poniedziałek, 16 października 2017

Jaga na Facebook'u:



Śpiąca czy kpiąca królewna


Nie tak dawno i nie tak daleko…żyła sobie ona i żył on. Pokręcony, wredny los postanowił połączyć ich drogi a oni postanowili połączyć swoje losy. Mimo, że wszyscy szeptali „pomyślcie” „zastanówcie się” oni krzyczeli, że są dla siebie stworzeni. Więc zaczęli życie we dwoje. W normalnych bajkach powinno być zakończenie „żyli długo i szczęśliwie”, ale życie to nie jest bajka, zakończyła się sielanka, zaczęła się szara rzeczywistość. Ale wydawało się, że im nic nie przeszkadza, ani szara rzeczywistość ani brak pracy, ani środków do życia czy chęci do ich zdobycia. Bo od czego wokół dobre dusze nie mogące patrzeć na to, jak oni w głodzie i chłodzie…tym bardziej, że książęcej parze zachciało się przydłużać książęcy ród. Pojawili się potomkowie. Czas płyną a książęca para nie zamierzała niczego zmieniać, bo tak było wygodnie. Księżniczka nie dociekała skąd książę brał dobra doczesne, w końcu od tego byli wszyscy wokół. Zresztą ona była zajęta wychowywaniem i edukacją królewiątek oraz inwestowaniem w swój duchowy rozwój. Kto by się przejmował odłączeniem prądu czy komornikiem u wrót. W końcu był jeszcze król i królowa, którzy nie wiedząc czemu, czuli się odpowiedzialni za zaistniałą sytuację. Po cichu, by nie drażnić księżniczki, podtykali księciu zapłacone rachunki, całe torby wiktuałów różnych, alby księżniczce głód do zadka nie zaglądał czy kolejne zakupione pomoce naukowe dla królewiątek. A ten nie uznawał za stosowne informować o pomocy króla i królowej. Zresztą po co kłopotać było piękną główkę księżniczki i tak bardzo zajętej czytaniem kolejnego romansidła…Nieraz, ktoś z należących do królewskiego rodu, nieśmiało próbował oponować i buntować królewską parę, ale próżny trud, daremne żale. Król i królowa byli nieprzejednani i nie pozwalali denerwować księżniczki. Bo przecież księżniczka życia łatwego nie ma, bo matka księżniczki wyrzekła się jej wydziedziczając i wyrzucając niemalże na bruk ze swojego rodzinnego królestwa. Więc nikt nie śmiał psuć nastroju księżniczki. I tak miło mijał czas. Aż pojawiła się zła wiedźma, trąciła swoim paluchem i namieszała w kociołku niczym cyganka w tobołku. Okazało się, że bajka się skończyła niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Księżniczka się obudziła. Nagle się okazało, że nie wiedziała nic o realiach życia i świata. No bo skąd. Przecież spała. Nagle się okazało, że księżniczce zaczął przeszkadzać brak stabilności. Nagle księżniczkę zaczęło wszystko denerwować. Nagle księżniczka z dobrze wychowanej, słodkiej, uroczej i miłej dziewczyny zmieniła się w kapiącą jadem i nienawiścią do całego świata, babę winiącą za zaistniały stan królową, że ta nie zapisała jej wcześniej połowy królestwa w dowód wdzięczności za trud i poświęcenie się w roli jej synowej. Z księżniczki pozbawionej zaszczytnego miana, wylazło zgorzkniałe, wredne babsko, potrafiące kląć lepiej niż nadworny szewc i odgrażającej się całemu plebsowi, co ona im to nie narobi i czego to oni nie pożałują i gdzie ona to nie wyjedzie wlokąc swoje książątka ze sobą. Nagle z księżniczki śpiącej na ziarnku grochu wylazło gruboskórne, wulgarne, odrażające i chamowate stworzenie niszczące i miażdżące uczucia wszystkich wokół. Jakoś nagle za nic miała tyluletnie poświęcenie króla i królowej roszcząc sobie prawa, nie do połowy królestwa, ale do całości. Na nic zdały się wojny wypowiedziane przez królową ościennym ludom w obronie czci i honoru księżniczki. Bo księżniczka się obudziła niczym niedźwiedź ze snu zimowego, tylko ona w swoim stanie trwała na tyle długo, że królewiątka niebawem uzyskają pełnoletność, król i królowa stracili zdrowie i majątek a z czasem i życie...Księżniczka obudzona ze snu kilkunastoletniego zachowuje się jak by cały świat był winien, że jej stan trwał tak długo.  
Morał z tej bajki? Takim to dobrze. Bo jeśli masz w dupie cały świat i pół Ameryki przez długie lata a żyjesz na cudzy koszt udając, że tego nie widzisz, bo tak ci jest wygodnie, po przebudzeniu nie dziw się, że świat nie spał razem z tobą. 





wtorek, 10 października 2017

Jaga na Facebook'u:



Nie wstanę-tak mi dobrze



Przyszedł taki moment w moim życiu, że trafiłam na kłody, sypnięte pod nogi i to w hurtowych ilościach. Byłam bez szans, musiałam się wywrócić. I tak sobie leżę, zastanawiając się czy warto wstawać. Chwilami czuję się jak bezmyślny turysta, który mimo ostrzeżeń polazł w góry i został przysypany przez lawinę. Tylko jakoś, ni cholery, nie widzę bernardyna ze zbawienną beczułką rumu przy szyi. Żaden twórczy smutek mnie nie dopadł. Na razie jedyne co widzę, to tylko dno, beznadzieję, trochę mułu i wodorosty. Ile razy można się potykać i rozwalać sobie fasadę? Jeszcze nie tak dawno jedynym moim problemem było parę kilogramów nadwagi i to, że mnie nie znosi teściowa, ale teraz niewiele mnie to obchodzi. A swoją drogą to dziwne jak szybko przewartościował mi się świat…Nie wiem jak mam się zebrać do kupy. Średnio mi idzie, bo czuję się  jak szklanka, która spadła z wysokości  blatu na kuchenne płytki i rozsypała się na wiele kawałków. Teoretycznie można poskładać i posklejać, ale po co? I tak mimo najszczerszych chęci i niezłych umiejętności w składaniu,  braknie jakiegoś kawałka. Acha, i ta szklanka nigdy już nie będzie taka sama. Zawsze jej będzie czegoś brakować. I ja też już nigdy nie będę taka sama. Nie wiem jak długo jeszcze potrwa ten stan. Zawsze będzie mi brakowało wsparcia i krytyki mamy, która miała być zawsze i wydawało mi się, że była wieczna  i  ze stali. Tak jak wydawało mi się, że ludzie nie są w stanie mnie już niczym zaskoczyć. A tu taka niespodzianka. Ci, którzy wcale nie musieli, tylko chcieli po prostu posłuchać mojego biadolenia i wylewania żali wiedzą jak trudno jest słuchać. I słuchali, chociaż nie musieli. A ludzie od których spodziewałam się wsparcia, bo łączyły mnie z nimi więzy krwi, jasno dali mi do zrozumienia, gdzie mają moją żałobę i żal po stracie, każąc mi dochodzić swoich praw w sądzie. Celowo napisałam to w czasie przeszłym... łączyły... mam gdzieś takie pokrewieństwo. wypisałam się z ich rodziny. Szkoda mi czasu na opisywanie rodzinnego gniazda żmij, ale mama była by w szoku, że jej najbliższa osoba, jedyna siostra, 24 godzin po jej pogrzebie kazała mam spadać...no dobra. Tak zrobiłam mając nadzieję, że kiedyś  się zachłyśnie swoimi decyzjami. I oby się krztusząc nie udusiła, bo może się okazać że nie będzie jej miał kto ratować a nawet po plecach poklepać. A ja mam coraz większy problem z rozdzieleniem dobra od zła i połapania się o co chodzi ludziom i dlaczego celowo zatruwają życie innym czerpiąc z tego dziką radość. 

poniedziałek, 4 września 2017

Jaga na Facebook'u:



Bez tytułu...


Na stoliku nocnym została szklanka wypełniona do połową wodą, nie doczytana książka z zakładką, chyba  gdzieś w połowie, zmięta chusteczka i kilka tabletek przeciwbólowych. Nikt nie odważył się czegokolwiek przestawić, usunąć, jak by to miało coś zmienić, jak byśmy wiedzieli, że sprzątając rzeczy z Jej pokoju będziemy musieli pożegnać się z Nią na zawsze. To nie tak miało być…Miała skończyć wyszywanie mojego obrusa haftem Richelieu, który ja zaczęłam, ale leżał u mnie 15 lat, bo mi brakło cierpliwości. Obiecała. Miała podać mi przepis na sałatkę, którą zrobiła w czerwcu na imieniny ojca. Obiecała. Miała skończyć sweter na drutach. Obiecała. Miała rzucić palenie. Obiecała.…Obiecała i nie dotrzymała słowa. To zupełnie nie w jej stylu. Zawsze była słowna i tego samego wymagała od innych. Zostawiła tyle niezakończonych spraw, tyle planów, tyle pomysłów. I tyle nie używanych kosmetyków, które miały być "na później." Teraz już nie ma dla niej żadnego PÓŹNIEJ. Pozostał tylko bolesny ucisk w gardle i  ukradkiem ocierane łzy. Mam pretensje do świata i życia. Do świata, że istnieje nadal, mimo że Jej już nie ma. Do życia, że bezpardonowo toczy się dalej, swoją prędkością, jak by nic się nie stało... to nie jest w porządku. Patrzę z przerażeniem na ojca, którego przez 3 tygodnie ubyło chyba z 10 kg, który jak został sam powiedział, że jedno umiera, drugie przestaje żyć.... za rok by obchodzili 50 rocznicę ślubu... Patrzę na siostrę, która w 3 tygodnie  posiwiała, na braci, którzy zastanawiają się co z nami teraz będzie. jak będziemy funkcjonować bez Niej. Była przecież z nami od zawsze. Nie była aniołem. Była surowym sędzią i krytykiem.  Potrafiła dopiec tak bardzo, że brakowało argumentów, ale była zawsze, gdy była potrzebna jej pomoc.  Dzwoniłam, jechałam…To Ona sklejała rodzinę, Ona trzymała nas w całości. Dlaczego nie mogę płakać? Kto powiedział, że to zawsze ja muszę być twarda? Przecież i tak rozpadłam się na milion kawałków, składam się jak potrafię, ale tak bardzo bym chciała móc się rozkleić. usiąść i płakać płakać, płakać .. Tylko boję się że jak sobie pozwolę na ten luksus, to nigdy nie przestanę. Podobno z czasem będzie mniej boleć. Tylko jaki to ma być czas? I kto powiedział, że mając tyle lat, ile mam, nie wypada mi płakać z tęsknoty za Mamą…. 


poniedziałek, 24 lipca 2017

Jaga na Facebook'u:



Wina leży po ich stronie



Dawno nie narzekałam na facetów? No dobra, z powodu przedłużających się remontów i braku słowności fachowej siły malarskiej mam niską tolerancję na irytujący czynnik męski.

Uwielbiam czekoladę, uwielbiam ją nad życie. Inne słodycze też kocham. Ale z powodu ich silnie alergizujących właściwości zmuszona jestem do ograniczania. Alergia objawia się silną opuchlizną, szczególnie w okolicach bioder i  klatki piersiowej oraz ogólną niemożliwością wbicia się w ciuchy z poprzedniego sezonu. Więc opuchlizna ogólna zagraża mojemu jestestwu. No bo cukier nie taki, bo kardiolog przy kolejnej kontroli i stwierdzonej  nadwadze znów paluszkiem pogrozi i tabletki do łykania zaordynuje. Więc cóż. Ograniczam. Ale wiadomo, że nieraz trzeba małymi dawkami się uodparniać. No dobra, poniosło mnie z tymi małymi dawkami. Są i większe porcje, bo ja lubię….ryzyko wystąpienia alergii. Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu. Wtedy do akcji wkraczają moi domownicy, którzy są lepsi od dietetyków. Strażnicy moich kilogramów. Obrońcy z urzędu. Ochroniarze przed wredotą kalorii. Oni. Czyli faceci – domowi dietetycy. Kiedy słyszę „nie jedz tyle tej czekolady” to budzą się we mnie instynkty mordercze. A w sumie to chcę pochłonąć jeszcze trochę, więcej, całą górę czekolady. Moja wada, a może i zaleta(?) – działam pod wpływem chwili, czyli chcę to jem, nie chcę to nie jem. Oczywiście, więcej i częściej „chcę”, mimo, że powinnam się pilnować, walczę, ale to nie jest powód, żeby mi przypominać przy każdym kęsie czegoś słodkiego, że poniosłam sromotną klęskę. Dostaję szału, wściekam się i do życia budzą się inne stosunki społeczne oparte na wzajemnej wrogości. Niemalże jak wendeta.
Coś ze mną jest nie halo, tylko dlatego, że potrafię po otwarciu wsiorbać całą czekoladę? Albo dwie? Że nie mam umiaru? Że dopóki się nie skończy to ja się nie poddam? Że paczka ciastek nie jest w stanie mnie zasłodzić czy zamulić na dłużej niż 5 minut? Jak ja nie znoszę moich facetów w roli dietetyków!!!  Jedno jest pewne!! To oni muszą nauczyć się samokontroli i nie zostawiać na wierzchu słodyczy, czekolad, stada krówek czy innych uwielbianych przeze mnie grzesznych i tuczących przysmaków. Bo przecież to ich wina, że ja nie panuję nad odruchami i zjadam tak dużo słodyczy. 

niedziela, 2 lipca 2017

Jaga na Facebook'u:



Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest celowe...


Zanim powiesz i napiszesz, jaka jestem beznadziejna i jak brzydko wypowiadam się o rozwydrzonych bachorach i ich wymóżdżonych mamusiach, odpowiedz mi na pytanie: Lubisz jak ktoś rzuca w Ciebie kamieniami?Bo ja nie...No a jeśli ktoś chce zrobić krzywdę mojej psicy dostaję piany większej niż ona. Nasze domostwo stoi na trasie przelotowej niewielkiej ilości dzieci wracających ze szkoły. Powtarzam: DZIECI. Niektórych dzieci. Wykluczam bachory, angory i inne pomioty, które matka z ojcem chowają zamiast wychowywać. Nie tak dawno wredny angor, w ramach walki z nudą, rzucał kamieniami w naszą siatkę podskakując przy tym  jak debilasta  marionetka z ADHD wydając dźwięki niczym najgłupsza gra komputerowa. Mamuśka z gębą osadzoną w smartfonie brzuchem popychała wózek z mniejszą latoroślą. Zero reakcji. Szlag troisty mnie trafił, bo w końcu to moja psica, moje ogrodzenie więc po cholerę gnojek to robił? Bo nie wiedział, że nie wolno? Bo fajnie drażnić zwierzęta? Bo chce wyrosnąć na psychopatę? Ale, z drugiej strony, skąd ma wiedzieć, że zwierząt się nie krzywdzi, skoro rodzice nie kupili jeszcze smarfonika, a w szkole nie było jeszcze takiego tematu na lekcji. Mamusia nie wyglądała na taką, która potrafiła by komukolwiek cokolwiek wytłumaczyć…Moje próby nawiązania kontaktu wzrokowego czy werbalnego z dawczynią życia małego głupka spełzła na niczym. Poinformowałam ją, że takie zachowanie jest karalne i zadzwonię na policję, ale odpowiedź matki wyrwała mnie z butów. Pańcia odrzekła, że „takiego psa” należy trzymać na łańcuchu. Nie bardzo wiedziałam, co ma na myśli, sycząc „takiego.” Takiego, co szczeka, bo bezmyślne tłumoki rzucające kamieniami w siatkę, prowokując stworzenie, które pilnuje swojego terenu? Takiego, który jest za ogrodzeniem? Takiego, który śpi w domu, bo jest domownikiem a nie ruchomym celem dla jakiegoś debila? Oczywiście nie oparłam się pokusie, żeby nie odpowiedzieć,że takie matki z takimi dziećmi powinny siedzieć w boksie 2x2 w kagańcu i z kolczatką, ale mamusia roku nadal nie reagowała na zachowanie synusia. Ten radośnie rzucał kamieniami ciesząc się jak niespełna rozumu pacjent oddziału psychiatrycznego.
Nie wytrzymałam, informując gnojka, żeby przestał rzucać kamieniami w mojego psa
Zero reakcji.
Ani mamusi ani bachora. Więc powtórzyłam to podniesionym głosem…
W końcu drę się do głuchego kretyna warcząc głośniej niż moja psica
- w mamusię rzuć bohaterze, dlaczego rzucasz w mojego psa ?
I, uwaga!!! Tu konsternacja. Zarówno mamusi jak i bachora. Na chwilę się zatrzymali i mamusia odciągając twarzoczaszkę od telefonu, łaskawie obdarzyła mnie pogardliwym spojrzeniem i rzekła:
- no chyba jest jakaś różnica między mną a psem – a ponieważ tu dramatycznie zawiesiła głos, aby wziąć wdech wpadłam jej w słowo
- O, tak, jest różnica, bardzo duża różnica, mój pies jest mądrzejszy...




P.S. Jeśli słyszę histeryczny ton dziennikarza „PIES znowu POGRYZŁ DZIECKO” to od razu widzę w/w scenkę. A dziecięciu z opowiadania, opartego, niestety, na faktach z mojego życia, oraz jego mamusi, z całego serca życzę, aby kiedyś podczas takich zabaw trafili na niekompletne ogrodzenie albo na właściciela mniej cierpliwego niż ja i może zacznie rzucać kamieniami tylko w nich…

Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności: (…) złośliwe straszenie lub drażnienie zwierząt.


niedziela, 25 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Kurier i Sendello



Nie znoszę stacjonarnych zakupów. Łażenie po galeriach, sklepach, przepychanie się przez tłum? Nie, to nie dla mnie. Szkoda czasu. Ale nieraz potrzeba coś kupić. I tu z pomocą przychodzi Internet. Uwielbiam tą formę zakupów. Nie dość że szybko, to jeszcze z dostawą pod drzwi. Jedyny mankament takich zakupów to niemożność dotknięcia. No i zdarza się nietrafiony zakup. Ale kupujący ma prawo w ciągu 14 dni zwrócić towar. Jeszcze do niedawna wysłanie paczki było stresującym zajęciem i graniczyło z cudem – i to z drogim cudem. Ale i ta nisza na rynku zaczęła się wypełniać. Trafiłam na Sendello.pl. Opinie możecie wyrobić sobie sami korzystając z ich usług.
„Sendello.pl to broker usług kurierskich, dzięki któremu szybko i wygodnie zamówisz krajowe oraz międzynarodowe przesyłki kurierskie w atrakcyjnych cenach.”
„W serwisie Sendello.pl przesyłkę kurierską wyślesz już od 7,99 zł netto. W cenie tej zawarte jest odbiór paczki od nadawcy, doręczenie pod wskazany adres oraz podstawowe ubezpieczenie przesyłki (minimalnie do 500 zł).”
Teraz jest to prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy wejść na stronę
http://www.sendello.pl/ zarejestrować się i zamówić kuriera.
Nie dość, że przesyłki, paczki i koperty można wysłać najtaniej to jeszcze jest możliwość ich monitorowania.

Jedyna trudność to zaadresowanie i przygotowanie paczki do wysłania. Ale i tu serwis Sendello.pl służy pomocą i opisuje krok po kroku jak prawidłowo przygotować paczkę do wysłania.
„Za prawidłowe przygotowanie przesyłki do transportu odpowiada nadawca
Informacje podstawowe
1. Upewnij się, że karton jest wystarczająco obszerny, aby pomieścić cały towar. Zawartość nie może stykać się bezpośrednio ze ściankami kartonu. Towar o nieregularnych kształtach powinien być dodatkowo zabezpieczony wypełnieniem.
2. Po zapakowaniu paczka powinna mieć regularne kształty.
3. Z kartonu nie może wystawać zawartość przesyłki.
4. Gdy w karton jest większy niż zawartość, a nie zastosujesz żadnego wypełnienia jest duże prawdopodobieństwo, że przedmioty z paczki ulegną uszkodzeniu.
5. Wysyłając przesyłkę paletową pamiętaj, że zawartość nie może wystawać poza obręb palety. Cięższe elementy ułóż na spodzie palety, a lżejsze na wierzchu. Przy pakowaniu palety zalecane jest zachowanie równomiernego rozmieszczenia elementów, tak aby środek ciężkości zlokalizowany był centralnie, niweluje to możliwość przechylania się ładunku na boki. Całość należy trwale przymocować do palety taśmami bindującymi oraz folią stretch. Foliowanie stretchem rozpoczynamy od zawiązania jej na słupku.”
Prawda, że nie jest to skomplikowane?
Opinie o serwisie Sendello.pl  są bardzo pozytywne więc nie ma co się zastanawiać tylko adresować paczkę i czekać na kuriera. Szybko, tanio i nie wychodząc z domu…. 




niedziela, 11 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Takt i kurtuazja to moje drugie imię


Koleżanka wpadła do mnie jak chmura gradowa. Wściekła i dysząca. Zioniejąca jak parwóz z czasów mojego pradziadka. Miała nową, niezbyt trafnie dobraną fryzurę. Ba, wyglądała jak oszołom. Zauważyła, że się na nią bezpardonowo lampię. Ale ciągle taktownie milczałam. Rzuciła torebkę pod stół i rzekła
 - NIE CHCĘ O TYM GADAĆ!! 
Robiłam kawę nadal rzucając spojrzenia przez stół. No ale oczywiście ja to ja…Takt i milczenie uważałam za zakończone. Chyba długo nie potrafię trzymać języka za zębami. Pocieszyłam ją:
 - NIE PRZEJMUJ SIĘ. Odrosną A kolor się spłucze.
Popatrzyła na mnie jak na debila, zaczęła się jej trząść broda i wybuchła:
- Mój skretyniały mąż wydał wszystkie oszczędności przeznaczone na wakacje, i to na co? Na NOWY PANORAMICZNY TELEWIZOR!! Chciałam sobie poprawić humor poszłam do najdroższego fryzjera w mieście. - TO SE QRWA POPRAWIŁAM...

Czy ja zawsze muszę palnąć jak krowa o beton? Umiejętność pocieszania koleżanek bezcenna, za wszystko inne zapłacisz kartą

środa, 31 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka II


Jak przystało na kobietę, torebek oczywiście mam bez liku – ale nie lubię ich zamieniać, wymieniać ani przemieniać. Jak wywnioskowałam z komentarzy pod poprzednim wpisem to nie jedyna jestem… Ale zdarza mi się. Torebkę zmienić oczywiście. Z róznym skutkiem. Jakiś czas temu byłam u lekarza, po szpitalu, na wizycie kontrolnej i żeby doktor wypisał mi poszpitalne zwolnienie z pracy. Lekarz jest nie tylko dobrym i cenionym specjalistą, ale też sympatycznym starszym panem. Po badaniu kontrolnym zagaił rozmowę na temat problemów z parkowaniem, zainteresował się gdzież to udało mi się upchać mój pojazd. W końcu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli do podania danych doktorowi, w celu uzupełniania druku L-4. Ktokolwiek widział ile rubryk jest do uzupełnienia na tym zacnym druczku, to wie, że jest to czasochłonne zajęcie. W końcu doktorek poprosił o dane z dowodu. Żaden problem. Sięgnęłam po torebkę damską i zaczęłam grzebać, jak nie przyrównując, dziad dworcowy czy cyganka w tobołku. W końcu doktor nie wytrzymał i zapytał
 - Niech pani nie mówi, że nie ma pani dokumentów.
 - Nie mówię przecież, no nic nie mówię,  ale nie mam
 - No, ale przyjechała pani samochodem…. – i tu padło kilka zdań na temat kobiet i ich roztrzepania, wszystko oczywiście okraszone dawką ciętego dowcipu i lekkiej ironii.
 - Oj doktorze, nic pan nie rozumie –
 - To niech mi panie, dla mojej wiedzy i satysfakcji wyjaśni, dlaczego, jeżdżąc autem, nie ma pani przy sobie żadnych dokumentów?
 - Już tłumaczę, bo ja wczoraj byłam w innych butach….
Mina doktora mówiła sama za siebie. Ni cholery, nie wiedział co ja do niego mówię. Wzrok błądzący za rozumem, wytrzeszcz oczu i błędny wzrok świadczył, że słyszy, bo mówię do niego,  i to po polsku, ale ni cholery, nie rozumie.


Na szczęście Dziecek był pod telefonem, poszukał mojego dowodu i podał mi potrzebne dane. Wychodząc, lekarz patrzył na mnie wzrokiem świadczącym o zerowym zrozumieniu dla nas, kobiet. Poprosił o zostawienie karty w rejestracji ale zaznaczył o zostawienie a nie wsadzenie jej do przepastnej torby i patrząc na mnie nadal mamrotał „bo co, do cholery, mają wspólnego buty z brakiem dokumentów?”
No patrzcie, taki mądry, doktor, a nic pojąć nie mógł. 

wtorek, 23 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka I


Wreszcie się zrobiło po-zimowo i ciepło. Stwierdziłam, że trzeba wyleźć z gawry i pooglądać ludzi. Złapałam torebkę i postanowiłam pojechać do koleżanki na kawę. A torebkę mam ciągle tą samą. A teraz, po kilku latach zmieniałam zwis naramienny. Też mi wyczyn, co? Bo ja jakaś taka, dziwna jestem,  jak  nie kobieta, np nie cierpię zmieniać torebek. Mimo to mam ich całe mnóstwo. Też nie wiem po jaką cholerę…Może dlatego, że stolarz projektując garderobę zaprojektował wielką szufladę na torebki. Więc pewnie było by mi głupio, żeby teraz stała pusta. Każdorazowa zmiana torebki w zależności od panującego nastroju czy koloru butów kończy się dziwnie, żeby nie powiedzieć dosadniej…klapa i porażka. Albo zapomnę przełożyć kluczy albo innego równie nieodzownego drobiazgu w wyposażeniu podręcznej torebusi. Więc moi znajomi przyzwyczaili się do ekspozycji stałej.
Wpadłam do koleżanki na szybką kawę - ta nic nie mówiąc taktownie krzątała się po chałupie rzucając na mnie okiem raz po raz. W końcu nie wytrzymała i rzekła
 - Spieszysz się ?
 - Ee,,, no raczej nie, bardzo, no tak średnio, a skąd te wnioski ?
 - Pewnie jedziesz do Dużego? Nic nie mówiłaś, to przyjemnej podróży – teraz ja patrzyłam na nią jak na wariatkę
 - Wyganiasz mnie?? Pewnie i pojadę, ale nie dziś, gadaj, co Ci się roi?
Bez słowa, skinieniem głowy, wskazała na wieszak z moją odzieżą wierzchnią i to z czym przylazłam do niej
 - Bo… bo… jesteś z torbą podróżną?
Osłabłam i padłam.

 - Qrwa – nie, no po prostu nie!! To moja  nowa torebka -  Na pewno nie podróżna!! Tylko jakieś 35x30..To moja podręczna, nowa, torebka damska.

niedziela, 14 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Wcale nie dziwne spotkania bliskiego stopnia


Jakoś tak się złożyło, że po miesiącach podczytywania bloga FrauBe dostałam olśnienia. Ona mieszka w tym samym mieście co ja! Tak wiem, po miesiącach... Ale na swoje usprawiedliwnie mam tylko swój kolor włosów. Lepiej późno niż później...Po mailowym wymienieniu myśli, wrażeń i wspomnień, okazało się, że wychowywałyśmy się po sąsiedzku, ba!! Mamy nawet wspólnych znajomych. No i po jakimś czasie postanowiłyśmy zobaczyć swoje lica. Oczywiście ja, jako ta bardziej nienormalna, zainicjowałam to wszystko. Tylko nie w Realu, bo u nas Real zlikwidowali. Spotkałyśmy się na reprezentacyjnym, miastowym deptaku, który teraz ni cholery, ani wyjściowy ani reprezentacyjny. Bo w remoncie. Nawet biednego Nalepę z deptaka eksmitowali. Po wymianie znaków rozpoznawczych w stylu ”rozczochrany łeb, wzrok dziki, szata plugawa” czy „koszula farmera w kratę” bez problemów zobaczyłam FrauBe czającą się w pobliskiej bramie, i to wcale nie przede mną tylko przed pierwszymi ciepłymi wiosennymi promieniami słońca. I tu zdradzę wiele, jak napiszę, że nie po szacie plugawej ją poznałam, ale po serdecznych, roześmianych oczach. Aby nie budzić sensacji w samym centrum miasta udałyśmy się do pobliskiego lokalu. Oczywiście mieliłyśmy paszczami długo i namiętnie, przepijając i przegryzając całokształt. Mimo ostrzeżeń FrauBe, że jest jakoby mało rozmowna i mam podtrzymywać rozmowę, spotkanie nie przebiegało w milczeniu i nie był to monolog. Kobitka okazała się ciepłą istotą z dużą dozą poczucia humoru, jakże innego od mojego jadu ociekającego sarkazmem. No, a jej cechą charakterystyczną jest to, że uwielbia zwierzyniec a nienawidzi ludzkiej zawiści. Więc jak nie czuć do niej sympatii? Czas upłynął nie wiadomo kiedy, ale, postanowiłyśmy to powtórzyć. Bo ja nie tylko Jaga, ale baba i wariatka… Postanowione i zaklepane. 


sobota, 6 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Lojalny mąż


Chyba ostatnie chłody skłoniły mnie do oglądania zdjęć z poprzednich sezonów letnich. W wakacyjny czas odwiedziliśmy z Dużym jeden z krajów Afryki. Dostosowałam się do kanonów i zasad zwiedzaczy. Zero spódnic, dekoltów czy innych europejskich ekstrawagancji. Jednego nie zmieniłam – koloru włosów.  I tu byłam dla tubylców taką egzotyką, jak dla nas, ich mało turystyczne zakamarki. Zwiedzając egotyczne zakątki, mało popularne wśród turystów, zauważyliśmy wzrok jednego ze starców, znajdujących się obok knajpki do której weszliśmy, na pachnącą z daleka, herbatę miętową. Jakiś starzec podszedł w towarzystwie innych starszawych jegomości. I łamaną angielszczyzną, oczywiście mnie totalnie ignorując, zaczął dialog z moim mężem. I co się okazało?  Starszawy jegomość chciał mnie kupić. Do tej chwili myślałam, że to bzdury, anegdoty i opowieści dziwnej treści, ale ten dziadunio naprawdę chciał dobijać targu, oferując mojemu mężowi trochę złota,  stado wielbłądów, kilka kóz i herbatę miętową... Kiedy to mój mąż wyraził zdecydowany sprzeciw, jeden ze starszych powiedział, żeby się dobrze zastanowił, bo za „taki” towar to rewelacyjna cena. Duży zdecydowanie oponował. Staruszek podbijał cenę. Nie wiem ile w końcowym rozrachunku wielbłądów miał za mnie otrzymać Duży. W końcu zjawił się nasz tłumacz. Szturchając mojego męża w bok powiedział
- NIECH SIĘ ZASTANOWI!!!!! – wysyczał w ucho mojego ślubnego - BO TO NAPRAWDĘ SUPER OKAZYJNA CENA
Cóż, powinnam być dumna, bo wpadłam w oko plemiennej starszyźnie? I nie bacząc na nic, nawet na mój imponujący przebieg, chciał za mnie dać kilka stad wielbłądów? Duży był lojalny. Odmówił kategorycznie, zostawiając zniesmaczonego starca ze złotem, kozami i wielbłądami na placu targowym. Kiedy to nasz tłumacz strofując mojego męża, dociekał jak mógł odmówić, w jego mniemaniu, za „taki” towar, tak hojnej zapłaty, marnując interes życia, wyrywając sobie kędzierzawe loczki z ciemnej łepetyny, krzycząc na zmianę „DLACZEGO?? WHY??”, użalając się po raz kolejny, nad bezdenną głupotą mojego męża, ten odparł:
 - Panie, a jak z tymi kozami i wielbłądami miałbym wsiąść do samolotu?


czwartek, 4 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Na psa urok

Czy już mówiłam, że moje sympatie są zazwyczaj odwzajemnione? Odkąd nasza psica mieszka z nami, to już tyle lat a ja jestem klientką KRAKVET. Solidna firma. Lubię ich a co za tym idzie, oni mnie też. Pisałam  już o nich nie raz i niedwa. A  od długiego czasu dbają o to, żeby moja zwierzyna miała dodatkowe atrakcje. Po raz kolejny dostałam od nich w prezencie przesyłkę, i to taką, że kurier miał problem, żeby dotaszczyć mi paczkę pod drzwi. Tym razem psica dostała wór przysmaków


i hektolitry wody dla psa. Butelkowanej.


Mineralnej. Z acerolą. Nie wiedziałam, że można butelkować wodę dla psa. Ale już wiem. Ma świetne rekomendacje i opinie.
Ale ponieważ to była woda przeznaczona dla psa jakoś wybitnie przypadła do gustu właśnie kotom.


I znów nasza sunia, postrach wsi, wszystkich listonoszy, kurierów i domokrążców, musiała czekać na swoją kolejkę , tym razem do wodopoju. Psica jest typem psa niejadka. Na co dzień to nie jest problemem, ale na tresurze był. No spróbuj, człowieku, zachęcić futrzaka do wysiłku, skoro żadne zachęty, typu przysmak, nie działają. Więc nie dziwcie mi się, że popadam, niemalże w euforię, skoro „normalne” psie przysmaki leżą dopóki się nie rozpadną, albo koty gdzieś nie wyniosą, a tu KRAKVET wysyła paczkę z psimi smakołykami, które są w stanie doprowadzić do euforii mojego owczarka niemieckiego. Psica nie jest typem żebraka. Jeśli jest w kuchni podczas naszych posiłków, to tylko dlatego, że chciała być w naszym towarzystwie. Nie ma błagalnego wzroku wlepionego w nasze talerze czy kapiącej śliny. Żadne przekupstwa w formie jedzenia nie wchodzą w grę. Za to teraz na dźwięk słów „chodź dam ci coś dobrego” sunia biegnie w miejsce magazynowania przysmaków od KRAKVETU. Siada przed szafką i przebiera łapkami niczym ratlerek z rodowodem.





Bawi mnie to, bo już wiem, że psy też mają swoje upodobania. Mają swoje gusta i smaki. A przysmaki od Krakvet smakują jej wyjątkowo dobrze. Wiem, że coś im może smakować albo nie. A KRAKVET ma we mnie dożywotnią klientkę. Trudno. Chcieli to mają. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Zaklinanie wiosny


Zawsze uważałam, że marudzenie i narzekanie na pogodę jest głupie i pozbawione głębszego sensu, bo póki co nie mam wpływu na temperaturę za oknem – ale w tym momencie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, chcę wrzeszczeć. Staram się za wszelką cenę zaklinać wiosnę, jednak ta mnie ma gdzieś i jest nieczuła na moje lamenty, płacze czy groźby pod swoim adresem. 


Chyba wystarczy mi sezonu grzewczego – trwa od września. Z trzaskającymi mrozami i zaspami śnieżnymi w grudniu czy styczniu nie walczyłam i nie dyskutowałam. Nie pałam miłością do zimnych stref klimatycznych i temperatur poniżej 25 st., ale nie protestowałam, bo w końcu po to jest zima, żeby było zimno. Wiem, że w naszej szerokości geograficznej są ludzie, którzy teraz się dobrze czują, ale ja do nich nie należę. No przykro mi. A teraz mówię DOŚĆ. Moje akumulatory się wyczerpały, ogrzewanie wewnętrzne przestało działać,  jest mi ciągle zimno i jestem w pełni nieszczęśliwa. Grzejniki w domu są tak gorące, że nawet koty nie są w stanie na nich wysiedzieć, bo wokół rozchodzi się swąd palonej sierści, a ja i tak mam na sobie 5 warstw szat, niczym cebula. Z powrotem do łask wróciły zimowe kurtki i buty. Jeśli ktoś zechce przyłączyć się do absurdalnego, w swojej czystej postaci, buntu, tym bardziej, że pogodynka, z radosnym uśmiechem na papie, obwieściła całemu światu, że na najbliższe 10 dni nic nie zmieni się w przyrodzie i pogodzie, to zapraszam. Więc załamania pogodowego nie będzie i pocenie się w najbliższym czasie  nie grozi nikomu. Wiosna stwierdziła, że wpadnie  nas odwiedzić w następnym sezonie. Oby i lato nie wzięło przykładu z wiosny. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.5


Jak już wspominałam tutaj tutaj  wylądowaliśmy na wsi. Moje szczęście zdawało się nie mieć końca. Ale miało. I to całkiem szybko. Nowi sąsiedzi postanowili zadbać o naszą kondycję psychiczną i dlatego, żebyśmy nie powariowali ze szczęścia, szybko skrócili nam niekończącą się radość z mieszkania w swoim domu. A co! Najpierw stwierdzili, że my, jako ludność miastowa i napływowa musimy dostosować się do ich reguł gry. Czyli skoro oni mówią, że będą chodzić po naszej działce, to będą. Bo oni zawsze (!!!) tamtędy chodzili. I my jako nowi nie powinniśmy oponować. Samochód postawiony na działce – trzeba wezwać policję. Oczywiście działka nasza i auto też. Ale sąsiadom, w zawiadamianiu organów ścigania, ten fakt jakoby nie przeszkadzał. Policja przyjechała, potwierdziła, że auto i działka jest naszą własnością i odjechała. Ogrodzenie? Brama? A to już był pretekst, żeby złożyć pozew w sądzie cywilnym. I tak się bawiliśmy prawie dwa lata, ciągani po sądach, tłumacząc się, jak nie przyrównując, duży zwierz z łopatami, czyli łoś, że jest to nasza własność. Aż w końcu zdecydowaliśmy się i odparliśmy atak – warto było, bo dziś mamy święty spokój. Sąsiadom odechciało się chodzić po naszej działce mimo, nadanej przez sąd służebności (o zgrozo!!) na początku naszej znajomości (a raczej nieznajomości wsiowego prawa zwyczajowego i mimo ukończonych studiów, szybko poznaliśmy znaczenie terminu ZASIEDZENIE.) Teraz oni wrócili na chrześcijańskie ścieżki, czyli na drogę gminną. No ba!! Nawet odgrodzili się od nas dwumetrowym ogrodzeniem, bo urażona duma nie mogła znieść wszystkich sądowych porażek.



Ale nasza działka jest tak usytuowana, że z dwóch stron mamy za sąsiadów małżeństwo starszych ludzi. Tak na oko trochę więcej niż osiemdziesięciolatkowie. Na oko zdrowi psychicznie. Ale tylko na oko.  A ja psychiatrą nie jestem. A szkoda – dziś skierowała bym oboje na leczenie zamknięte. Pan Sąsiad – Żmij – nie wiem jak poprawnie nazwać  żmiję  w rodzaju męskim, okazał się wrednym staruchem z jajecznicą zamiast mózgu. Zaczęło się niewinnie. Żmijowi się ubzdykało, że nasze koty niszczą jego ogrodzenie. Nic to, że siatka ogrodzeniowa pamięta II Wojnę Światową i naloty zwiadowcze samolotów niemieckich nad Rzeszowem oraz czasy gdy na terenach wyzwolonych żołnierze Armii Czerwonej kopali linie okopów to nasz sąsiad  wtedy robił zasieki i  ogrodzenie i tak zostało mu ono do dziś. To nic, że, nasze koty to nie tygrysy bengalskie, nawet nie koty Maine Coon a w sezonie letnim łącznie obydwa ważą niecałe 6 kg. Mimo, że nasze koty nie są jedynymi kotami we wsi, które nabyły umiejętność przeskakiwania przez siatkę. Ale Żmij widząc mnie w ogrodzie każdorazowo piłował twarz, że koty mu niszczą siatkę. Ignorowałam, bo stwierdziłam, że Żmij ma już tak dużo lat, że właśnie z tej racji należy się mu szacunek. Później dostarczyliśmy Żmijowi kolejny pretekst do ataków na moją osobę. Nabyliśmy psa. A pies ma to do siebie, że szczeka. A na widok Żmija nasza psica dostawała białej gorączki. Nie wiedziałam co jest powodem takiej nienawiści międzyrasowej. Do czasu. Kiedyś Żmij przekonany, że wszyscy tyramy na chleb poza domem, zaczął wymachiwać w kierunku naszej suki końcówką do opryskiwacza na chwasty, wystawioną przez oczko leciwej siatki. Poczekałam chwilę cierpliwie skryta za bujnym zielonym pnączem, posłuchałam jak pan Debil wykrzykuje, plując jadem coś w rodzaju „chodź tu, oczy ci zapryskam, chodź durny psie, zapryskam cię, zdechniesz, zdechniesz” Temu miłemu monologowi towarzyszyło kopanie w siatkę. No i  tego już dłużej nie zniosłam. Wyszłam zza zielonego parawanu sugestywnie waląc się w czoło. Gest ten tak rozjuszył  Żmija, że dostał szału. Wrzeszczał, że pies szczeka i szczeka, szczeka i szczeka. Odparłam, że szczeka, bo jak sama nazwa wskazuje to jest pies, a jak zacznie kiedyś miauczeć to zabiorę go do weterynarza. Dodałam jeszcze, że szkoda, że sąsiad mając tyle lat tego nie wie, a rozumu się nie przewala. A on kipiał jadem i pluł nienawiścią jeszcze długą chwilę. Później nasza psica otrzymała zakaz zbliżania się do siatki kretyna i kategoryczny zakaz szczekania. A ponieważ nasz kudłaty domownik przewyższa inteligencją naszego sąsiada i rozumie polecenia, skończyły się pokrzykiwania, przynajmniej w stronę psa. Ale chory na nienawiść  człowiek uroił sobie w swojej stetryczałej mamałydze, że połowa naszych włości, na które składa się „aż” całe 8 arów, łącznie z domem, jest jego. POŁOWA!! I żył w swoim neurotycznym świecie, każdorazowo widząc mnie w ogródku wykrzykiwał, że mu ukradliśmy, że go oszukali (w domyśle ONI na pewno nie kosmici) i tym podobne brednie. Starałam się z całych sił ignorować zramolałego Żmija, ale jak już wspominałam nie jestem uosobieniem spokoju, a w jego przypadku i tak wykazałam maksimum cierpliwości. Cokolwiek robiliśmy na własnej działce i we własnym ogródku on biegał jak nakręcony wzdłuż swojego ogrodzenia wykrzykując „wstrzymuję budowę, wstrzymuję budowę.” Nieraz nie wytrzymałam i warknęłam, że wstrzymać to on se może mocz, o ile jeszcze daje radę. Oczywiście moje komentarze nie służyły polepszeniu stosunków sąsiedzkich. Taki stan trwał całe lata Żmij zaczął się dopominać o coraz większy areał naszej posiadłości aż w końcu powiedziałam DOŚĆ.


Stwierdziłam, że czas na radykalny ruch. Moje zdrowie i spokój we własnym domu są najcenniejsze. Staruch za nic miał nasz akt notarialny, nasze mapki i wymiary, a ja miałam dość jego wykrzywionej nienawiścią gęby. Wzięliśmy geodetę, który w sposób urzędowy załatwił sprawę i wzorcowo wyznaczył granice i wkopał kamienie graniczne. Odbywało się to w asyście wrzasków Żmija, który nijak nie mógł przyjąć do wiadomości, że to jeszcze on wlazł ze swoim archaicznym i zabytkowym ogrodzeniem w naszą część działki. Geodeta wyznaczył granice jak wskazywały mapy i urządzenia. Staruch dostawał szału. Wyzywał nas i pluł jadem. Nawiedzona dziewczynka z kultowego filmu „Egzorcysta” to niewiniątko w porównaniu do tego furiata. Ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek. Za kilka dni przyjechała firma z ogrodzeniem. Żeby zakończyć definitywnie szarpaninę postanowiliśmy postawić mur. I bynajmniej to nie po to żeby ćwiczyć po nim wspinaczkę. Miałam dość tego zakurdawiałego, ciągle mnie wyzywającego, popaprańca. Klamka zapadła. Betonowy płot. Mało ażurowy. Lity. Nie przeźroczysty. Szary. Ładnym wzorem w naszą stronę. Wreszcie miał nastąpić kres oglądania debila, ociekającego nienawiścią, żyjącego mentalnie w jakimś urojonym świecie. Kiedy przyjechała ekipa montować ogrodzenie ten stary kretyn znów zaczął się uaktywniać. Ale wtedy mój zszargany, przez niego zresztą, system nerwowy, odmówił współpracy i ugody. Teraz ja zmieniłam się w Żmije. Wysyczałam mu, że jak przekroczy na pół kapcia swoją granicę to jednym z betonów połamie mu nogi, wrzucę do dołka wykopanego już przez ekipę i zakopię a nikt nawet nie będzie za nim płakać. Chyba uwierzył, bo przestał łazić po nie swojej części działki. Ale na odsiecz przysłał swoją połowicę. Jego małżonka, Żmija Cicha tylko bardziej jadowita, zaczęła prawić mi morały. Ale i jej powiedziałam w kilku słowach, powszechnie uznawanych za wulgarne  żeby opuściła moją działkę, która nie jest jej własnością a na dowód prawdziwości mych słów wywrzeszczałam, że psa wypuszczę. A że Żmija Cicha nie słyszała ode mnie, przez prawie dziesięć lat, złego słowa, doznała pewnie szoku. Słowo daję, jeszcze nigdy nie widziałam ponad osiemdziesięcioletniej Żmii tak szybko przemieszczającej i to w podskokach się przy akompaniamencie moich wyzwisk. I to powinnam zrobić tuż po wprowadzeniu się do domu. Miała bym spokój od samego początku. A ja naiwna miałam obiekcje bo „starsi państwo….” Taaaa…. Kiedy  fachowcy montowali ostatnie przęsła pożegnałam się z Żmijami wystawiając środkowy palec znad ogrodzenia w Hawajskim Znaku Pokoju. I tak zakończyła się lustracja mojego psa, kotów i nas przez wrednych staruchów. Teraz siedzą jak w więzieniu z betonowym szarym i nieażurowym płotem. Ale za to z naszej strony płot ma ładny wzór… Niech podniesie rękę do góry ten, kto miałby ochotę kopnąć w dupę adresata takiego zachowania i kto miałby ochoty poszczuć psem takiego sąsiada. Spokój jest bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.4


Mam wrażenie, że niektórzy ludzie, po pierwsze nie zasługują na to zaszczytne miano, a po drugie, powinni przechodzić specjalne testy psychiatryczne, zanim pozwoli się im na mieszkanie w bliskim sąsiedztwie innych osobników tej samej rasy. Skąd te radosne wnioski? Bo jak słyszę piosenkę „Jak dobrze mieć sąsiada”


to stwierdzam, że autorka tych  słów,  pani Agnieszka Osiecka, musiała być ponad to, żyć we śnie i mieszkać w jakiejś oazie, niczym na bezludnej wyspie. Jakoś przez całe lata nie miałam szczęścia do sąsiadów, przynajmniej do tych bezkonfliktowych i normalnych. Na parterze mieszkała patologia z meliną w tle i dopóki jeden z lokatorów nie zapił się na śmierć interes kwitł. Tuż przed naszym wyprowadzeniem się z mieszkania w bloku, nad naszymi głowami zamieszkała pani, której profesji dociekać nie będę. Oficjalnie głosiła, że naucza w szkole wieczorowej. Wracała późną porą, kiedy to normalna większość układała się do snu, żeby rano wstać, pójść do pracy i funkcjonować a nie wegetować. Co prawda zachowanie i wygląd świadczyły o trochę innej profesji, ale nie mój problem ani mój interes. Ale pani uczycielka właśnie wtedy, kiedy zaczynała się tzw. cisza nocna, zaczynała generalne porządki, polegające na wyrzucaniu szpargałów z szaf bezpośrednio na podłogę, odkurzanie, skakanie z szafy na podłogę i takie drobiazgi. A przed wprowadzeniem się położyła płytki na całych 45 m2 i uwielbiała drewniaki oraz inne obuwie nie mające z domowymi kapciami nic wspólnego. Więc akustyka mieszkania była rewelacyjna. Nie omieszkałam jej poinformować o moich odczuciach związanych z przerywaniem snu. Pani Sąsiedzko-Inteligentna Żmija była zbulwersowana, że chce mi się spać o 23.50 kiedy to ona to zamierza zrobić porządki. Argumentowała to swoim nocnym trybem życia i koniecznością funkcjonowania. Akcji z przerywaniem mojego snu były dziesiątki. Czy muszę mówić, że nie żegnała mnie z łzami w oczach? Jej poprzedniczka, była jeszcze bardziej pomysłowa. Uprzednia właścicielka mieszania miała nieznośny zwyczaj wywieszania swojej bardzo dużej bielizny i pościeli za oknem, w taki sposób, że jej prześcieradło czy poszwa na dwuosobową kołdrę leżało piętro niżej, czyli na moim parapecie, zasłaniając mi całe okno. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem ciekawa jej przeglądu pościeli, a jak będę chciała zasłonić okno, w i tak ciemnym mieszkaniu, to zrobię to od strony swojego pokoju i to czystą zasłoną i nie muszę patrzeć na jej niedoprane prześcieradło. Patrzyła na mnie mało inteligentnie, kiwając głową, po czym robiła dokładnie to samo. Któregoś razu otwarłam okno, wciągnęłam część prześcieradła do pokoju i zamknęłam okno. Po czym wynieśliśmy się z mieszkania celem odwiedzenia babci i dziadzia. Po powrocie zastałam strzępki pościeli w oknie. Pani Żmijowata Sąsiadka nie składała zażaleń. No bo i o co? Od tego czasu przestała czynić mi dodatkowe zaciemnienie. Za to ciągle znajdowałam na swojej zaokiennej suszarce (w mieszkaniach brak było balkonów)  do bielizny jej odzież. Wychodziłam na jej piętro dzierżąc w rękach gacie, tudzież koszulki. Najpierw uchylała drzwi wyściubiając kawałek twarzy, po czym sycząc, zaprzeczała, jakoby to miało być jej…Na koniec wystawiała dłoń i niczym Supermen wyrywała ciucha z mojej ręki, a w odpowiedzi usłyszałam trzask zamykających się drzwi. Nawet najszybszy człek nie był w stanie rozwinąć inteligentnego dialogu. Po czym za kilka dni, ponownie na mojej suszarce lądowała część jej garderoby, pokornie lazłam do niej z wypraną częścią garderoby, po to, żeby usłyszeć trzask zamykanych drzwi. Któregoś dnia miałam niski wskaźnik tolerancji na żmije i kiedy po wydrapaniu się na jej piętro spotkało mnie ponowne trzaśnięcie drzwiami szlag mnie trafił. Stwierdziłam, że skoro moja Żmijowata Sąsiadka syczy przez drzwi, utyskując na mnie tylko dlatego, że odnoszę jej garderobę, zamiast powiedzieć normalnie po ludzku „dziękuję” ,więcej nie będę tak czynić – poprawię się. Tak też każdym następnym razem, kiedy to na naszym zaokiennym wysięgniku, zwanym popularnie suszarką, lądowała część jej odzieży, wystawiałam rękę poza suszarkę wraz z ciuchem, otwierałam zaciśniętą na materiale dłoń i….poszło. Na dół nie było bardzo wysoko, więc lot i upadek ubrań nie był tak spektakularny jak w filmach, ale ja pozbyłam się problemu z syczeniem sąsiadki, że jakoby jej przestrzeń i prywatność naruszam. Z ulgą opuściłam nasze M-3. Przeprowadziliśmy się za miasto. Początkowo na wsi nic nie zwiastowało kolejnych perypetii z nowymi sąsiadami

                                                                       cdn… 


wtorek, 28 marca 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.3

Jakoś tak się porobiło, że jak przystało na osobnika genetycznie obciążonego, zaczęłam mieć problemy sercowe. I to wcale nie chodzi o zawiedzioną miłość i złamane serce, tylko medycznie, o mięsień sercowy. Kiedy zaczęła się drobna arytmia to zignorowałam objawy, ale chwilę później zaczęły się inne problemy zdrowotne z sercem więc nieźle się wystraszyłam!! Od tego czasu udało mi się trochę zmienić tryb życia, biegam, chodzę regularnie na siłownię a co za tym idzie – udało mi się schudnąć 10 kg. Ale muszę nadal pilnować kontrolnych wizyt u kardiologa i raz na kilka(naście) miesięcy odwiedzać specjalistę. No, ale nasza cudownie rewelacyjna służba zdrowia, za wszelką cenę, robi co może, żeby nas odwieźć od tak głupich pomysłów. Zarejestrowałam się w zacnym przybytku zdrowotności jeszcze w październiku. Termin wyznaczono mi na początek lutego. OK – nie będę się dyskutować ani sprzeczać się z systemem, już dawno wszyscy pogodziliśmy się z tym, że patologia stała się normą. Trzeba czekać? Oj tam, oj tam, przecież nie umieram, poczekam. Przypięłam karteczkę do kalendarza i uzbroiłam się w anielską cierpliwość. Dwa dni przed terminem wizyty zadzwoniła pani pielęgniarka z rejestracji z informacją, że nie ma dobrych wieści, ale kardiolog ze względu na chorobę w rodzinie odwołał wszystkie planowe wizyty. W końcu lekarz też człowiek i jak zachorował mu ktoś z bliskiej rodziny, pewnie cały świat przestał się liczyć. Pani obiecała, że jak tylko prywatna  sytuacja lekarza unormuje się, zadzwoni z informacją, kiedy będą terminy ponownych przyjęć.


Dwa dni przed planowanym wyjazdem na urodziny siostrzenicy zadzwonił telefon….Pani z przychodni poinformowała mnie o nowym, wyznaczonym przez nich, terminie wizyty lekarskiej. Niestety, termin przypadał akurat w czasie, gdy miałam być w Rzymie. Poprosiłam pielęgniarkę, żeby przesunęła mi termin wizyty, bo akurat wtedy nie będzie mnie w Polsce…I co usłyszałam od sympatycznej pani? Wysyczała „NIE” i uznała rozmowę za zakończoną. Nie docierały moje, wydawało by się, logiczne, argumenty, że skoro ja podeszłam  do życiowej sytuacji kardiologa z sercem i jak człowiek, to proszę, żeby do mnie też tak podejść. Na nic zdały się prośby i tłumaczenia, że nie jestem w stanie zmienić swoich wyjazdowych planów. Pani Pielęgniarska Żmija była nieugięta. W końcu resztkami cierpliwości i zdrowego rozsądku zapytałam czy nie może zamienić mojego nowego terminu z terminem innego oczekującego pacjenta. On przyjdzie tydzień wcześniej a ja tydzień później. I wszyscy będą zadowoleni. Ale Biała Żmija była nieugięta i torpedowała każdą moją propozycję, odpowiadając krótko „NIE”. Osiągałam temperaturę zbliżającą się niebezpiecznie do temperatury wrzenia. Para szła mi uszami!! Ostatkami powstrzymywałam się, żeby nie wrzeszczeć. Ciężko dysząc zapytałam jak rozwiązać tą niekomfortową sytuację. Jej Żmijowatość łaskawie odrzekła
- Proszę przyjść w dzień przyjęć doktora i poprosić, żeby panią przyjął.
Przepraszam, że co!?!! No po tych słowach moje dobre wychowanie szlag trafił. O!! Co to to nie!! Nie, po prostu nie!!! Ale to już nie było na moje nerwy!! Nie po to czekałam cztery miesiące, jak koza na wilka, na swoją kolejkę, żeby teraz „się prosić.”
Chcąc przyjść do lekarza i nawet przy jego aprobacie by wsadzić się bez kolejki, najpierw musiała bym pod drzwiami doktorka stoczyć walkę z mafią geriatryczną. Stali klienci doktora nie mają krztyny zrozumienia dla takich „proszących”, jak ja, na krzywy ryj… Gdybym bez ran i otarć dotarła do gabinetu doktorka, musiałabym jeszcze prosić o zlecenie EKG, echa serca, mierzenia ważenia i innych egzorcyzmów poprzedzających już samą wizytą face-to-face….No i dlaczego mam prosić o coś, co mi się należy jak psu micha, a na co cierpliwie czekałam, ponad cztery miesiące?? Po co mam zaburzać harmonogram pracy lekarza? Ale Pani Żmija syczała nadal. Wysyczała do słuchawki, że to nie jest jej wina ani problem, że mi NIE PASUJE TERMIN. Zachowałam resztki godności i zapytałam kiedy wobec tego mam przyjść na wizytę. Usłyszałam jadem kapiące słowa: KONIEC KOLEJKI. A, że żyłam już wyjazdem do Włoch, pewnie i to bym łyknęła, ale w ostatniej chwili zapytałam kiedy to będzie. Pani Pielęgniarska Wredność na chwilę zamieniła ton w szczebiocząco-słodki i wymruczała „LIPIEC.” No chyba se baba ze mnie jaja robi…Nie omieszkałam się zapytać czy jest świadoma swych słów. No i znów usłyszałam, że to nie jej problem ani nie jej wina BO TO MI TERMIN NIE ODPOWIADA!! Moja wściekłość sięgnęła zenitu, wqrwienie do białości i bezsilna złość – tyle czułam. Nie jestem kolejnym sfrustrowanym pacjentem, chcącym wylewać wiadra pomyj, na głowy biednych pracowników służby zdrowia, ale stwierdziłam, że jeszcze minuta tej absurdalnej, jałowej dyskusji,  a gotowa jestem zniżyć się do jej poziomu a wtedy jej się to nie opłaci a ja będę zmuszona, po wyjściu na wolność, szukać innej przychodni. Nikt wrednej babie nie dał prawa zachowywać się niczym pan życia i śmierci i decydować kto kiedy i z kim!! Pożegnałam oschle i ozięble Gwiazdę Dnia i resztę myśli wykrzyczałam już w przestrzeń ale nic, ale to nic nie pomogło.  Dziecek zaintrygowany głośną wymianą zdań, bez słowa podał mi kartkę z numerem telefonu i tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział do rozjuszonej matki:
-DZWOŃ
Tym oto sposobem dodzwoniłam się do Rzecznika Praw Pacjenta. Trafiłam na sympatycznego pana, który najpierw wysłuchał mojego uzewnętrznia się, żali i złości a później mi zaczął dawać rady i wskazówki. Polecił wysłać do kierownika przychodni pismo-maila z prośbą o wyznaczenie terminu, ponieważ do wizyty nie doszło i to nie z mojej winy. Jak polecił tak zrobiłam. Maila wysłałam i spokojnie pojechaliśmy do Włoch. Wróciliśmy do kraju, zaczęła się szara rzeczywistość, ale niestety, Białe Eminencje nie raczyły zaszczycić mnie jakąkolwiek odpowiedzią na maila. Ponownie zadzwoniłam do Rzecznika. Tym razem rada była równie prosta. Polecono mi ponownie wysłać tego samego maila, tylko do adresu mailowego kierownika przychodni, Rzecznik poradził, dołączyć adres mailowy Sekretariatu Rzecznika Praw Pacjenta. Jak rzekli - tak uczyniłam. I co? I jeszcze tego samego dnia, mimo, że był to piątek, piąteczek, piątunio otrzymałam maila. Pani pisząca, w kilku zdaniach kajała się bardzo, że niby ten poprzedni w czeluściach spamu zaginął, że nie zauważyła, że…że…że…No i obiecała, że w poniedziałek rano, jak tylko przyjdzie do pracy, zadzwoni do mnie, żeby umówić mnie na wizytę u kardiologa. No, gdyby nie te poprzednie utarczki z paniusią, była bym w stanie ją polubić. I faktycznie, zaraz rano zadzwoniła i jakież było moje zdziwienie kiedy wyznaczyła mi termin…..trzy dni później. No, ale jak to? To już nie muszę iść „prosić doktora?” nie muszę iść na koniec kolejki? Nie muszę czekać kolejnych czterech miesięcy? Rozumie wszystko, ale pojąć nie mogę. Cuda, ludzie, cuda. Ale na tym się nie zakończyły wzajemne animozje z Białymi Żmijami. W dzień, w którym miałam wyznaczony termin wizyty, poszłam trochę wcześniej, żeby nie było problemu ze zrobieniem EKG. Kiedy to siedziałam już pokornie, czekając na swoją kolej dzierżąc już w łapie zwitek papieru z zygzakami czekając na swoją kolej przyszła pacjentka. A ponieważ z założenia lubię rozmawiać z ludźmi, zaczęłyśmy rozmawiać. I tak, między wierszami, pani, poinformowała mnie, że ma wyznaczoną wizytę na godzinę 10.00. Ponieważ mnie Biała  Żmija zapisała na 9.20 byłam pewna, że kardiolog wywoła moje nazwisko. No i jakież było moje zaskoczenie jak usłyszałam obco brzmiące nazwisko. Sympatyczna kobieta siedząca obok zerwała się i podążyła do gabinetu. Ale Jaga nie taka, żeby żyć w niewiedzy. Wpakowałam się za kobietą i nie bawiąc się w konwenanse ani powitania, zapytałam doktorka dlaczego ta pani z godziny 10.00 już wchodzi a ja miałam wizytę na wcześniejszą godzinę a siedzę jeszcze jak baran na korytarzu. Lekarz trzy razy upewniał się, że nie mam wady wymowy i poprawnie wymawiam swoje nazwisko każąc mi powtarzać literując moje dane…Bezowocnie szukał moich personaliów na liście. Bezradnie rozłożył ręce w geście wyrażającym dezorientację. Cóż – pewnie po raz kolejny Biała Żmija chciała mi podziękować za wsparcie Rzecznika Praw Pacjenta. Doktor zachował się bardzo ładnie – powiedział, że jak tylko wypisze tej pani receptę to mnie zawoła. I faktycznie, za pięć minut zostałam poproszona na badanie. No i cała misterna intryga Kąsających Żmij poszła w las…
Nie całe badanie wyszło bezproblemowo – coś się doktorkowi w moim mięśniu nie spodobało – kazał mi się umówić na próbę wysiłkową. Więc po raz kolejny będę musiała się zbliżyć na odległość plucia jadem, do Przebiegłych Żmij. Wychodząc z Gniazda Żmij, uśmiechnęłam się, najładniejszym uśmiechem jaki posiadam, do wszystkich zalegających tam osobniczek i podziękowałam im za tak miłą i szybką obsługę, dodając, że nie rozumie dlaczego wszyscy tak narzekają na służbę zdrowia, bo tu jest tak miło i szybko przez tak kompetentny personel. Dodałam, że niedługo do nich wrócę. Faktycznie w białym im do twarzy. Szczególnie jak miały tak mało inteligentny wyraz malujący się na mózgoczaszce a posuwiste ruchy żuchwy świadczyły o wzmożonym procesie myślowym…. 
lekarz wie wszystko pielęgniarka lepiej