niedziela, 11 lutego 2018

Jaga na Facebook'u:



Pokorna, dobra i łagodna

Poniższy tekst nie świadczy o mojej nietolerancji do koloru skóry, rasy czy przynależności etnicznej. Nie świadczy również o mojej nietolerancji dla wyznania, religii czy pomysłu na życie. Poniższy tekst świadczy o mojej nietolerancji na chamstwo, arogancję, ignorancję, bezczelność, tupet, głupotę i inne mroczne walory ludzkiej natury. Poniższy tekst jest dowodem na to, że mając tyle lat i tyle życiowego doświadczenia nadal mnie zaskakuje przekonanie niektórych ludzi o swojej wyższości, nieomylności i bezkarności. I zawsze po takich sytuacjach zastanawiam się w czym ktoś taki jest lepszy ode mnie albo dlaczego mu się wydaje, że jest ważniejszy, mądrzejszy i może innych ludzi traktować z lekceważeniem.
Kilkanaście dni temu musiałam odebrać wyniki badań. Przychodnia jest tak niefortunnie umiejscowiona, że zaparkowanie jakiegokolwiek pojazdu graniczy z cudem. Ale chwalę tego, kto wymyślił płatne miejsca parkingowe, bo istnieje zawsze szansa, że znajdę kawałek wolnego parkingu na umiejscowienie swoich czterech kółek. Wypatrzyłam dwa miejsca i korzystając skrzętnie z okazji, wjechałam w pustą przestrzeń między auta. Wrzuciłam drobne do parkomatu, wróciłam, żeby zostawić zakupiony świstek na przedniej szybie. W tym samym momencie na wolne  miejsce obok mojego auta, podjechał samochód. Stałam cierpliwie na chodniku czekając na możliwość dojścia do drzwi mojego pojazdu. Kiedy kobiety zaparkowały podeszłam, czekając nadal z otwarciem drzwi, aż te wykokoszą się ze swojego auta. Długie habity pewnie nie ułatwiały im zadania. Zakonnice. Wreszcie kobiety uznały, że wysiądą a ja mogłam położyć bilet obok przedniej szyby. Już miałam udać się w tylko sobie znanym kierunku, kiedy drzwi pojazdu od strony pasażera otwarły się z impetem. Tak mocno i szeroko, że uderzyły w mój samochód. Jak by tego było mało zakonnica-pasażer schyliła się po drobne na bilet parkingowy i ponownie rąbnęła drzwiami. Wlepiłam oczy w czarną postać czekając na jakąś reakcję ze strony kobiety. Ponieważ nie była zainteresowana takim drobiazgiem jak moja osoba, powiedziałam do niej:
 - Uderzyła Pani drzwiami w moje auto –
Czarna istota popatrzyła na mnie jak na kosmitę albo innego dziwoląga i wcale nie była zainteresowana konwersacją ze mną nie mówiąc już o magicznym słowie. I nie mam tu na myśli „abrakadabra” tylko zwykłe „przepraszam”. Powtórzyłam nieco głośniej, bo w swojej naiwności miałam jeszcze nadzieję, że zakonnica mnie po prostu nie usłyszała.
 - Uderzyła Pani w moje auto drzwiami.
Kobieta lekceważąco wzruszyła ramionami w geście mówiącym samym za siebie. Jej dalsze zachowanie wybitnie świadczyło o tym, że nie jest zainteresowana dalszą konwersacją z pospólstwem. Wiele rzeczy jestem w stanie zdzierżyć, na wiele nie zwracam uwagi, wiele spraw mam gdzieś, ale jak ktoś mnie lekceważy, dając mi do zrozumienia, że jestem tylko nic nie znaczącym pyłkiem na ich drodze nie mogę znieść. Zagotowałam się. Po raz kolejny powtórzyłam znacznie głośniej niż sytuacja tego wymagała.
 - Uderzyła Pani drzwiami w moje auto, dwa razy!!! – zakonnica raczyła na mnie spojrzeć, z góry co prawda, ale gawiedź i tak powinna się cieszyć, że dostąpiła zaszczytu i jaśnie wielmożna się odezwała do zubożałej awanturnicy.
 - Ja siostra jestem. – padła odpowiedź w moim kierunku – teraz dla odmiany zakonnica świdrowała mnie na wylot. Moja mina świadczyła chyba o niezrozumieniu mowy ojczystej. I jakem Jaga i jak mowę straciłam, tak szybko wróciła mi bystrość umysłu. Wysyczałam:
 - Ciekawe czyja siostra – tu oczami wyobraźni swoją rodzoną siostrę i nie zobaczyłam takiej twarzy wygiętej pogardą do całego świata i ust wykrzywionych w grymasie wściekłości pomieszanej z obrzydzeniem, tylko pogodne oczy i roześmianą twarz.
 - Bo moją siostrą na pewno nie…
Powtórzyła akcentując mocno 
 - Siostra jestem!
Znów jak zdarta płyta powtórzyłam
 - Na pewno nie moja, moja siostra jest daleko. I moja siostra szanuje cudzą własność. A pani…. Przerwała mi, nie dając dokończyć zdania. I tu padło jeszcze kilka nerwowych zdań ze strony czarnej kobiety, ale dbając o swoje zdrowie psychiczne i szanując wrażliwość innych nie będę ich przytaczać. Zwłaszcza tego co jej odpowiedziałam. Widząc, że zakonnica zaczyna się pogrążać, jej koleżanka zza kierownicy, również w długiej czarnej szacie, ruszyła na odsiecz. Próbowała ratować sytuację i odwrócić moją uwagę od obdrapanego lakieru z lusterka. Próżny trud, daremne żale. Powiedziałam, żeby się nie odwoływała do mojego katolickiego sumienia, bo nie mam takiego sumienia. Przecież wystarczyłoby zwykłe przepraszam, ale widocznie trafiłam na kobietę przekonaną o swojej nieomylności, wyższości, no i czarną nie tylko z wierzchu, ale i w środku.




środa, 24 stycznia 2018

Jaga na Facebook'u:



Przodotył czy tyłoprzód


Mam bliską koleżankę. Koleżanka ma zupełnie priorytety w życiu, niż ogół społeczeństwa, ale ma też zupełnie inne podejście do ludzi niż ja, no i jest bardzo dobrym człowiekiem. A dobrzy ludzie mają to do siebie, że dają się wykorzystywać. Każdy z nas ma swoją wytrzymałość, taką czarną skrzynkę, otchłań, czarną dziurę, w którą chowa swój nadmiar złości do świata. Dlatego, dobrze jak od czasu do czasu mamy możliwość tą skrzynkę opróżnić. I tak, moja koleżanka, postanowiła wyrzucić ten żal i nadmiar pretensji do ludzi, świata i życia. Zadzwoniła z pytaniem czy może przyjechać leczyć doła w naszym domowym zaciszu. Przyjechała. Mimo, iż miała u nas zagwarantowany wikt, napitek i nocleg przywiozła ze sobą dwie pizze wielkości średniego koła młyńskiego każda oraz mimo niemalże całkowitej prohibicji, flaszkę o pojemności 750 ml. Faceci profilaktycznie zniknęli w czeluściach domu, a my umościłyśmy się wygodnie w fotelach, zaczynając wieczorne żale kobiet, przeplatane sporymi kawałkami pizzy. Na stole, honorowe miejsce zajmowała okazała flaszka zacnego trunku, rodem z kraju Europy Północnej a obok kieliszki. Przesiedziałyśmy pół nocy, zeżarłyśmy obie pizze. Kiedy wreszcie „dojrzałyśmy” do unicestwienia alkoholu, twierdząc zgodnie, że skoro  zagrycha została zjedzona należałoby zacząć pić. Mimo późnej pory zauważyłam, że moja koleżanka gapi się w jeden punkt. Zapytałam o powód jej zawieszenia się. Koleżanka nadal gapiła się w ten sam punkt. Tupałam, machałam rękami, podskakiwałam niczym zabawka ze sprężynkami w kończynach. Na próżno. System. Exe nie odpowiadał. Podniosłam przeżarty zad, aby zawiesić wzrok na tym samym. I co ujrzałam? Moja koleżanka gapiła się na kota. Domowego. Czarnego. Jak wygląda czarny kot każdy wie. Jak wygląda czarny kot na ciemnej kanapie, też każdy widział a jeśli nie, to każdy może sobie wyobrazić tzn. wystarczy zamknąć oczy w ciemnym pomieszczeniu i szybko je otworzyć. No i co widać??
Kot siedział na ciemno brązowej kanapie. Teoretycznie nic nadzwyczajnego w domu, gdzie futer jest pod dostatkiem. Sięgnęłam po kieliszki w celu ich napełnienia, ale koleżanka nadal była w stanie totalnego zwieszenia. Nie dziwiłabym się gdybyśmy szkło opróżniły, ale fakty mówiły same za siebie: butelka wódki miała jeszcze nie zerwaną akcyzę, więc stan upojenia alkoholowego nie wchodził w rachubę i nijak nie mogłam dociec przyczyny dziwnego zachowania psiapsióły. NIE ZACZĘŁYŚMY JESZCZE PIĆ ALKOHOLU!! Wreszcie system zaczął współpracować. Moja koleżanka, widząc moje poczynania z kieliszkami powiedziała grobowym tonem nie znoszącym sprzeciwu:

 - Nie mogę już pić alkoholu…. – widząc mój wzrok błądzący za rozumem kontynuowała swoje wywody
 - Bo nie widzę  już gdzie ten kot ma tył a gdzie przód…..

No i popite. I wypite. A zaraz z rana stwierdziła, że pójdzie z reklamacją do sklepu monopolowego, bo tak nie mogą wyglądać dwie kobiety, które spędziły noc z dużą flaszką wódki. 

Fakt!! Nie mogą!! 


środa, 17 stycznia 2018

Jaga na Facebook'u:



Za dobre rady dziękuję z góry...i tak nie skorzystam




Nowa data nowa ja?? Nic z tego. Data owszem, nowa, ale ja nie jestem nowa, tylko starsza. Nie wiem dlaczego ludzie tak radośnie wchodzą w Nowy Rok? Nawet bawiąc się na Sylwestra na wielkich balach intrygował mnie ten fenomen. Skąd ta radość o północy? No i skąd te kretyńskie postanowienia noworoczne. Do łez mnie rozbawiały osoby opowiadające co one to nie narobią…. po Nowym Roku. Taaaa, do trzeciego stycznia a bardziej ambitni do siódmego. A co to?? Magia jakaś, czy co? A co ma się zmienić? Sens postanowień jest taki jak odtańczenie walca w rytm „Despacito” śpiewanego z playbacku. Czyli nijaki. Szybko się kończy. Przynajmniej u mnie. Bo schudnę, bo palić przestanę, bo nauczę się śpiewać, bo porządek na strychu zrobię, bo pedantką się stanę, bo pyskować przestanę, bo chińskiego się nauczę, bo zmądrzeję, bo ple ple ple…przecież nikomu tak naprawdę na tym nie zależy. Bo jak mi zależało na rzuceniu palenia to rzuciłam, będąc nałogowym palaczem całe lata i to w ilościach hurtowych. I czy to ważne czy był to czerwiec czy październik? Grunt, że nie palę od tamtego dnia. Dlaczego? Bo mi zależało. Zresztą już drugi rok z rzędu obserwuję tłumy na siłowni – w styczniu. W lutym zaczyna być mniej ludnie. W marcu normalnie. A już w maju czy w czerwcu na treningu przychodzi tylko kilka osób. Ten dzień naprawdę nie ma jakiejś specjalnej magicznej mocy. Nic się samo nie stanie. No sorry, Świętego Mikołaja też nie ma. Odśpiewanie hymnu z Luisem Fonsi nadal nie zmieni mojego życia. Skoro czegoś nie chcę robić, nie widzę w tym sensu to żeby skały srały i tak tego nie zrobię. Zresztą od jakiegoś czasu moja strefa komfortu jest moją twierdzą i mimo namolnych gadek, jakiś pożal się, psycho-kołczów, często właścicieli blogów lifestylowych, nie mam zamiaru jej opuszczać. A jak sama definicja komfortu mówi, że lubię to co jest mi znane, dobre i lubiane. Jeśli coś zmieniam w swoim życiu, to to tylko dlatego, że chcę, a nie dlatego, że jakiś  moralizator wie wszystko lepiej niż pozostała część świata, no a już na pewno wie lepiej niż ja. I jego postanowieniem noworocznym było udzielenie tysiąca rad dla Jagi. A dieta, a wyzwanie a zmiany w życiu….A co to obchodzi konia, że się wóz wywraca? A dla mnie osiągnięciem jest to, żeby nie nabluzgać ludziom, którzy mnie doprowadzają do szału. A od jakiegoś czasu lista takich osobników drastycznie się powiększyła. Staram się jak mogę być miła, ale nie zawsze moja gęba chce ze mną współpracować. I to jest dopiero wyzwanie. Bo na pewno nie postanowienie. Więc dla Wszystkich mnie odwiedzających Najlepsze Życzenia Noworoczne, dużo szczęścia w Nowym Roku, a dla namolnych kołczy i domorosłych psychologów – ja, Jaga radzę się ode mnie trzymać z daleka od mojego maila, bo i tak  nie posłucham, a tylko się wkurzę.   

niedziela, 17 grudnia 2017

Jaga na Facebook'u:



I po co to wszystko ?

Niechaj mi ktoś odpowie: jak to jest, że wymyślono syropki na powstrzymanie apetytu, wymyślono syropki na wzrost apetytu, wymyślono tabletki przeciwko gazom, tabletki na zgagę, tabletki na kaszel palacza, wymyślono tabletki na dziesięciogodzinny orgazm (NO CO?!? Spam na mailu przeglądałam i reklamę mi przysłali), tabletki na przedawkowanie tabletek, ale dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił tabletki na głupi katar?? No i po co wydawać dwa miliardy rocznie na reklamy specyfików mających nam ulżyć w cierpieniu?? Mądrzy tego świata twierdzą, że katar i przeziębienie to nie choroba, ale niech ten mędrzec powie patrząc mi prosto  w mętne, od gorączki oczęta. Albo kiedy to, na siedem razy, próbowałam się zwlec z łóżka, w godzinie nieludzkiej, bo jeszcze przed bladym świtem, tylko po to, żeby łyknąć wody, bo, śniłam, że jestem strudzonym podróżnym na pustyni, bez kropli wody, w upalny dzień, a wszystko to od spania z otwartą japą zaschło mi w gardle okrutnie i stąd te omamy. Ale niechaj ten mędrzec spróbuje oddychać przez nos. Rano tradycyjnie przy takich atrakcjach, ujrzy taki mędrzec mój nochal czerwony, zastanawiając się czy renifer Rudolf nie ma mi za złe, że robię mu konkurencję w ten świąteczny czas. Ale patrząc na swe odbicie w lustrze doszłam do budujących wniosków: żaden żul spod śmietnika nie odmówił by mi wsparcia.
Próbowałam wszystkiego co wujek gogle radził czyli:
*JAK WYLECZYĆ KATAR W 24 GODZINY,

*DOMOWE SPOSOBY NA KATAR

*JAK BEZBOLEŚNIE PRZEJŚĆ ŚMIERTELNĄ CHOROBĘ DZIESIĄTKUJĄCĄ MĘŻCZYZN

*JAK OSZUKAĆ MOJRY BAWIĄCE SIĘ MOJĄ NICIĄ ŻYCIA

*JAK SIĘ DOBRZE PRZYGOTOWAĆ DO OSTATNIEJ PODRÓŻY ŻYCIA

Próbowałam też oddychać pełną piersią, co przy zasyfionym powietrzu w okresie grzewczym i kilkukrotnie przekroczonych normach zanieczyszczenia jest niezwykle trudne.
Żywienie się energią z kosmosu też jest awykonalne, bo wolę coś bardziej treściwego. Czosnku pochłonęłam takie ilości, że żaden szanujący wampir by się mnie nie czepił. Wypiłam hektolitry soku z cytryny. Jadłam rosół z kury w wolnego wybiegu. Aż w końcu w akcie  desperacji poszłam do apteki. Wyszłam lżejsza o 50 zł PLN wynosząc z zacnego przybytku medykamenty mieszczące się w garści.
I tu uwaga – porzućcie cokolwiek czynicie, bo oto nadszedł czas objawienia. Zdradzę Wam tajemnicę: nic nie działa. Potrzebny jest czas, ciepły koc, kot do wygrzewania nóg (kto nie jest w posiadaniu kota może go zastąpić termoforem z ciepłą wodą ale ten nie będzie mruczeć) kubek z grzańcem, drugi z sokiem cytrynowym imbirem i miodem i trochę cierpliwości. Zdrówka życzę. Bez kataru, bo nie możemy kichać na przeziębienie. A przecie katar to nie choroba…ale radość dla farmaceutów i właścicieli aptek. Bo kaszel wcale nie minie po (…) a jak niewyraźnie wyglądasz to wyczyść okulary.  

piątek, 27 października 2017

Jaga na Facebook'u:



Pan Hilary


Jak już zostało ustalone z mądrymi tego świata – PESEL zobowiązuje…Zatraciłam, i to bezpowrotnie, ostrość widzenia. Niestety. Nie widzę tego co mam tuż przed nosem. Prawdopodobnie wyglądałam jak debil, zbliżając i delikatnie oddalając tekst od oczodołów, dodatkowo mrużąc oczy przy próbie złapania ostrości. Ale próżny trud i daremne żale. Jakoś na niewiele te zabiegi się zdawały. Moje literówki były notoryczne i nagminne. Ale osiągnęłam apogeum bezradności, kiedy to w sklepie usiłowałam doczytać się na etykiecie jaki jest skład produktu, który zamierzałam wrzucić do koszyka. Na nic wypróbowane triki. Na nic zdawało się mrużenie oczu, podstawianie opakowania pod intensywne źródło światła czy obracanie opakowania pod różnymi kątami. Przegrałam tą nierówną walkę. Poddałam się. Zrobiłam zdjęcie telefonem, powiększyłam i wtedy mój mało sokoli wzrok był w stanie to odczytać. Dotarło do mnie, że to nie tymczasowe schorzenie, że to już nie minie a dobrze już było. Cóż, skoro nie da się wyleczyć to trzeba z tym żyć. Potulnie podreptałam do okulistki. Cóż. Życie jest brutalne. Werdykt był łatwy do przewidzenia. Ślepota starcza. Starczowzroczność. Oko leniwe. Mój świetnie działający Zoom odmówił współpracy i działa już tylko w dal. Dlatego odruchowo odsuwałam oglądany przedmiot. Oczywiście fachowo nazywa się to dużo ładniej, ale efekt ten sam. Diagnoza: Okulary. Nie macie pojęcia jaki był mój zachwyt, kiedy to ujrzałam świat w pełnej okazałości. No Full HD w pełnej krasie. Są drażniące chwile, na przykład jak nie mogę ich znaleźć, albo jak mam wrażenie, że są wiecznie umamlane czy po prostu ich zapomnę zabrać…Do tej pory wydawało mi się, że ludzie noszący okulary wyglądają jakoś poważniej i mądrzej, ale w miarę upływu czasu dotarło do mnie, że nie każdy nosiciel bryli na nosie to urodzony inteligent. (Patrz autorka tegoż bloga) Ale czeka to większość populacji ludzkiej po 40 roku życia. Niestety, taka to już natura człowieka, nikt i nic tego nie jest w stanie zmienić. Poza okularami. 



poniedziałek, 16 października 2017

Jaga na Facebook'u:



Śpiąca czy kpiąca królewna


Nie tak dawno i nie tak daleko…żyła sobie ona i żył on. Pokręcony, wredny los postanowił połączyć ich drogi a oni postanowili połączyć swoje losy. Mimo, że wszyscy szeptali „pomyślcie” „zastanówcie się” oni krzyczeli, że są dla siebie stworzeni. Więc zaczęli życie we dwoje. W normalnych bajkach powinno być zakończenie „żyli długo i szczęśliwie”, ale życie to nie jest bajka, zakończyła się sielanka, zaczęła się szara rzeczywistość. Ale wydawało się, że im nic nie przeszkadza, ani szara rzeczywistość ani brak pracy, ani środków do życia czy chęci do ich zdobycia. Bo od czego wokół dobre dusze nie mogące patrzeć na to, jak oni w głodzie i chłodzie…tym bardziej, że książęcej parze zachciało się przydłużać książęcy ród. Pojawili się potomkowie. Czas płyną a książęca para nie zamierzała niczego zmieniać, bo tak było wygodnie. Księżniczka nie dociekała skąd książę brał dobra doczesne, w końcu od tego byli wszyscy wokół. Zresztą ona była zajęta wychowywaniem i edukacją królewiątek oraz inwestowaniem w swój duchowy rozwój. Kto by się przejmował odłączeniem prądu czy komornikiem u wrót. W końcu był jeszcze król i królowa, którzy nie wiedząc czemu, czuli się odpowiedzialni za zaistniałą sytuację. Po cichu, by nie drażnić księżniczki, podtykali księciu zapłacone rachunki, całe torby wiktuałów różnych, alby księżniczce głód do zadka nie zaglądał czy kolejne zakupione pomoce naukowe dla królewiątek. A ten nie uznawał za stosowne informować o pomocy króla i królowej. Zresztą po co kłopotać było piękną główkę księżniczki i tak bardzo zajętej czytaniem kolejnego romansidła…Nieraz, ktoś z należących do królewskiego rodu, nieśmiało próbował oponować i buntować królewską parę, ale próżny trud, daremne żale. Król i królowa byli nieprzejednani i nie pozwalali denerwować księżniczki. Bo przecież księżniczka życia łatwego nie ma, bo matka księżniczki wyrzekła się jej wydziedziczając i wyrzucając niemalże na bruk ze swojego rodzinnego królestwa. Więc nikt nie śmiał psuć nastroju księżniczki. I tak miło mijał czas. Aż pojawiła się zła wiedźma, trąciła swoim paluchem i namieszała w kociołku niczym cyganka w tobołku. Okazało się, że bajka się skończyła niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Księżniczka się obudziła. Nagle się okazało, że nie wiedziała nic o realiach życia i świata. No bo skąd. Przecież spała. Nagle się okazało, że księżniczce zaczął przeszkadzać brak stabilności. Nagle księżniczkę zaczęło wszystko denerwować. Nagle księżniczka z dobrze wychowanej, słodkiej, uroczej i miłej dziewczyny zmieniła się w kapiącą jadem i nienawiścią do całego świata, babę winiącą za zaistniały stan królową, że ta nie zapisała jej wcześniej połowy królestwa w dowód wdzięczności za trud i poświęcenie się w roli jej synowej. Z księżniczki pozbawionej zaszczytnego miana, wylazło zgorzkniałe, wredne babsko, potrafiące kląć lepiej niż nadworny szewc i odgrażającej się całemu plebsowi, co ona im to nie narobi i czego to oni nie pożałują i gdzie ona to nie wyjedzie wlokąc swoje książątka ze sobą. Nagle z księżniczki śpiącej na ziarnku grochu wylazło gruboskórne, wulgarne, odrażające i chamowate stworzenie niszczące i miażdżące uczucia wszystkich wokół. Jakoś nagle za nic miała tyluletnie poświęcenie króla i królowej roszcząc sobie prawa, nie do połowy królestwa, ale do całości. Na nic zdały się wojny wypowiedziane przez królową ościennym ludom w obronie czci i honoru księżniczki. Bo księżniczka się obudziła niczym niedźwiedź ze snu zimowego, tylko ona w swoim stanie trwała na tyle długo, że królewiątka niebawem uzyskają pełnoletność, król i królowa stracili zdrowie i majątek a z czasem i życie...Księżniczka obudzona ze snu kilkunastoletniego zachowuje się jak by cały świat był winien, że jej stan trwał tak długo.  
Morał z tej bajki? Takim to dobrze. Bo jeśli masz w dupie cały świat i pół Ameryki przez długie lata a żyjesz na cudzy koszt udając, że tego nie widzisz, bo tak ci jest wygodnie, po przebudzeniu nie dziw się, że świat nie spał razem z tobą. 





wtorek, 10 października 2017

Jaga na Facebook'u:



Nie wstanę-tak mi dobrze



Przyszedł taki moment w moim życiu, że trafiłam na kłody, sypnięte pod nogi i to w hurtowych ilościach. Byłam bez szans, musiałam się wywrócić. I tak sobie leżę, zastanawiając się czy warto wstawać. Chwilami czuję się jak bezmyślny turysta, który mimo ostrzeżeń polazł w góry i został przysypany przez lawinę. Tylko jakoś, ni cholery, nie widzę bernardyna ze zbawienną beczułką rumu przy szyi. Żaden twórczy smutek mnie nie dopadł. Na razie jedyne co widzę, to tylko dno, beznadzieję, trochę mułu i wodorosty. Ile razy można się potykać i rozwalać sobie fasadę? Jeszcze nie tak dawno jedynym moim problemem było parę kilogramów nadwagi i to, że mnie nie znosi teściowa, ale teraz niewiele mnie to obchodzi. A swoją drogą to dziwne jak szybko przewartościował mi się świat…Nie wiem jak mam się zebrać do kupy. Średnio mi idzie, bo czuję się  jak szklanka, która spadła z wysokości  blatu na kuchenne płytki i rozsypała się na wiele kawałków. Teoretycznie można poskładać i posklejać, ale po co? I tak mimo najszczerszych chęci i niezłych umiejętności w składaniu,  braknie jakiegoś kawałka. Acha, i ta szklanka nigdy już nie będzie taka sama. Zawsze jej będzie czegoś brakować. I ja też już nigdy nie będę taka sama. Nie wiem jak długo jeszcze potrwa ten stan. Zawsze będzie mi brakowało wsparcia i krytyki mamy, która miała być zawsze i wydawało mi się, że była wieczna  i  ze stali. Tak jak wydawało mi się, że ludzie nie są w stanie mnie już niczym zaskoczyć. A tu taka niespodzianka. Ci, którzy wcale nie musieli, tylko chcieli po prostu posłuchać mojego biadolenia i wylewania żali wiedzą jak trudno jest słuchać. I słuchali, chociaż nie musieli. A ludzie od których spodziewałam się wsparcia, bo łączyły mnie z nimi więzy krwi, jasno dali mi do zrozumienia, gdzie mają moją żałobę i żal po stracie, każąc mi dochodzić swoich praw w sądzie. Celowo napisałam to w czasie przeszłym... łączyły... mam gdzieś takie pokrewieństwo. wypisałam się z ich rodziny. Szkoda mi czasu na opisywanie rodzinnego gniazda żmij, ale mama była by w szoku, że jej najbliższa osoba, jedyna siostra, 24 godzin po jej pogrzebie kazała mam spadać...no dobra. Tak zrobiłam mając nadzieję, że kiedyś  się zachłyśnie swoimi decyzjami. I oby się krztusząc nie udusiła, bo może się okazać że nie będzie jej miał kto ratować a nawet po plecach poklepać. A ja mam coraz większy problem z rozdzieleniem dobra od zła i połapania się o co chodzi ludziom i dlaczego celowo zatruwają życie innym czerpiąc z tego dziką radość. 

poniedziałek, 4 września 2017

Jaga na Facebook'u:



Bez tytułu...


Na stoliku nocnym została szklanka wypełniona do połową wodą, nie doczytana książka z zakładką, chyba  gdzieś w połowie, zmięta chusteczka i kilka tabletek przeciwbólowych. Nikt nie odważył się czegokolwiek przestawić, usunąć, jak by to miało coś zmienić, jak byśmy wiedzieli, że sprzątając rzeczy z Jej pokoju będziemy musieli pożegnać się z Nią na zawsze. To nie tak miało być…Miała skończyć wyszywanie mojego obrusa haftem Richelieu, który ja zaczęłam, ale leżał u mnie 15 lat, bo mi brakło cierpliwości. Obiecała. Miała podać mi przepis na sałatkę, którą zrobiła w czerwcu na imieniny ojca. Obiecała. Miała skończyć sweter na drutach. Obiecała. Miała rzucić palenie. Obiecała.…Obiecała i nie dotrzymała słowa. To zupełnie nie w jej stylu. Zawsze była słowna i tego samego wymagała od innych. Zostawiła tyle niezakończonych spraw, tyle planów, tyle pomysłów. I tyle nie używanych kosmetyków, które miały być "na później." Teraz już nie ma dla niej żadnego PÓŹNIEJ. Pozostał tylko bolesny ucisk w gardle i  ukradkiem ocierane łzy. Mam pretensje do świata i życia. Do świata, że istnieje nadal, mimo że Jej już nie ma. Do życia, że bezpardonowo toczy się dalej, swoją prędkością, jak by nic się nie stało... to nie jest w porządku. Patrzę z przerażeniem na ojca, którego przez 3 tygodnie ubyło chyba z 10 kg, który jak został sam powiedział, że jedno umiera, drugie przestaje żyć.... za rok by obchodzili 50 rocznicę ślubu... Patrzę na siostrę, która w 3 tygodnie  posiwiała, na braci, którzy zastanawiają się co z nami teraz będzie. jak będziemy funkcjonować bez Niej. Była przecież z nami od zawsze. Nie była aniołem. Była surowym sędzią i krytykiem.  Potrafiła dopiec tak bardzo, że brakowało argumentów, ale była zawsze, gdy była potrzebna jej pomoc.  Dzwoniłam, jechałam…To Ona sklejała rodzinę, Ona trzymała nas w całości. Dlaczego nie mogę płakać? Kto powiedział, że to zawsze ja muszę być twarda? Przecież i tak rozpadłam się na milion kawałków, składam się jak potrafię, ale tak bardzo bym chciała móc się rozkleić. usiąść i płakać płakać, płakać .. Tylko boję się że jak sobie pozwolę na ten luksus, to nigdy nie przestanę. Podobno z czasem będzie mniej boleć. Tylko jaki to ma być czas? I kto powiedział, że mając tyle lat, ile mam, nie wypada mi płakać z tęsknoty za Mamą…. 


poniedziałek, 24 lipca 2017

Jaga na Facebook'u:



Wina leży po ich stronie



Dawno nie narzekałam na facetów? No dobra, z powodu przedłużających się remontów i braku słowności fachowej siły malarskiej mam niską tolerancję na irytujący czynnik męski.

Uwielbiam czekoladę, uwielbiam ją nad życie. Inne słodycze też kocham. Ale z powodu ich silnie alergizujących właściwości zmuszona jestem do ograniczania. Alergia objawia się silną opuchlizną, szczególnie w okolicach bioder i  klatki piersiowej oraz ogólną niemożliwością wbicia się w ciuchy z poprzedniego sezonu. Więc opuchlizna ogólna zagraża mojemu jestestwu. No bo cukier nie taki, bo kardiolog przy kolejnej kontroli i stwierdzonej  nadwadze znów paluszkiem pogrozi i tabletki do łykania zaordynuje. Więc cóż. Ograniczam. Ale wiadomo, że nieraz trzeba małymi dawkami się uodparniać. No dobra, poniosło mnie z tymi małymi dawkami. Są i większe porcje, bo ja lubię….ryzyko wystąpienia alergii. Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu. Wtedy do akcji wkraczają moi domownicy, którzy są lepsi od dietetyków. Strażnicy moich kilogramów. Obrońcy z urzędu. Ochroniarze przed wredotą kalorii. Oni. Czyli faceci – domowi dietetycy. Kiedy słyszę „nie jedz tyle tej czekolady” to budzą się we mnie instynkty mordercze. A w sumie to chcę pochłonąć jeszcze trochę, więcej, całą górę czekolady. Moja wada, a może i zaleta(?) – działam pod wpływem chwili, czyli chcę to jem, nie chcę to nie jem. Oczywiście, więcej i częściej „chcę”, mimo, że powinnam się pilnować, walczę, ale to nie jest powód, żeby mi przypominać przy każdym kęsie czegoś słodkiego, że poniosłam sromotną klęskę. Dostaję szału, wściekam się i do życia budzą się inne stosunki społeczne oparte na wzajemnej wrogości. Niemalże jak wendeta.
Coś ze mną jest nie halo, tylko dlatego, że potrafię po otwarciu wsiorbać całą czekoladę? Albo dwie? Że nie mam umiaru? Że dopóki się nie skończy to ja się nie poddam? Że paczka ciastek nie jest w stanie mnie zasłodzić czy zamulić na dłużej niż 5 minut? Jak ja nie znoszę moich facetów w roli dietetyków!!!  Jedno jest pewne!! To oni muszą nauczyć się samokontroli i nie zostawiać na wierzchu słodyczy, czekolad, stada krówek czy innych uwielbianych przeze mnie grzesznych i tuczących przysmaków. Bo przecież to ich wina, że ja nie panuję nad odruchami i zjadam tak dużo słodyczy. 

niedziela, 2 lipca 2017

Jaga na Facebook'u:



Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest celowe...


Zanim powiesz i napiszesz, jaka jestem beznadziejna i jak brzydko wypowiadam się o rozwydrzonych bachorach i ich wymóżdżonych mamusiach, odpowiedz mi na pytanie: Lubisz jak ktoś rzuca w Ciebie kamieniami?Bo ja nie...No a jeśli ktoś chce zrobić krzywdę mojej psicy dostaję piany większej niż ona. Nasze domostwo stoi na trasie przelotowej niewielkiej ilości dzieci wracających ze szkoły. Powtarzam: DZIECI. Niektórych dzieci. Wykluczam bachory, angory i inne pomioty, które matka z ojcem chowają zamiast wychowywać. Nie tak dawno wredny angor, w ramach walki z nudą, rzucał kamieniami w naszą siatkę podskakując przy tym  jak debilasta  marionetka z ADHD wydając dźwięki niczym najgłupsza gra komputerowa. Mamuśka z gębą osadzoną w smartfonie brzuchem popychała wózek z mniejszą latoroślą. Zero reakcji. Szlag troisty mnie trafił, bo w końcu to moja psica, moje ogrodzenie więc po cholerę gnojek to robił? Bo nie wiedział, że nie wolno? Bo fajnie drażnić zwierzęta? Bo chce wyrosnąć na psychopatę? Ale, z drugiej strony, skąd ma wiedzieć, że zwierząt się nie krzywdzi, skoro rodzice nie kupili jeszcze smarfonika, a w szkole nie było jeszcze takiego tematu na lekcji. Mamusia nie wyglądała na taką, która potrafiła by komukolwiek cokolwiek wytłumaczyć…Moje próby nawiązania kontaktu wzrokowego czy werbalnego z dawczynią życia małego głupka spełzła na niczym. Poinformowałam ją, że takie zachowanie jest karalne i zadzwonię na policję, ale odpowiedź matki wyrwała mnie z butów. Pańcia odrzekła, że „takiego psa” należy trzymać na łańcuchu. Nie bardzo wiedziałam, co ma na myśli, sycząc „takiego.” Takiego, co szczeka, bo bezmyślne tłumoki rzucające kamieniami w siatkę, prowokując stworzenie, które pilnuje swojego terenu? Takiego, który jest za ogrodzeniem? Takiego, który śpi w domu, bo jest domownikiem a nie ruchomym celem dla jakiegoś debila? Oczywiście nie oparłam się pokusie, żeby nie odpowiedzieć,że takie matki z takimi dziećmi powinny siedzieć w boksie 2x2 w kagańcu i z kolczatką, ale mamusia roku nadal nie reagowała na zachowanie synusia. Ten radośnie rzucał kamieniami ciesząc się jak niespełna rozumu pacjent oddziału psychiatrycznego.
Nie wytrzymałam, informując gnojka, żeby przestał rzucać kamieniami w mojego psa
Zero reakcji.
Ani mamusi ani bachora. Więc powtórzyłam to podniesionym głosem…
W końcu drę się do głuchego kretyna warcząc głośniej niż moja psica
- w mamusię rzuć bohaterze, dlaczego rzucasz w mojego psa ?
I, uwaga!!! Tu konsternacja. Zarówno mamusi jak i bachora. Na chwilę się zatrzymali i mamusia odciągając twarzoczaszkę od telefonu, łaskawie obdarzyła mnie pogardliwym spojrzeniem i rzekła:
- no chyba jest jakaś różnica między mną a psem – a ponieważ tu dramatycznie zawiesiła głos, aby wziąć wdech wpadłam jej w słowo
- O, tak, jest różnica, bardzo duża różnica, mój pies jest mądrzejszy...




P.S. Jeśli słyszę histeryczny ton dziennikarza „PIES znowu POGRYZŁ DZIECKO” to od razu widzę w/w scenkę. A dziecięciu z opowiadania, opartego, niestety, na faktach z mojego życia, oraz jego mamusi, z całego serca życzę, aby kiedyś podczas takich zabaw trafili na niekompletne ogrodzenie albo na właściciela mniej cierpliwego niż ja i może zacznie rzucać kamieniami tylko w nich…

Przez znęcanie się nad zwierzętami należy rozumieć zadawanie albo świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień, a w szczególności: (…) złośliwe straszenie lub drażnienie zwierząt.


niedziela, 25 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Kurier i Sendello



Nie znoszę stacjonarnych zakupów. Łażenie po galeriach, sklepach, przepychanie się przez tłum? Nie, to nie dla mnie. Szkoda czasu. Ale nieraz potrzeba coś kupić. I tu z pomocą przychodzi Internet. Uwielbiam tą formę zakupów. Nie dość że szybko, to jeszcze z dostawą pod drzwi. Jedyny mankament takich zakupów to niemożność dotknięcia. No i zdarza się nietrafiony zakup. Ale kupujący ma prawo w ciągu 14 dni zwrócić towar. Jeszcze do niedawna wysłanie paczki było stresującym zajęciem i graniczyło z cudem – i to z drogim cudem. Ale i ta nisza na rynku zaczęła się wypełniać. Trafiłam na Sendello.pl. Opinie możecie wyrobić sobie sami korzystając z ich usług.
„Sendello.pl to broker usług kurierskich, dzięki któremu szybko i wygodnie zamówisz krajowe oraz międzynarodowe przesyłki kurierskie w atrakcyjnych cenach.”
„W serwisie Sendello.pl przesyłkę kurierską wyślesz już od 7,99 zł netto. W cenie tej zawarte jest odbiór paczki od nadawcy, doręczenie pod wskazany adres oraz podstawowe ubezpieczenie przesyłki (minimalnie do 500 zł).”
Teraz jest to prostsze niż kiedykolwiek. Wystarczy wejść na stronę
http://www.sendello.pl/ zarejestrować się i zamówić kuriera.
Nie dość, że przesyłki, paczki i koperty można wysłać najtaniej to jeszcze jest możliwość ich monitorowania.

Jedyna trudność to zaadresowanie i przygotowanie paczki do wysłania. Ale i tu serwis Sendello.pl służy pomocą i opisuje krok po kroku jak prawidłowo przygotować paczkę do wysłania.
„Za prawidłowe przygotowanie przesyłki do transportu odpowiada nadawca
Informacje podstawowe
1. Upewnij się, że karton jest wystarczająco obszerny, aby pomieścić cały towar. Zawartość nie może stykać się bezpośrednio ze ściankami kartonu. Towar o nieregularnych kształtach powinien być dodatkowo zabezpieczony wypełnieniem.
2. Po zapakowaniu paczka powinna mieć regularne kształty.
3. Z kartonu nie może wystawać zawartość przesyłki.
4. Gdy w karton jest większy niż zawartość, a nie zastosujesz żadnego wypełnienia jest duże prawdopodobieństwo, że przedmioty z paczki ulegną uszkodzeniu.
5. Wysyłając przesyłkę paletową pamiętaj, że zawartość nie może wystawać poza obręb palety. Cięższe elementy ułóż na spodzie palety, a lżejsze na wierzchu. Przy pakowaniu palety zalecane jest zachowanie równomiernego rozmieszczenia elementów, tak aby środek ciężkości zlokalizowany był centralnie, niweluje to możliwość przechylania się ładunku na boki. Całość należy trwale przymocować do palety taśmami bindującymi oraz folią stretch. Foliowanie stretchem rozpoczynamy od zawiązania jej na słupku.”
Prawda, że nie jest to skomplikowane?
Opinie o serwisie Sendello.pl  są bardzo pozytywne więc nie ma co się zastanawiać tylko adresować paczkę i czekać na kuriera. Szybko, tanio i nie wychodząc z domu…. 




niedziela, 11 czerwca 2017

Jaga na Facebook'u:



Takt i kurtuazja to moje drugie imię


Koleżanka wpadła do mnie jak chmura gradowa. Wściekła i dysząca. Zioniejąca jak parwóz z czasów mojego pradziadka. Miała nową, niezbyt trafnie dobraną fryzurę. Ba, wyglądała jak oszołom. Zauważyła, że się na nią bezpardonowo lampię. Ale ciągle taktownie milczałam. Rzuciła torebkę pod stół i rzekła
 - NIE CHCĘ O TYM GADAĆ!! 
Robiłam kawę nadal rzucając spojrzenia przez stół. No ale oczywiście ja to ja…Takt i milczenie uważałam za zakończone. Chyba długo nie potrafię trzymać języka za zębami. Pocieszyłam ją:
 - NIE PRZEJMUJ SIĘ. Odrosną A kolor się spłucze.
Popatrzyła na mnie jak na debila, zaczęła się jej trząść broda i wybuchła:
- Mój skretyniały mąż wydał wszystkie oszczędności przeznaczone na wakacje, i to na co? Na NOWY PANORAMICZNY TELEWIZOR!! Chciałam sobie poprawić humor poszłam do najdroższego fryzjera w mieście. - TO SE QRWA POPRAWIŁAM...

Czy ja zawsze muszę palnąć jak krowa o beton? Umiejętność pocieszania koleżanek bezcenna, za wszystko inne zapłacisz kartą

środa, 31 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka II


Jak przystało na kobietę, torebek oczywiście mam bez liku – ale nie lubię ich zamieniać, wymieniać ani przemieniać. Jak wywnioskowałam z komentarzy pod poprzednim wpisem to nie jedyna jestem… Ale zdarza mi się. Torebkę zmienić oczywiście. Z róznym skutkiem. Jakiś czas temu byłam u lekarza, po szpitalu, na wizycie kontrolnej i żeby doktor wypisał mi poszpitalne zwolnienie z pracy. Lekarz jest nie tylko dobrym i cenionym specjalistą, ale też sympatycznym starszym panem. Po badaniu kontrolnym zagaił rozmowę na temat problemów z parkowaniem, zainteresował się gdzież to udało mi się upchać mój pojazd. W końcu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli do podania danych doktorowi, w celu uzupełniania druku L-4. Ktokolwiek widział ile rubryk jest do uzupełnienia na tym zacnym druczku, to wie, że jest to czasochłonne zajęcie. W końcu doktorek poprosił o dane z dowodu. Żaden problem. Sięgnęłam po torebkę damską i zaczęłam grzebać, jak nie przyrównując, dziad dworcowy czy cyganka w tobołku. W końcu doktor nie wytrzymał i zapytał
 - Niech pani nie mówi, że nie ma pani dokumentów.
 - Nie mówię przecież, no nic nie mówię,  ale nie mam
 - No, ale przyjechała pani samochodem…. – i tu padło kilka zdań na temat kobiet i ich roztrzepania, wszystko oczywiście okraszone dawką ciętego dowcipu i lekkiej ironii.
 - Oj doktorze, nic pan nie rozumie –
 - To niech mi panie, dla mojej wiedzy i satysfakcji wyjaśni, dlaczego, jeżdżąc autem, nie ma pani przy sobie żadnych dokumentów?
 - Już tłumaczę, bo ja wczoraj byłam w innych butach….
Mina doktora mówiła sama za siebie. Ni cholery, nie wiedział co ja do niego mówię. Wzrok błądzący za rozumem, wytrzeszcz oczu i błędny wzrok świadczył, że słyszy, bo mówię do niego,  i to po polsku, ale ni cholery, nie rozumie.


Na szczęście Dziecek był pod telefonem, poszukał mojego dowodu i podał mi potrzebne dane. Wychodząc, lekarz patrzył na mnie wzrokiem świadczącym o zerowym zrozumieniu dla nas, kobiet. Poprosił o zostawienie karty w rejestracji ale zaznaczył o zostawienie a nie wsadzenie jej do przepastnej torby i patrząc na mnie nadal mamrotał „bo co, do cholery, mają wspólnego buty z brakiem dokumentów?”
No patrzcie, taki mądry, doktor, a nic pojąć nie mógł. 

wtorek, 23 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Torebka I


Wreszcie się zrobiło po-zimowo i ciepło. Stwierdziłam, że trzeba wyleźć z gawry i pooglądać ludzi. Złapałam torebkę i postanowiłam pojechać do koleżanki na kawę. A torebkę mam ciągle tą samą. A teraz, po kilku latach zmieniałam zwis naramienny. Też mi wyczyn, co? Bo ja jakaś taka, dziwna jestem,  jak  nie kobieta, np nie cierpię zmieniać torebek. Mimo to mam ich całe mnóstwo. Też nie wiem po jaką cholerę…Może dlatego, że stolarz projektując garderobę zaprojektował wielką szufladę na torebki. Więc pewnie było by mi głupio, żeby teraz stała pusta. Każdorazowa zmiana torebki w zależności od panującego nastroju czy koloru butów kończy się dziwnie, żeby nie powiedzieć dosadniej…klapa i porażka. Albo zapomnę przełożyć kluczy albo innego równie nieodzownego drobiazgu w wyposażeniu podręcznej torebusi. Więc moi znajomi przyzwyczaili się do ekspozycji stałej.
Wpadłam do koleżanki na szybką kawę - ta nic nie mówiąc taktownie krzątała się po chałupie rzucając na mnie okiem raz po raz. W końcu nie wytrzymała i rzekła
 - Spieszysz się ?
 - Ee,,, no raczej nie, bardzo, no tak średnio, a skąd te wnioski ?
 - Pewnie jedziesz do Dużego? Nic nie mówiłaś, to przyjemnej podróży – teraz ja patrzyłam na nią jak na wariatkę
 - Wyganiasz mnie?? Pewnie i pojadę, ale nie dziś, gadaj, co Ci się roi?
Bez słowa, skinieniem głowy, wskazała na wieszak z moją odzieżą wierzchnią i to z czym przylazłam do niej
 - Bo… bo… jesteś z torbą podróżną?
Osłabłam i padłam.

 - Qrwa – nie, no po prostu nie!! To moja  nowa torebka -  Na pewno nie podróżna!! Tylko jakieś 35x30..To moja podręczna, nowa, torebka damska.

niedziela, 14 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Wcale nie dziwne spotkania bliskiego stopnia


Jakoś tak się złożyło, że po miesiącach podczytywania bloga FrauBe dostałam olśnienia. Ona mieszka w tym samym mieście co ja! Tak wiem, po miesiącach... Ale na swoje usprawiedliwnie mam tylko swój kolor włosów. Lepiej późno niż później...Po mailowym wymienieniu myśli, wrażeń i wspomnień, okazało się, że wychowywałyśmy się po sąsiedzku, ba!! Mamy nawet wspólnych znajomych. No i po jakimś czasie postanowiłyśmy zobaczyć swoje lica. Oczywiście ja, jako ta bardziej nienormalna, zainicjowałam to wszystko. Tylko nie w Realu, bo u nas Real zlikwidowali. Spotkałyśmy się na reprezentacyjnym, miastowym deptaku, który teraz ni cholery, ani wyjściowy ani reprezentacyjny. Bo w remoncie. Nawet biednego Nalepę z deptaka eksmitowali. Po wymianie znaków rozpoznawczych w stylu ”rozczochrany łeb, wzrok dziki, szata plugawa” czy „koszula farmera w kratę” bez problemów zobaczyłam FrauBe czającą się w pobliskiej bramie, i to wcale nie przede mną tylko przed pierwszymi ciepłymi wiosennymi promieniami słońca. I tu zdradzę wiele, jak napiszę, że nie po szacie plugawej ją poznałam, ale po serdecznych, roześmianych oczach. Aby nie budzić sensacji w samym centrum miasta udałyśmy się do pobliskiego lokalu. Oczywiście mieliłyśmy paszczami długo i namiętnie, przepijając i przegryzając całokształt. Mimo ostrzeżeń FrauBe, że jest jakoby mało rozmowna i mam podtrzymywać rozmowę, spotkanie nie przebiegało w milczeniu i nie był to monolog. Kobitka okazała się ciepłą istotą z dużą dozą poczucia humoru, jakże innego od mojego jadu ociekającego sarkazmem. No, a jej cechą charakterystyczną jest to, że uwielbia zwierzyniec a nienawidzi ludzkiej zawiści. Więc jak nie czuć do niej sympatii? Czas upłynął nie wiadomo kiedy, ale, postanowiłyśmy to powtórzyć. Bo ja nie tylko Jaga, ale baba i wariatka… Postanowione i zaklepane. 


sobota, 6 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Lojalny mąż


Chyba ostatnie chłody skłoniły mnie do oglądania zdjęć z poprzednich sezonów letnich. W wakacyjny czas odwiedziliśmy z Dużym jeden z krajów Afryki. Dostosowałam się do kanonów i zasad zwiedzaczy. Zero spódnic, dekoltów czy innych europejskich ekstrawagancji. Jednego nie zmieniłam – koloru włosów.  I tu byłam dla tubylców taką egzotyką, jak dla nas, ich mało turystyczne zakamarki. Zwiedzając egotyczne zakątki, mało popularne wśród turystów, zauważyliśmy wzrok jednego ze starców, znajdujących się obok knajpki do której weszliśmy, na pachnącą z daleka, herbatę miętową. Jakiś starzec podszedł w towarzystwie innych starszawych jegomości. I łamaną angielszczyzną, oczywiście mnie totalnie ignorując, zaczął dialog z moim mężem. I co się okazało?  Starszawy jegomość chciał mnie kupić. Do tej chwili myślałam, że to bzdury, anegdoty i opowieści dziwnej treści, ale ten dziadunio naprawdę chciał dobijać targu, oferując mojemu mężowi trochę złota,  stado wielbłądów, kilka kóz i herbatę miętową... Kiedy to mój mąż wyraził zdecydowany sprzeciw, jeden ze starszych powiedział, żeby się dobrze zastanowił, bo za „taki” towar to rewelacyjna cena. Duży zdecydowanie oponował. Staruszek podbijał cenę. Nie wiem ile w końcowym rozrachunku wielbłądów miał za mnie otrzymać Duży. W końcu zjawił się nasz tłumacz. Szturchając mojego męża w bok powiedział
- NIECH SIĘ ZASTANOWI!!!!! – wysyczał w ucho mojego ślubnego - BO TO NAPRAWDĘ SUPER OKAZYJNA CENA
Cóż, powinnam być dumna, bo wpadłam w oko plemiennej starszyźnie? I nie bacząc na nic, nawet na mój imponujący przebieg, chciał za mnie dać kilka stad wielbłądów? Duży był lojalny. Odmówił kategorycznie, zostawiając zniesmaczonego starca ze złotem, kozami i wielbłądami na placu targowym. Kiedy to nasz tłumacz strofując mojego męża, dociekał jak mógł odmówić, w jego mniemaniu, za „taki” towar, tak hojnej zapłaty, marnując interes życia, wyrywając sobie kędzierzawe loczki z ciemnej łepetyny, krzycząc na zmianę „DLACZEGO?? WHY??”, użalając się po raz kolejny, nad bezdenną głupotą mojego męża, ten odparł:
 - Panie, a jak z tymi kozami i wielbłądami miałbym wsiąść do samolotu?


czwartek, 4 maja 2017

Jaga na Facebook'u:



Na psa urok

Czy już mówiłam, że moje sympatie są zazwyczaj odwzajemnione? Odkąd nasza psica mieszka z nami, to już tyle lat a ja jestem klientką KRAKVET. Solidna firma. Lubię ich a co za tym idzie, oni mnie też. Pisałam  już o nich nie raz i niedwa. A  od długiego czasu dbają o to, żeby moja zwierzyna miała dodatkowe atrakcje. Po raz kolejny dostałam od nich w prezencie przesyłkę, i to taką, że kurier miał problem, żeby dotaszczyć mi paczkę pod drzwi. Tym razem psica dostała wór przysmaków


i hektolitry wody dla psa. Butelkowanej.


Mineralnej. Z acerolą. Nie wiedziałam, że można butelkować wodę dla psa. Ale już wiem. Ma świetne rekomendacje i opinie.
Ale ponieważ to była woda przeznaczona dla psa jakoś wybitnie przypadła do gustu właśnie kotom.


I znów nasza sunia, postrach wsi, wszystkich listonoszy, kurierów i domokrążców, musiała czekać na swoją kolejkę , tym razem do wodopoju. Psica jest typem psa niejadka. Na co dzień to nie jest problemem, ale na tresurze był. No spróbuj, człowieku, zachęcić futrzaka do wysiłku, skoro żadne zachęty, typu przysmak, nie działają. Więc nie dziwcie mi się, że popadam, niemalże w euforię, skoro „normalne” psie przysmaki leżą dopóki się nie rozpadną, albo koty gdzieś nie wyniosą, a tu KRAKVET wysyła paczkę z psimi smakołykami, które są w stanie doprowadzić do euforii mojego owczarka niemieckiego. Psica nie jest typem żebraka. Jeśli jest w kuchni podczas naszych posiłków, to tylko dlatego, że chciała być w naszym towarzystwie. Nie ma błagalnego wzroku wlepionego w nasze talerze czy kapiącej śliny. Żadne przekupstwa w formie jedzenia nie wchodzą w grę. Za to teraz na dźwięk słów „chodź dam ci coś dobrego” sunia biegnie w miejsce magazynowania przysmaków od KRAKVETU. Siada przed szafką i przebiera łapkami niczym ratlerek z rodowodem.





Bawi mnie to, bo już wiem, że psy też mają swoje upodobania. Mają swoje gusta i smaki. A przysmaki od Krakvet smakują jej wyjątkowo dobrze. Wiem, że coś im może smakować albo nie. A KRAKVET ma we mnie dożywotnią klientkę. Trudno. Chcieli to mają. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Zaklinanie wiosny


Zawsze uważałam, że marudzenie i narzekanie na pogodę jest głupie i pozbawione głębszego sensu, bo póki co nie mam wpływu na temperaturę za oknem – ale w tym momencie, wbrew zdrowemu rozsądkowi, chcę wrzeszczeć. Staram się za wszelką cenę zaklinać wiosnę, jednak ta mnie ma gdzieś i jest nieczuła na moje lamenty, płacze czy groźby pod swoim adresem. 


Chyba wystarczy mi sezonu grzewczego – trwa od września. Z trzaskającymi mrozami i zaspami śnieżnymi w grudniu czy styczniu nie walczyłam i nie dyskutowałam. Nie pałam miłością do zimnych stref klimatycznych i temperatur poniżej 25 st., ale nie protestowałam, bo w końcu po to jest zima, żeby było zimno. Wiem, że w naszej szerokości geograficznej są ludzie, którzy teraz się dobrze czują, ale ja do nich nie należę. No przykro mi. A teraz mówię DOŚĆ. Moje akumulatory się wyczerpały, ogrzewanie wewnętrzne przestało działać,  jest mi ciągle zimno i jestem w pełni nieszczęśliwa. Grzejniki w domu są tak gorące, że nawet koty nie są w stanie na nich wysiedzieć, bo wokół rozchodzi się swąd palonej sierści, a ja i tak mam na sobie 5 warstw szat, niczym cebula. Z powrotem do łask wróciły zimowe kurtki i buty. Jeśli ktoś zechce przyłączyć się do absurdalnego, w swojej czystej postaci, buntu, tym bardziej, że pogodynka, z radosnym uśmiechem na papie, obwieściła całemu światu, że na najbliższe 10 dni nic nie zmieni się w przyrodzie i pogodzie, to zapraszam. Więc załamania pogodowego nie będzie i pocenie się w najbliższym czasie  nie grozi nikomu. Wiosna stwierdziła, że wpadnie  nas odwiedzić w następnym sezonie. Oby i lato nie wzięło przykładu z wiosny. 


wtorek, 18 kwietnia 2017

Jaga na Facebook'u:



Sezon na żmije odc.5


Jak już wspominałam tutaj tutaj  wylądowaliśmy na wsi. Moje szczęście zdawało się nie mieć końca. Ale miało. I to całkiem szybko. Nowi sąsiedzi postanowili zadbać o naszą kondycję psychiczną i dlatego, żebyśmy nie powariowali ze szczęścia, szybko skrócili nam niekończącą się radość z mieszkania w swoim domu. A co! Najpierw stwierdzili, że my, jako ludność miastowa i napływowa musimy dostosować się do ich reguł gry. Czyli skoro oni mówią, że będą chodzić po naszej działce, to będą. Bo oni zawsze (!!!) tamtędy chodzili. I my jako nowi nie powinniśmy oponować. Samochód postawiony na działce – trzeba wezwać policję. Oczywiście działka nasza i auto też. Ale sąsiadom, w zawiadamianiu organów ścigania, ten fakt jakoby nie przeszkadzał. Policja przyjechała, potwierdziła, że auto i działka jest naszą własnością i odjechała. Ogrodzenie? Brama? A to już był pretekst, żeby złożyć pozew w sądzie cywilnym. I tak się bawiliśmy prawie dwa lata, ciągani po sądach, tłumacząc się, jak nie przyrównując, duży zwierz z łopatami, czyli łoś, że jest to nasza własność. Aż w końcu zdecydowaliśmy się i odparliśmy atak – warto było, bo dziś mamy święty spokój. Sąsiadom odechciało się chodzić po naszej działce mimo, nadanej przez sąd służebności (o zgrozo!!) na początku naszej znajomości (a raczej nieznajomości wsiowego prawa zwyczajowego i mimo ukończonych studiów, szybko poznaliśmy znaczenie terminu ZASIEDZENIE.) Teraz oni wrócili na chrześcijańskie ścieżki, czyli na drogę gminną. No ba!! Nawet odgrodzili się od nas dwumetrowym ogrodzeniem, bo urażona duma nie mogła znieść wszystkich sądowych porażek.



Ale nasza działka jest tak usytuowana, że z dwóch stron mamy za sąsiadów małżeństwo starszych ludzi. Tak na oko trochę więcej niż osiemdziesięciolatkowie. Na oko zdrowi psychicznie. Ale tylko na oko.  A ja psychiatrą nie jestem. A szkoda – dziś skierowała bym oboje na leczenie zamknięte. Pan Sąsiad – Żmij – nie wiem jak poprawnie nazwać  żmiję  w rodzaju męskim, okazał się wrednym staruchem z jajecznicą zamiast mózgu. Zaczęło się niewinnie. Żmijowi się ubzdykało, że nasze koty niszczą jego ogrodzenie. Nic to, że siatka ogrodzeniowa pamięta II Wojnę Światową i naloty zwiadowcze samolotów niemieckich nad Rzeszowem oraz czasy gdy na terenach wyzwolonych żołnierze Armii Czerwonej kopali linie okopów to nasz sąsiad  wtedy robił zasieki i  ogrodzenie i tak zostało mu ono do dziś. To nic, że, nasze koty to nie tygrysy bengalskie, nawet nie koty Maine Coon a w sezonie letnim łącznie obydwa ważą niecałe 6 kg. Mimo, że nasze koty nie są jedynymi kotami we wsi, które nabyły umiejętność przeskakiwania przez siatkę. Ale Żmij widząc mnie w ogrodzie każdorazowo piłował twarz, że koty mu niszczą siatkę. Ignorowałam, bo stwierdziłam, że Żmij ma już tak dużo lat, że właśnie z tej racji należy się mu szacunek. Później dostarczyliśmy Żmijowi kolejny pretekst do ataków na moją osobę. Nabyliśmy psa. A pies ma to do siebie, że szczeka. A na widok Żmija nasza psica dostawała białej gorączki. Nie wiedziałam co jest powodem takiej nienawiści międzyrasowej. Do czasu. Kiedyś Żmij przekonany, że wszyscy tyramy na chleb poza domem, zaczął wymachiwać w kierunku naszej suki końcówką do opryskiwacza na chwasty, wystawioną przez oczko leciwej siatki. Poczekałam chwilę cierpliwie skryta za bujnym zielonym pnączem, posłuchałam jak pan Debil wykrzykuje, plując jadem coś w rodzaju „chodź tu, oczy ci zapryskam, chodź durny psie, zapryskam cię, zdechniesz, zdechniesz” Temu miłemu monologowi towarzyszyło kopanie w siatkę. No i  tego już dłużej nie zniosłam. Wyszłam zza zielonego parawanu sugestywnie waląc się w czoło. Gest ten tak rozjuszył  Żmija, że dostał szału. Wrzeszczał, że pies szczeka i szczeka, szczeka i szczeka. Odparłam, że szczeka, bo jak sama nazwa wskazuje to jest pies, a jak zacznie kiedyś miauczeć to zabiorę go do weterynarza. Dodałam jeszcze, że szkoda, że sąsiad mając tyle lat tego nie wie, a rozumu się nie przewala. A on kipiał jadem i pluł nienawiścią jeszcze długą chwilę. Później nasza psica otrzymała zakaz zbliżania się do siatki kretyna i kategoryczny zakaz szczekania. A ponieważ nasz kudłaty domownik przewyższa inteligencją naszego sąsiada i rozumie polecenia, skończyły się pokrzykiwania, przynajmniej w stronę psa. Ale chory na nienawiść  człowiek uroił sobie w swojej stetryczałej mamałydze, że połowa naszych włości, na które składa się „aż” całe 8 arów, łącznie z domem, jest jego. POŁOWA!! I żył w swoim neurotycznym świecie, każdorazowo widząc mnie w ogródku wykrzykiwał, że mu ukradliśmy, że go oszukali (w domyśle ONI na pewno nie kosmici) i tym podobne brednie. Starałam się z całych sił ignorować zramolałego Żmija, ale jak już wspominałam nie jestem uosobieniem spokoju, a w jego przypadku i tak wykazałam maksimum cierpliwości. Cokolwiek robiliśmy na własnej działce i we własnym ogródku on biegał jak nakręcony wzdłuż swojego ogrodzenia wykrzykując „wstrzymuję budowę, wstrzymuję budowę.” Nieraz nie wytrzymałam i warknęłam, że wstrzymać to on se może mocz, o ile jeszcze daje radę. Oczywiście moje komentarze nie służyły polepszeniu stosunków sąsiedzkich. Taki stan trwał całe lata Żmij zaczął się dopominać o coraz większy areał naszej posiadłości aż w końcu powiedziałam DOŚĆ.


Stwierdziłam, że czas na radykalny ruch. Moje zdrowie i spokój we własnym domu są najcenniejsze. Staruch za nic miał nasz akt notarialny, nasze mapki i wymiary, a ja miałam dość jego wykrzywionej nienawiścią gęby. Wzięliśmy geodetę, który w sposób urzędowy załatwił sprawę i wzorcowo wyznaczył granice i wkopał kamienie graniczne. Odbywało się to w asyście wrzasków Żmija, który nijak nie mógł przyjąć do wiadomości, że to jeszcze on wlazł ze swoim archaicznym i zabytkowym ogrodzeniem w naszą część działki. Geodeta wyznaczył granice jak wskazywały mapy i urządzenia. Staruch dostawał szału. Wyzywał nas i pluł jadem. Nawiedzona dziewczynka z kultowego filmu „Egzorcysta” to niewiniątko w porównaniu do tego furiata. Ale wiedzieliśmy, że to dopiero początek. Za kilka dni przyjechała firma z ogrodzeniem. Żeby zakończyć definitywnie szarpaninę postanowiliśmy postawić mur. I bynajmniej to nie po to żeby ćwiczyć po nim wspinaczkę. Miałam dość tego zakurdawiałego, ciągle mnie wyzywającego, popaprańca. Klamka zapadła. Betonowy płot. Mało ażurowy. Lity. Nie przeźroczysty. Szary. Ładnym wzorem w naszą stronę. Wreszcie miał nastąpić kres oglądania debila, ociekającego nienawiścią, żyjącego mentalnie w jakimś urojonym świecie. Kiedy przyjechała ekipa montować ogrodzenie ten stary kretyn znów zaczął się uaktywniać. Ale wtedy mój zszargany, przez niego zresztą, system nerwowy, odmówił współpracy i ugody. Teraz ja zmieniłam się w Żmije. Wysyczałam mu, że jak przekroczy na pół kapcia swoją granicę to jednym z betonów połamie mu nogi, wrzucę do dołka wykopanego już przez ekipę i zakopię a nikt nawet nie będzie za nim płakać. Chyba uwierzył, bo przestał łazić po nie swojej części działki. Ale na odsiecz przysłał swoją połowicę. Jego małżonka, Żmija Cicha tylko bardziej jadowita, zaczęła prawić mi morały. Ale i jej powiedziałam w kilku słowach, powszechnie uznawanych za wulgarne  żeby opuściła moją działkę, która nie jest jej własnością a na dowód prawdziwości mych słów wywrzeszczałam, że psa wypuszczę. A że Żmija Cicha nie słyszała ode mnie, przez prawie dziesięć lat, złego słowa, doznała pewnie szoku. Słowo daję, jeszcze nigdy nie widziałam ponad osiemdziesięcioletniej Żmii tak szybko przemieszczającej i to w podskokach się przy akompaniamencie moich wyzwisk. I to powinnam zrobić tuż po wprowadzeniu się do domu. Miała bym spokój od samego początku. A ja naiwna miałam obiekcje bo „starsi państwo….” Taaaa…. Kiedy  fachowcy montowali ostatnie przęsła pożegnałam się z Żmijami wystawiając środkowy palec znad ogrodzenia w Hawajskim Znaku Pokoju. I tak zakończyła się lustracja mojego psa, kotów i nas przez wrednych staruchów. Teraz siedzą jak w więzieniu z betonowym szarym i nieażurowym płotem. Ale za to z naszej strony płot ma ładny wzór… Niech podniesie rękę do góry ten, kto miałby ochotę kopnąć w dupę adresata takiego zachowania i kto miałby ochoty poszczuć psem takiego sąsiada. Spokój jest bezcenny. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard.