeby sobie okazać więcej uczuć. Już się wypowiadałam na ten temat tu i tu więc nie będę się powtarzać. Jak ktoś ma ochotę sobie przypomnieć to zapraszam...
No i dziś, może zupełnie nie w porę, ale  chcę napisać o zupełnie czymś innym. Kilka dni temu odwiedziłam koleżankę, która nie tak dawno zrobiła remont. Później drobna zmiana wystroju wnętrza, małe przemeblowanie i dorzucenie kilku drobiazgów w świeżo pomalowanym pokoju. No i dom jak nowy! Jak ja uwielbiam remonty. Ale najbardziej zachwyciły mnie poduszki. Własnoręcznie wydziergała poszewki, na drutach, wyglądały tak ciepło, tak miło, że aż się chciało takie mieć. Ale jestem totalnym antytalentem jak chodzi o dzierganie czegokolwiek na czymkolwiek – ale powtarzam: no trudno – nie można być idealnym w każdej dziedzinie. Poduszki nie dawały mi spokoju, aż wreszcie znalazłam sposób, żeby sobie takie zrobić nie dotykając drutów ani włóczki. Nie mając pojęcia o trzymaniu drutów, nie rozróżniająca oczka prawego od lewego i ryżu od ściegu angielskiego zrobiłam poszewkę. Mam i ja! 



Jak? Ano w bardzo prosty sposób. Jak ktoś zgadnie to brawo a jak ktoś będzie chciał wiedzieć to powiem...Tylko teraz jest jeden problem. Mianowicie nie mam bladego pojęcia jak zrobić zapinanie do poszewek. Chcę, żeby była możliwość wymiany. Nie mam pojęcia jak się do tego zabrać.
Nie potrafię szyć!! Żadne wszywanie zamków błyskawicznych ani nabijanie kapsli i nap nie wchodzi w rachubę. Guziki też się nie sprawdzą – nie da się zrobić dziurek.
No i tu pytanie konkursowe….
Jakie zapinanie mam zrobić do poszewek?



Najbardziej pomysłowe i zarazem praktyczne odpowiedzi, które będę mogła wykorzystać będą nagrodzone. I to wcale nie w niebie albo w drugim życiu. Nagroda będzie, czego nie. Do wygrania: świeczki żelowe produkcji Jagi. Termin upływa w najbliższą sobotę. Ogłoszenie werdyktu 21 lutego.  


środa, 8 lutego 2017

Jaga na Facebook'u:



Zwierzętom też się coś od życia należy



O moim ulubionym sklepie internetowym Krakvet i o jego zaletach już pisałam tutaj. Teraz sklep, zapewne żeby umilić moim kocim futrom zimowy marazm, przysłał przysmaki. Ale, żeby psica rasy owczarek niemiecki nie czuła się pokrzywdzona przez los też załapała się na testy psich przysmaków. A może było na odwrót, kto to wie?

Przysmakisą naturalne a co za tym idzie w składzie dominuje mięso. Tak też przysmaki w większości mają w składzie bardzo dużą zawartość mięsa powyżej 95 %. Przysmaki smakowały zarówno kotom jak i psu, mimo, że pies należy do wysokogatunkowej rasy niejadków.




Często zdarzało się, że psi smakołyk leżał na posłaniu kilka dni, koty zrobiły sobie z niego zabawkę do turlania po podłodze (najlepiej o 3.00 rano) a na koniec lądował w koszu na śmieci. Zapach przysmaków też nie przyprawia o odruch wymiotny, no nie jest to jakiś oszałamiający bukiet zapachowy, ale umówmy się, że jest znośny. Opakowanie nie przekombinowane, normalne, z wygodnym żyłkowym, szczelnym zamknięciem.
Mankamenty? Ponieważ produkt jest naturalny i składa się z mięsa a nie z całej tablicy Mendelejewa, po otwarciu należy go przechowywać w lodówce, ale nie dłużej niż 48 godzin. Ze względu na zawartość białka szczęście trzeba dozować. Wolno podawać tylko do 10 sztuk przysmaku dziennie. Więc większe opakowanie będzie po prostu nieekonomiczne i trzeba będzie wyrzucić pozostałą zawartości opakowania. Nie wiem czy będą dostępne mniejsze opakowania, ale w takim przypadku sprawdziły by się małe saszetki. Reszta bez zarzutu. I kto powiedział, że koty czy psy nie mogą się dobrze odżywiać? Zachęcam do kupna, bo skoro moje zwierzaki, nie przepadające za tego typu przekąskami, tak chętnie się raczyły zawartością opakowań, to chyba nie będzie zwierzaka, któremu to nie będzie smakować. 




czwartek, 19 stycznia 2017

Jaga na Facebook'u:



Mezalians*


Dzień przed wigilią. Nogi już dawno wlazły mi w miejsce, popularnie zwane tyłkiem. Wyciągnęłam na chwilę obolałe kości na kanapie mając w perspektywie dalsze szaleństwa w kuchni. Delektując się chwilą ciszy od bulgotu kuchni i ciesząc się perspektywą 15 minutowego odpoczynku z niechęcią popatrzyłam na dzwoniący telefon….Uffff, to „tylko” koleżanka, pewnie znów chce jakiś przepis mojej mamy, którą zna i też tak jak ja, podziwia za talent kulinarno-cukierniczy. Odebrałam. Zamiast radosnego głosu dotarły do mojej świadomości strzępki zdań, przerywane żałosnym łkaniem. Chwilę trwał ten stan zanim udało mi się wyłapać kilka chaotycznych słów. Powtarzała: „uderzył mnie”, „nie wiem co dalej”  „co ja mam robić….” A ja niby skąd mam to wiedzieć, do cholery….Uderzył....uderzył...Dzwoni w głowie tak, że aż boli...Gonitwa myśli, a w głowie i tak pustka, taka wielka czarna dziura i ja, która zawsze wiem co powiedzieć, ale w tej chwili nie mam pojęcia jakich słów użyć. Cokolwiek w tej sytuacji powiem to wszystko zabrzmi głupio i pretensjonalnie. Wydusiłam tylko z siebie, że mi przykro. I tak mam zostawić koleżankę? Jednym zdaniem „przykro mi” załatwię wszystko? To jej trochę pomogłam… Pomocna ze mnie dusza jak cholera. Jestem rozżalona i wściekła tak, że ręce zaciskają mi się w pięści. Co za drań gnojek i bydlak!!! Po co on zakładał rodzinę, po co się żenił, po co zawracał jej głowę, po co, po co…Kotłujące się myśli rozsadzają mi czaszkę. Co jej mam powiedzieć? Co doradzić? A ich wspólne życie zapowiadało się tak dobrze, tak szczęśliwie. I tak niedawno, dosłownie kilka lat temu, w dzień podobny do dzisiejszego, mroźny, śnieżny i zimowy brali ślub. Bawiłam się na ich weselu…



Nawet poprosili mnie, żebym, jako bliska koleżanka, uczestniczyła z nimi w ślubnej sesji. Jako pierwsza dowiedziałam się że urodziła się im pierworodna córka, później byłam informowana o kolejnych ciążach. Jej marzeniem, jako jedynaczki, od zawsze była duża rodzina. Bardzo duża. I wydawało by się, że jej marzenia się spełniają. W ciągu zaledwie 6 lat „dorobili się” już czwórki dzieci. Najstarsze z dzieci ma prawie 6 lat, najmłodsze jeszcze nie chodzi. Ona pracująca w lukratywnym zawodzie, on na bardzo eksponowanym stanowisku i zarabiający tyle, że cyferki z wypłaty na koncie musi liczyć na palcach, a zwykły zjadacz chleba takich sum nie ogląda przez większość życia.   Ale nie wszystko wyglądało pięknie jak na reklamie płatków kukurydzianych. Niczym w baśni o złej królowej szybko pojawiła się rysa, która robiła się coraz głębsza. Okazało się, że królowa matka doszła szybko do wniosku, że nie o takiej synowej marzyła dla prawie 40-letniego synalka. Dzielnie jej sekundowała i podtrzymywała ją w chorych urojeniach, córeczka, tu jedyna siostra księcia, która mimo osiągnięcia ponad półwiecza życia, nadal nie znalazła sobie kandydata godnego swojej osoby. No i zaczęło się od utyskiwań na ich plany dotyczące prokreacji, że niby po cholerę im tyle dzieci, że hałas, bałagan a już najbardziej w uporządkowanym życiu królowej matki. Że jak przyjeżdżają w odwiedziny to tylko krzyki dzieci, płacze i pieluchy…Że przeprowadzili by się bliżej, bo 120 km w jedną stronę jechać po to, żeby tylko chwilę syneczka zobaczyć, to absurd w najczystszej postaci. No a później królowa matka poszła o krok dalej. Synowa zaczęła jej przeszkadzać w tak rzadkich spotkaniach z synusiem, którego, jak to określiła, złapała na dziecko, więc książę zadecydował, że swoją mamunię i siostrunię będzie sam nawiedzał. I nie ważne, że to jest to akurat czas świąt czy innych uroczystości, które zwykło się spędzać z najbliższą rodziną. Więc się dostosował. Spędzał. Pakował dzieci do fotelików i krzesełek, zabierał nawet zapas pieluch, zostawiając swoją żonę, często ciężarną, samą. Charakter pracy nie zezwalał na częste wizyty nawet w domu, w którym żyła i mieszkała jego żona z dziećmi. W końcu ona wiedziała za kogo wychodzi i sama chciała mieć dużo dzieci. A on jeszcze ten okrojony czas, dzielił z mamusią i siostrą. Wracał z domu rodzinnego nabuzowany, kipiąc jadem, złośliwościami i nienawiścią, inspirowany przez swoje rodzime kobiety, genialnymi pomysłami na życie. Jak była w którejś z kolejnych ciąż książę wymyślił (?) żeby przeprowadzić rozdzielność majątkową. W razie, gdyby nie chciała się zgodzić, zagroził jej rozwodem. Bo, że niby ona chce roztrwonić jego majątek, jego krwawicę. Bo pracować cały czas nie może, bo dzieci się zachciało rodzić. Więc, tak na wszelki wypadek, mamusia doradziła, żeby dom przepisał na bliską kuzynkę, która bliższa jego sercu niźli koszula. A to znowu, żeby nową, wypasioną brykę zarejestrował w ich rodzinnej mieścinie czyniąc z mamusi i siostruni współwłaścicielki. I co wyjazd do rodzinnego gniazda żmij było gorzej, smutniej i bardziej beznadziejnie.
Moja koleżanka, do tej pory zachłyśnięta swoim późnym małżeńskim szczęściem, zaczęła się żalić. Zobaczyła, że jej bożyszcze, jej książę nie jest taki cudowny i wyśniony, tylko, że to nie mający własnego zdania maminsynek. Zdarzało się jej popłakiwać w samotności, dzwonić i po prostu prosić o towarzystwo…Jak widziałam jego zacne lico, coś się we mnie buntowało.  Ale starałam się jej nie mówić o swoich wątpliwościach, bo do pewnych rzeczy lepiej dojść samemu...On za to na pozór bardzo elokwentny i miły dla odwiedzających ją koleżanek, ale na pozór…Przy wizytach dało się wyczuć chłód i rezerwę. Bywało że grzecznie acz chłodno wyprosił ze „swojego domu” którąś z jej przyjaciółek czy kuzynek. I tym sposobem jej liczne grono znajomych i przyjaciółek zaczęło się sukcesywnie wykruszać, aż zmniejszyło się do dwóch koleżanek. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, co jeden powrót do domu, było gorzej i bardziej dramatycznie. Facet na świeczniku, cieszący się ogólnym szacunkiem, popularny i często rozpoznawany na ulicy, znany i uważany w swoim środowisku za autorytet….I co? Po kolejnej wizycie u mamusi nie wytrzymał presji i jej oczekiwań co do jego rodziny? Musiał uderzyć? A co będzie dalej? Bo przecież jak uderzył pierwszy raz to nie będzie mieć oporów, żeby to zrobić po raz kolejny. Co z dziećmi? Co ma robić osoba, której świat, niczym rozbita szklanka, rozpada się na setki kawałków? Co z jej nadziejami i marzeniami o wspaniałej rodzinie? Bo faceta z klasą poznaje się nie po tym jak zaczyna ale jak kończy?  No, ale grunt, żeby mamusia była zadowolona. Reszta niech się dostosuje a jak nie chce się dostosować, to zaliczy dwa razy w pysk i też się dostosuje…





* Mezalians (fr. mésalliance) – małżeństwo z osobą niższego stanu np. szlachcica z chłopką. Było uważane za małżeństwo nierówne, nieodpowiednie i niestosowne. Dzisiaj pojęcie bywa używane w odniesieniu do związku osób różniących się wykształceniem lub statusem materialnym, niestosowne małżeństwo, skandal.

niedziela, 8 stycznia 2017

Jaga na Facebook'u:



Całe życie z wariatami odc.2 ostatni




Wiedziałam, że tak będzie i że nie będę mieć czasu, żeby usiąść w ferworze zamieszania świątecznego, napisać kilka rozsądnych słów czy nawet odpowiedzieć na komentarze, ale tak wybrałam. Tak chciałam. Tak miałam. Święta takie jakie mi się marzyły. Nie w tropikach, nie na Ibizie, nie na tropikalnych wyspach. Ale w naszym domu. Właśnie zakończyłam świąteczny czas. Wyjechali ostatni goście, dom zaczyna żyć starym rytmem. Przedświąteczne przygotowania mają swój urok. To nie natłok prac w kuchni i świąteczne porządki doprowadziły mnie to tak absurdalnych pomysłów. Mimo, że w złości i w zmęczeniu zdarzało mi się bredzić jak Piekarski na mękach to nie wyobrażam sobie innych świąt. Świetnie sobie radzę ze smażeniem karpia czy pozostałymi, tradycyjnymi, dwunastoma wigilijnymi dniami. Byłam w stanie tak się zorganizować, żeby do zatłoczonych sklepów nie wchodzić już kilka dni przed Wigilią i żeby poza wigilijną kolacją upiec dodatkowo kilka chlebów, makowca i ugotować kompot z suszonych owoców. Zgadnie z zaleceniami uczonych w piśmie przygotowania do świąt zaczęłam dużo wcześniej. Znalazłam chętną do pomocy w lepieniu pierogów już w poniedziałek, bo od czego są zamrażarki? Mama dostała za zadanie zrobienie wigilijnych gołąbków, które dla mnie do dziś stanowią problem, bratowa zrobiła piękne uszka a reszta dań to już drobiazg… I to nie o tą stronę przedświątecznego obłędu mi chodziło. Do szału mnie doprowadza ludzkie zakłamanie, fałsz i obłuda. Odnoszę nieraz wrażenie, że niektórzy żyją tylko po to, żeby robić na złość innym. Żeby komuś dokopać, szczególnie jak ten inny jest  w pozycji leżącej. Bo to takie ekscytujące i ludzkie mieć wrażenie wyższości. To właśnie ta strona świąt jest tak przeze mnie znienawidzona. Ludzie, którzy powinni być pomocni, bliscy i serdeczni - kipią jadem i nienawiścią. I po co? Tylko po to, żeby pokazać swoją przewagę nad resztą świata? Żeby poczuć się lepiej? Bo tak i już? Nie znajdę na to pytanie odpowiedzi…i jak mam być szczera to chyba już nawet nie chce mi się szukać. Ja wiem, że to nie opowieść wigilijna i filmowego „happy endu” nie będzie, ale po co zatruwać innym życie?
W pozostałych  aspektach przygotowań do świąt i samych świąt jestem tradycjonalistką do bólu. Nie ukrywam, że miałam ochotę nie raz i nie dwa w ferworze  świątecznych przygotowań rzucić tym wszystkim w diabły żeby nie patrzeć na wykrzywione twarze w grymasie nienawiści do całego świata. Wyjechać i co dalej? Zostawić rodziców, którzy mają już swoje lata, ale do dziś nie odmówią pomocy? Ojca, który na hasło malowanie, już następnego dnia o 7.30 puka do drzwi obładowany puszkami farb, barwnikami i drabiną malarską? Ojca, który ma 77 lat, ale nigdy mi nie powiedział, że jest zmęczony moimi pomysłami i remontami? Mamę, która zawsze upiecze coś słodkiego na wszystkie imieniny, urodziny czy inne rodzinne spędy, bo wie, że wszyscy uwielbiają jej wypieki i nikt nawet sobie nie pomyśli, żeby iść i kupić coś gotowego w pobliskiej cukierni? Brata, który w razie potrzeby przyjedzie z drugiego końca miasta zmienić mi koło, bo akurat złapałam kapcia i nie powie, że jest zmęczony po pracy?  Drugiego brata, który mimo, ze notorycznie, wszędzie i wiecznie się spóźnia w razie potrzeby ściągnął by przysłowiową ostatnią koszulę, żeby ją oddać? Czy siostrę, z którą się widzę nie więcej niż raz na rok, ale mam  z nią codzienny kontakt i wiem, że to ja, w jej niełatwym życiu, w obcym kraju, jestem oparciem w najtrudniejszych dla niej chwilach? Jak mam zostawić najbliższych, którzy na co dzień nie raz doprowadzali mnie do białej gorączki, ale czekający na ten dzień przez tyle czasu, żebyśmy chociaż w ten dzień mogli się spotkać wszyscy? Każdy z nas ma swoje rodziny, swoje problemy, swoje życie, ale dobrze jest uczestniczyć w nim choć trochę, żeby dawać przykład naszym dzieciom, jak nie należy spędzać świąt. Kiedyś to będzie ich rola, kiedyś to one przejmą nasze tradycje. Żeby kiedyś i one mimo silnej pokusy, nawet nie myślały o spędzaniu świąt na Dominikanie. Bo w końcu po to jest rodzina, prawda? 



 Żeby drażniła, żeby wkurzała, żeby doprowadzała do piany, żeby było się z kim kłócić na co dzień, ale żeby w razie potrzeby można było na nich liczyć i żeby to właśnie z nimi można było usiąść do wspólnego wigilijnego stołu i nie myśleć o świętach z obrzydzeniem. To się nazywa rodzina...I nie wyobrażam sobie jak mogła bym wyjechać w święta i zostawić całe to wariactwo – nie tęskniła bym tylko za tymi, którzy mnie nie chcą oglądać mimo, że muszą i na każdym kroku udowadniają, że nie mają najmniejszej ochoty na oglądanie mojej, zazwyczaj, roześmianej facjaty. Jakoś będę musiała żyć ze świadomością, że nie każdy chce być miły i nie każdy chce, żebym uczestniczyła w życiu innych. Ale trudno.  No i będę musiała żyć ze świadomością, że we wszechświecie są istoty, które mnie nie znoszą. W końcu nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili. Tylko ile życie było by prostsze gdybyśmy potrafili rozmawiać. Ale trudno.  Dam radę. W końcu Jaga to ja... Oby do wiosny…   


                                                                                        Koniec